Zagadka. Świat składa się z zagadek, które albo próbuje się rozwiązać, albo porzuca się je w kąt, gdzie zbierają kurz i udaje się, że wcale się ich nie dostrzega. Ale nawet jeśli próbuje się o nich zapomnieć, to one prędzej czy później i tak wracają, rzucając swoje tajemnicze karty na stół, które wydają się kompletnie niezrozumiałe, niepasujące do niczego, jakby były jedynie losowymi obrazkami, przedstawiającymi nic nie znaczące elementy. On nauczył się już dawno, że najlepszym sposobem są próby odnalezienia odpowiedzi od razu, gdy wskazówki często są na wyciągnięcie ręki, nawet jeśli potrzeba czasu i wiele pracy, by je dostrzec, a później krok po kroku dopasować do siebie, odsłaniając w umyśle cały obraz takim, jakim był naprawdę, a nie tylko takim, jakim zdawał się być. Zagadki mają to do siebie, że jedynie wiodą do tajemnicy, są jednocześnie jej strażnikami, ale również prowadzą do niej, niezależnie od jej wielkości i konsekwencji, nie baczą na jej rozmiar, nie zwracają uwagi na fakt spustoszenia, jaki może po sobie zostawić, jedynie przejmują się jej istnieniem, niczym więcej. Ale zagadka, niezależnie od tego, co by skrywała, rozwiązana już nie jest zagadką. Ciernista droga, którą trzeba przebyć, by coś, co spędzało sen z powiek, mieniąc się cienistymi odcieniami, które otaczały ją, niczym surrealna przesłona, która paralelnie zakrywała również mieniące się światło, tak przecież oczywiste, tak jasne, a jednocześnie tak niezwykle trudne do dostrzeżenia, była długa, wymagająca cierpliwości, spokoju, ale również spostrzegawczości i bystrości, by łączyć ze sobą to, co pozornie zdawało się zupełnie różne, by móc balansować pomiędzy skrytymi w ciemności tajemnicami, a dającym odpowiedzi światłem. Wieczny konflikt, który wracał do niego, niczym zjawa; czający się za jego plecami i podążający bezszelestnie wszędzie tam, gdziekolwiek by się nie udał, próbując zaskoczyć swoją obecnością wtedy, gdy myślał, że się go nie spodziewano. Ale Kimimaro już dawno odkrył, że te dwie skrajności skrywają w sobie znacznie więcej, że pomiędzy nimi istnieje wiele odcieni szarości, które często tak trudno dostrzec, z pozoru niewidoczne, a jednak obecne, choć zatopione w swojej obojętności, czekające w zawieszeniu, otulone w inercyjną nieuchronność, a jednak przenikliwie powściągliwe. Odkrył tak samo, że trudno doszukać się ostatecznego dobra, ale i ekstremu zła. W końcu czy zło, wiedzione dobrymi pobudkami, wciąż jest tylko złem? A dobro, napędzane złym, wciąż może być dobrem? To coś, co chowało się pomiędzy było nieodgadnionym, a jednocześnie najistotniejszym elementem całej układanki.
Es ist zum Wohle der Allgemeinheit, mein Baby. Es mag dir jetzt schlecht erscheinen, aber am Ende wirst du das Gute sehen, das ich dir zeigen möchte (To dla większego dobra, moje dziecko. Może teraz wydaje ci się to złe, ale w końcowym rozrachunku dostrzeżesz dobro, które chcę ci pokazać).
A może zło wcale nie było przeciwieństwem dobra? Tak samo ciemność nie była przeciwieństwem światła? Może i zło i dobro nie mogły istnieć bez siebie, tak samo, jak ciemność nie mogła istnieć bez światła? Może jedno nie mogło istnieć bez drugiego, wszak nie dostrzegalibyśmy jasności, gdyby nie otaczająca je ciemność i nie docenialibyśmy dobra, gdybyśmy nie zaznali zła. Ale jeśli nie były to przeciwieństwa, to czym były? I jak daleko od siebie się znajdowały, jak wiele szarości było pomiędzy?
I czy znajdująca się w klatce, naprzeciw niego, dziewczyna, która miotała się po niewielkim pomieszczeniu, była dobra, czy zła? A on? Gdzie on znajdował się w tym wszystkim? Nie potrafił odnaleźć odpowiedzi, niezależnie od tego, jak długo i jak głęboko ich szukał. Nie mógł odczytać jej pomiędzy wskazówkami, powoli mając wrażenie, że ów odpowiedź nigdy nie istniała i nigdy istnieć nie będzie, jednoznaczność była jedynie ułudą, niemożliwą, wymyśloną, którą mógł wcisnąć między bajki, niczym więcej, jak mitem. Wiedział jednak, że dziewczyna bez wątpienia była teraz dla niego zagadką, a on musiał ją rozwiązać.
Zrobił kilka kroków w stronę klatki, zatrzymując się przed panelem, na którym znajdował się dotykowy ekran, a pod nim, jak i koło niego kilka przycisków. Uruchomił go jednym dotknięciem, a po wprowadzeniu odpowiedniego hasła, przyłożył do ekranu dłoń, jednocześnie przenosząc spojrzenie na dziewczynę. Ciekawość nieumiejętnie kryła się w jadeitowych oczach, z pozoru spokojnych, niemal obojętnych, które jednak czujnie obserwowały każdy ruch, błądząc po jej twarzy, jakby próbował doszukać się w niej tego, czego jej właścicielka nie chciała otwarcie pokazywać, jakby próbował przejrzeć ją, zajrzeć głębiej, w duszę, w serce i odkryć to, co się tam chowało, odnaleźć prawdziwość, doszukać się samej istoty prawdy. Reagowały na każdy jej gest rękami, wpatrując się w dłonie, w palce, jakby spodziewał się dostrzec coś, co każdy inny mógłby przeoczyć. Wreszcie zielone spojrzenie zatrzymało się na jej szyi, wokół której zaciśnięta była obroża. W tym też momencie panel zapiszczał, informując, że uzyskał dostęp do informacji, ale wciąż przyciskał dłoń do ekranu, jakby obawiając się, że gdy tylko ją oderwie, momentalnie skieruje ją na swoją szyję, w upewnieniu się, że urządzenie, które zniknęło już kilka lat temu nagle znów nie powróciło.
— Twoje umiejętności są zablokowane. Wciąż je masz, ale nie możesz z nich korzystać. Jak zauważyłaś powoduje to ból oraz natychmiastowe ich zdezaktywowanie. Każda próba ich użycia jest odnotowywana, tak samo jak próba pozbycia się obroży. Jeśli będziesz próbowała ją zdjąć, to w najlepszym wypadku cię sparaliżuje, jeśli będziesz wyjątkowo uparta, to stracisz przytomność, być może i na kilka dni. W najgorszym pozbawi cię życia. Zdecyduj, ile warte jest to ryzyko.
Oderwał wzrok od dziewczyny, jednocześnie zabierając dłoń z ekranu i spojrzał na wyświetlone na nim informacje. Doskonale wiedział, że Viktor polował na nią od dawna, a długość tekstu jedynie to potwierdzała. Ilość, na pozór nieistotnych szczegółów, własnych przemyśleń, wysuniętych na podstawie obserwacji oraz wielość wysnutych teoretycznych możliwości tylko pokazywały, jak bardzo dotąd rzeczowemu w swoich opisach Viktorowi, zależy na tym konkretnym obiekcie. Przesunął tekst na sam początek, chcąc skoncentrować się na najważniejszych informacjach, które czytał przez chwilę, przyswajając. Wiedział, że powinien zapoznać się ze wszystkim, co było zawarte w jej pliku, ale wiedział też, że nie chciał kierować się jedynie teoriami, dlatego postanowił, przynajmniej na ten moment, nie brać pod uwagę nic więcej, prócz tego, co było wiadomo na pewno.
— Uchiha — powiedział, podnosząc wzrok na dziewczynę. — Twoje nazwisko nie jest mi obce. Słyszałem o was. — Jednym ruchem wyłączył panel i obszedł go, podchodząc bliżej klatki. — Znajdujesz się w laboratorium, mieszczącym się w posiadłości Viktora Langera. To on cię tu sprowadził i on za ciebie odpowiada, ale prawdopodobnie nie będziesz widziała go zbyt często, jest bardzo zajętym i pracowitym człowiekiem, dlatego to ja będę cię obserwował.
Delikatnie przechylił głowę w bok, nie odrywając wzroku od dziewczyny, jakby na potwierdzenie tych słów. Zawsze tak trudno było mu ukryć ciekawość, niemal dziecięcą chęć poznania tego, co obce. A jednocześnie niewyobrażalnie trudno było mu spojrzeć na nią, jak na zwykły obiekt, choć wiedział doskonale, że właśnie tego oczekiwał po nim Viktor. Ale jak mógłby powstrzymać empatię, gdy dziewczyna w jakimś stopniu była taka, jak on? Przecież, tak samo, jak i on, była potworem, odmieńcem, który doskonale wszystko czuł i rozumiał. Lekko zmarszczył czoło w zamyśleniu, a melancholia wraz ze smutkiem osiadły na jego ramionach, powoli wkradając się do jego serca, oplatając duszę ciasnym łańcuchem, odbijając się w oczach, jakby chciały zmusić go na spojrzenie na to wszystko ze swojej perspektywy, nieodzownie próbując wyszarpnąć dla siebie choć skrawek władzy.
Opuścił wzrok, a później odwrócił, oddalając się. Schwäche, Kimimaro. Was wirst du mit ihr machen? (Słabość, Kimimaro. Co z nią zrobisz?) Ale pozbycie się jej nie było nawet łatwe w teorii. Mach sie zu deiner Stärke (Zrób z niej swoją siłę).
Sięgnął po jedną z kilku stojących na stole butelek wody. Przez dłuższą chwilę ważył ją w dłoni, jakby zastanawiając się, co zrobić, a jednocześnie pomyślał o tym, że dziewczyna jest przecież niewiele młodsza od niego. Wciąż była niemal dzieckiem, dzieckiem, które w nim samym wciąż gdzieś tam tkwiło, czasem skrzętnie ukryte, a czasem pokazując się w przeróżnych gestach, czy zachowaniach. Dziecko, które swoją słabością, przejawiającą się w empatii, miało przechytrzyć drugie dziecko, by zyskać jego zaufanie.
— Akane, tak? — zapytał, odwracając się w jej kierunku. Wziął głębszy wdech, a później powoli, drżąco, jakby obawiając się nagłego ataku kaszlu, wypuścił powietrze. Odczekał chwilę, ale nie stało się nic niepokojącego. — Musisz być spragniona. Mogę dać ci wodę, ale żeby to zrobić, to musisz stanąć tam. — Wskazał jej kąt celi. — Jeśli mnie zaatakujesz, to nie zawaham się zaatakować ciebie, a bez swoich mocy raczej niewiele zdziałasz.
Kimimaro wpatrywał się w nią, czekając na decyzję, czekając na jakikolwiek jej ruch, bądź gest, ale im dłużej czekał, tym bardziej przekonywał się, że żadna z tych rzeczy nie nastąpi. Właściwie trochę spodziewał się tego, że dziewczyna nie będzie chciała współpracować, ale mimo wszystko nie mógł stłumić uczucia rozczarowania, które momentalnie go zaatakowało. Przez chwilę wahał się nawet, czy pomimo tego nie spróbować wejść do środka, albo chociaż wsunąć rękę, by rzucić jej butelkę, ale wiedział, że byłoby to zbyt ryzykowne, a Viktor, gdyby tylko się dowiedział, a nie podejrzewał, że mógłby się nie dowiedzieć, od razu odsunąłby go od opieki nad Akane. Ten obiekt był dla niego zbyt ważny, by mógł pozwolić na tak rażące błędy, nawet jemu, nawet pomimo relacji, która ich łączyła, niezależnie od tego, jak sam Kimimaro był dla niego istotny.
Zrezygnowany odstawił butelkę z powrotem na stół, a później, rzucając dziewczynie ostatnie spojrzenie, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi. W chwili, gdy te zamykały się za nim, lampa nad głową Akane przygasła, rzucając teraz jedynie lekką poświatę nad jej celą, resztę pomieszczenia otulając mrokiem.
Kimimaro wpatrywał się we wskazówkę zegara, która mozolnie posuwała się naprzód, jak gdyby jakaś magiczna siła specjalnie postanowiła ją spowolnić. Już dobrą godzinę temu przestał udawać, że jakkolwiek próbuje skoncentrować się na trzymanej w dłoni książce, na której teraz jedynie zaciskał palce w zniecierpliwieniu. Za oknami, które teraz szczelnie przesłaniała gruba zasłona, panowała ciemność, nierozjaśniona nawet skrytym za chmurami księżycem, ale ciepłe światło od stojącej nieopodal lampy rozlewało się po pomieszczeniu, jakby starając się wygrać z płonącym w kominku ogniem, który dodatkowo dawał również przyjemne ciepło.
— Kimimaro.
Drgnął na dźwięk swojego imienia i niechętnie oderwał wzrok od zegara, przenosząc go na Viktora. Mężczyzna zamknął książkę, wcześniej zaznaczając zakładką stronę, na której skończył, po czym wyciągnął rękę w jego stronę. Chłopak poczuł jego ciepły dotyk na policzku, ale po chwili odsunął się. Viktor ściągnął brwi, ale przez moment obaj milczeli, jedynie wpatrując się w siebie, jakby rozmawiali właśnie w ten sposób. Tykanie zegara, który nagle jakby przyspieszył, prawie niknęło w trzasku płomieni, ale on przede wszystkim słyszał bicie własnego serca i zastanawiał się, czy i mężczyzna słyszy je tak wyraźnie, jak on, miał wrażenie, że to niemal niemożliwe, by ten głośny dźwięk nie docierał do uszu jego opiekuna.
— Kimimaro — powtórzył wreszcie Viktor. — Wiem, co cię martwi. — Jego głos, wciąż brzmiący tak nienaturalnie, gdy mówił w nie swoim języku, choć tak często zwracał się w ten sposób do niego, rozniósł się po pomieszczeniu, przebijając przez wszystkie inne odgłosy. — Ale to minie.
— A jeśli nie?
— To będziesz musiał mi o tym powiedzieć.
Kimimaro przygryzł dolną wargę i spuścił wzrok na książkę, na której wciąż zaciskał palce. Po chwili poczuł raz jeszcze dłoń mężczyzny, tym razem zatapiającą się w jego włosy. Gest, który teraz nacechowany był niezwykłą delikatnością, sprawił, że w jego głowie pojawiło się tylko jeszcze więcej pytań.
— Czym ona się różni ode mnie?
Przez twarz Viktora przebiegł wyraz zaskoczenia, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił, a maska opanowania wróciła na swoje miejsce. Mężczyzna uśmiechnął się lekko, wciąż przeczesując białe kosmyki swojego podopiecznego, wyraźnie jednak zastanawiając się nad odpowiedzią, jakby szukał właściwych słów.
— Nichts. Und gleichzeitig alles (Niczym. A jednocześnie wszystkim). — Kimimaro zmrużył oczy, na co uśmiech na twarzy Viktora poszerzył się, ponownie nasuwając skojarzenie z drapieżnikiem. — Kiedyś zrozumiesz tę odpowiedź. Kiedyś — podkreślił, unosząc drugą dłoń, jakby dla podkreślenia swoich słów, widząc, że chłopak jest gotów się odezwać. — Zawsze byłeś niezwykle ciekawy wszystkiego, chcąc jak najszybciej poznać odpowiedzi na dręczące cię pytania. Ale czasem potrzeba do nich cierpliwości. Ta mała Uchiha jest jednocześnie dla ciebie testem, doskonale wiesz, czego od ciebie oczekuję i wierzę, że ci się uda, mein Sohn (mój synu).
— A jeśli nie?
Viktor, zamiast odpowiedzi, przesunął dłoń na jego kark, mocno, wręcz boleśnie wciskając palce w białą skórę, na której niewątpliwie pozostaną po tym zaczerwienione ślady. Kimimaro przymknął oczy i choć wiedział, że bez trudu mógłby zmusić mężczyznę do zabrania ręki, tak nawet podobny pomysł nie przemknął mu przez myśl, a jedynie poddał się temu z cichym posłuszeństwem, wyłącznie mocniej zaciskając zęby na swojej dolnej wardze i marszcząc czoło. Dłoń mężczyzny cofnęła się po chwili, a Kimimaro nie potrafił się powstrzymać choć przed spojrzeniem na niego z niemym, ale wyraźnym wyrzutem, ale twarz Viktora pozostała surowa, nie przemknęło po niej rozbawienie, jak zawsze, gdy chłopak kierował w jego stronę ten dziecięcy i niegroźny przejaw buntu.
— Denken Sie daran, was ich von Ihnen erwarte, Kimimaro (Nie zapomnij czego od ciebie oczekuję, Kimimaro) — powiedział poważnie, a Kimimaro odwrócił wzrok, starając nie pokazać mu swoich emocji, które w tym momencie się w nim kłębiły. Usłyszał, jak Viktor kieruje się do drzwi, ale nim ostatecznie opuścił pomieszczenie, dodał: — Jetzt geh zu ihr (A teraz idź do niej).
Kimimaro jeszcze przez dłuższą chwilę siedział w bezruchu, starając się uspokoić. Już dawno odkrył, że Viktor Langer był niezwykłą mieszanką przeciwności – z jednej strony pełen troski, którą kierował przede wszystkim na swojego podopiecznego, dbając o niego, przejmując się każdym, nawet najmniejszym pogorszeniem jego zdrowia, niemal zawsze zwracając uwagę na to, czy niczego mu nie brakuje, potrafił wciągać go w długie rozmowy, przy których chłopak nie potrafił widzieć w nim nikogo innego, jak ojca, który nie tylko przekazuje mu swoją wiedzę, ale który przede wszystkim zachęca do jej zgłębiania, który czasem potrafił opowiadać niezwykle fascynujące opowieści jeszcze sprzed czasów, nim przygarnął Kimimaro pod swoje skrzydła i który, gdy tylko mógł sobie pozwolić, zabierał go w przeróżne niezwykłe miejsca, który karał swoich współpracowników za każde krzywe spojrzenie w jego stronę, które przyłapał, za każde obraźliwe słowo, które dotarło do jego uszu, Viktor, który bronił go przed krzywdą, pocieszając i tłumacząc, a z drugiej bezwzględny, wymagający, nie znoszący sprzeciwu, karcący i wymierzający bolesne kary, czasem zdający się kompletnie bez uczuć, bez ludzkich odruchów, bez serca, tyran, niewahający się przed torturami, niezależnie czy fizycznymi, czy psychicznymi, a nawet niewahający się przed zadaniem śmierci, gdy według niego sytuacja wymagała takiego kroku. A on zastanawiał się, czy tak samo, jak w przypadku ciemności i światła, i zła i dobra, tak obie strony Viktora rzeczywiście są przeciwieństwami, skrajnymi sprzecznościami, czy może jedno wynikało z drugiego, nie mogąc istnieć oddzielnie.
Wreszcie podniósł się, a książka, o której zdążył zapomnieć i na której musiał w pewnej chwili przestać zaciskać palce, zsunęła się z jego kolan i wylądowała na podłodze. Przez krótki moment wpatrywał się w nią, ale zaraz schylił i podniósł, oglądając, jakby chcąc się upewnić, że nie ucierpiała z żadnej strony przy upadku. Wyłączył lampę i teraz jedynie ogień w kominku próbował rozjarzyć mrok, ale nie mógł zostać, by obserwować, jak długo jasność będzie stawiała opór ciemności.
Często męczony koszmarami, był przyzwyczajony do bycia na nogach nawet w środku nocy, więc teraz, choć senność powoli igrała gdzieś na granicy wyczuwalności, skutecznie ją przeganiał, zbyt zajęty myślami oraz tym, co go czeka. Część budynku, tak spokojna, w większości otulona w noc, zdawała się być uśpiona, tak samo, jak większość jej mieszkańców. Jednak to wcale mu nie przeszkadzało, tak samo zresztą jak brak świateł, znał w końcu wszystkie te korytarze na pamięć, umiejąc poruszać się po nich bez najmniejszego zawahania. To zdecydowanie ta druga część domu sprawiłaby mu większy kłopot, gdyby przyszło mu poruszać się po niej po omacku; Kimimaro, gdy nie musiał, to starał się tam nie przebywać, próbując z dnia na dzień wymazać z pamięci nieprzyjemne wspomnienia z czasów, gdy bywał tam o wiele częściej. Jednak, gdy tylko przekroczył masywne drzwi, oddzielające mieszkalną część domu od tej drugiej, wcześniej wpisując do nich kod, korytarz rozjaśnił się, bez przeszkód ukazując mu dalszą drogę. Skierował się prosto do podziemi, do znajdującego się tam laboratorium, ale przystanął, nim zdecydował się wejść do środka. Uniósł rękę i w pierwszej kolejności dotknął palcami swojej szyi, chcąc upewnić się teraz, że wciąż nie znajduje się wokół niej obroża, a później przesunął dłoń na kark, w który kilkanaście minut temu boleśnie wpijały się palce Viktora. Rozmasował skórę, nie zważając na to, że zaczerwieniła się jeszcze bardziej, po czym wreszcie zrobił krok w stronę drzwi, a te rozsunęły się z cichym sykiem, wpuszczając go do laboratorium. Światło nad celą Akane momentalnie pojaśniało, a on powoli podszedł w jej stronę, zatrzymując się dopiero kilka kroków od przezroczystej ściany.
Długą chwilę po prostu patrzył na dziewczynę bez słowa, w jednej dłoni ściskając książkę, którą zabrał ze sobą, choć jeszcze nie wiedział, czy rzeczywiście przyda mu się ona do czegoś. Ponownie błądził spojrzeniem po jej twarzy, po ciemnych oczach, w które wpatrywał się niemal z uporem, tak długo, że dla większości stałoby się to niezręczne, wpatrywał się w rysy jej twarzy, starając się zobaczyć kogoś, coś innego, niż czującą istotę. Próbował dojrzeć w niej to, co widział w niej Viktor – obiekt badań, pozbawiony ludzkich cech, obdarty z jakiegokolwiek człowieczeństwa. Ale nie potrafił. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej widział przestraszone dziecko, niewiele młodszą od niego dziewczynkę, w innych okolicznościach, w innym świecie, być może koleżankę, może nawet przyjaciółkę, z którą dzieliłby się zabawkami i ulubionymi słodyczami. Byli przecież tacy sami, po tej samej stronie, a mimo tego pomiędzy nimi znajdowała się przezroczysta bariera, której żadne z nich nie mogło pokonać, przeskoczyć, ani obejść. Należało ją jedynie zniszczyć, ale ani Akane, ani Kimimaro nie byli w stanie tego zrobić; ona ze względu na zablokowane przez obrożę umiejętności, a on ze względu na posłuszeństwo i oddanie.
— Czy teraz już odsuniesz się, żebym mógł dać ci wodę? — zapytał wreszcie. Podejrzewał, jak bardzo dziewczyna musi być spragniona, dlatego nie zaskoczyło go, że tym razem odsunęła się w miejsce, w które wskazał jej poprzednio. Cofnął się najpierw do panelu, na którym wystukał odpowiednie polecenie i przyłożył dłoń do ekranu potwierdzając, a gdy urządzenie zaakceptowało jego decyzję cichym dźwiękiem, podszedł do stołu, z którego wziął butelkę wody, zostawiając na nim książkę. Po tym raz jeszcze podszedł do celi, ale tym razem stając naprzeciwko bocznej, równie przezroczystej ściany, której niewielka część, tylko taka, by stworzyć przejście dla jednej osoby, uniosła się, umożliwiając mu wejście do celi. Nie spuszczając wzroku z Akane wszedł do środka, po czym ukucnął i przesunął po podłodze butelkę wody, która zatrzymała się przy stopach dziewczyny. Już miał się wyprostować, przekonany, że sięgnie po wodę, by się napić, ale w tym też momencie Akane, bez żadnego ostrzeżenia, w ułamku sekundy i z niezwykłą zwinnością, wynikającą zapewne z faktu jej niewielkiego wzrostu, rzuciła się na niego. Wylądował plecami na podłodze i z początku zamierzał jedynie zrzucić ją z siebie, pamiętając, że nie miała możliwości korzystać ze swoich mocy, a mimo wszystko nie chciał zrobić jej żadnej krzywdy, jednak wtedy poczuł, jak jej dłonie odnajdują drogę do jego szyi i zaciskają się na niej, gotowe pozbawić go ostatniego tchu. Miał wrażenie, jakby otaczający ich świat nagle zatrzymał się, bądź ktoś go wyłączył, czuł jej czarne włosy łaskoczące go po twarzy, widział jej czarne, owładnięte szaleństwem oczy, ale przede wszystkim widział obrożę i miał wrażenie, że to wcale nie jej dłonie zaciskają się na jego szyi, a właśnie to urządzenie, tak znienawidzone przez niego.
Kimimaro zadziałał wręcz odruchowo, niemal nie zdając sobie z tego sprawy, a jedynie widział, jak kość, która wysunęła się z jego ręki, otarła się o policzek Akane, zostawiając na nim krwawe zadrapanie. Po chwili dziewczyna mogła poczuć również drugą kość, równie ostrą, na swojej szyi, tuż nad obrożą.
— Następna przebije cię na wylot — powiedział cicho, wręcz zadziwiająco spokojnie, niemal bez emocji, podczas gdy jadeitowe spojrzenie, wbite w twarz Akane wyraźnie odzwierciedlało kryjącą się w nim złość, ale również niezaprzeczalne rozczarowanie, choć to zdecydowanie ta jego nieodłączna melancholia zarysowała się najwyraźniej w zielonych tęczówkach. — Nie chcę tego robić, ale nie zawaham się, więc po prostu się odsuń.


