Ciemność, bezkresna w swojej czerni i nieustępliwa, pragnąc pochłonąć każdy skrawek światła, rozlewała się, niczym farba, niczym smoła, po korytarzu, zatapiając w siebie każdego, kto odważył się wyjść jej naprzeciw. Chwytała w swe szpony, otulając niby opiekuńczo, by zgarnąć wszystko, co stanęło jej na drodze i rozpuścić się dalej, jeszcze dalej, mknąc w każdy nieprzejęty dotąd odmęt, by i on stał się jej częścią. Swoista gonitwa, bitwa o przewagę, którą niekiedy udawało się jej wygrać, gdy na zewnątrz panowała jasność, a ona powoli, kawałek po kawałku, stawała się coraz bardziej nieprzenikniona, naciągając na coraz większą powierzchnię, zachłannie zgarniając więcej i więcej, niby niepostrzeżenie, po cichu, a z triumfem ukrytym w jej ciemnych atutach. Trwała, niby od zawsze, jakby też nigdy nie miało się to zmienić, choć przecież doskonale wiedziała, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie, że kiedyś, być może niedługo, a być może dopiero za kilka godzin, będzie musiała ustąpić swojej siostrze – jasności, bo ta przegoni ją, zmuszając do zwinięcia swojego płaszcza i skrycia się w ciasnym kącie, w którym, jak zawsze, będzie czekać na swoją kolej na przejęcie władzy. Ale teraz triumfowała, z wdziękiem przyozdobiła się w koronę, tak ciemną, że nikło w niej wszelkie światło, bądź tak ciemną, że światło przy niej istnieć nie mogło, i kroczyła z gracją, schowana a jednak przeraźliwie obecna w każdych cieniach, w które tchnęła życie. I tylko on, nie zważając na panujący chłód, który przylepiał się do ciała, zastępując każdy skrawek ciepła zimnem, jak gdyby był cichym pomocnikiem, chcącym stłumić każdy przejaw życia i wiążącego się z nim światła, kroczył niezrażony po jej królestwie. Odważnie stawiane kroki nie mąciły zalegającej ciszy, a ciemność, niczym w swoistym tańcu, to przyciągała go do siebie, skrywając w ramionach, to odpychała, jakby przerażona otulającą go bielą, przeciwniczką, od której jednocześnie chciała się trzymać z daleka, rozpraszając się w popłochu, a którą również chciała pochłonąć, zniszczyć, zakończyć jej istnienie. Kimimaro balansował na tej cienkiej granicy, jakby nie dostrzegając toczących się obok sprzeczności, bądź widząc je doskonale, a z wrodzoną wyniosłością zwyczajnie je ignorując, jak gdyby wcale nie dotyczyły one jego, a nawet jeśli, to bezsprzecznie nie zamierzał zrobić z tym absolutnie nic. Ciemność jednak, choć intencjonalnie chciała go zniechęcić, to ukochała go, powoli, łagodnie, lubując się w tej specyficzności, która go otaczała, w tym jednym, co oplatało go nad wyraz ściśle, niczym zbroja, w międzyczasie ciągnąc się za nim na wzór królewskiej peleryny, spoczywając jak ciężar na bladych, niemal kredowo-białych ramionach, roztaczając się wokół, podążając za nim, gdziekolwiek by nie poszedł; jak cień nie odstępując go nawet na krok, a trwając niezrażona u jego boku. Melancholia zdawała się nie tylko płynąć wraz z jego krwią, ona nie tylko ściskała w swoich delikatnych, a tak silnych dłoniach, jego serce, kontrolując każde uderzenie, ona była również wokół niego. Lepiła się do jego ciała, gdzieś na granicy niewidzialności, dotykając każdego kto zbliżył się za bardzo i rzucając znaczące spojrzenia do tych, którzy byli na tyle daleko, że nie potrafiła dosięgnąć ich z całą swą mocą, mogąc jedynie zasiać nieznaczną swą część w przypadkowych duszach. Nieodłączna melancholia, która przylgnęła do niego w czasach dzieciństwa, dorastając wraz z nim, a także pewnego rodzaju wyniosłość, płynąca z pochodzenia, tak naturalna, że nawet nie zdawał sobie z niej sprawy, tworzyły idealne połączenie, dzięki któremu ciemność zapraszała go do swojego pałacu, starając się mrużyć oczy w obawie przed bielą.
Kimimaro zatrzymał się na dźwięk kroków, tak głośnych w porównaniu do jego stawianych tak bezszelestnie, a tak pewnie, jakby z wyuczeniem, jak gdyby na przekór swojej rzucającej się w ciemności bieli, próbował choć dźwiękiem, a raczej jego przeciwnością - bezdźwiękiem - wtopić się, zatracić w czerni. Wreszcie z mroku wyłoniło się jarzące, niemal oślepiające światło, tak bardzo burzące panującą harmonię cieni, a za nim sylwetka mężczyzny. Jasne włosy, wydające się pomarańczowo-czerwone w rzucanym przez płomienie świeczki blasku odcinały się na tle szarawej, pozaznaczanej zmęczeniem twarzy, tak samo jak jasne, bladoniebieskie oczy, świdrujące ciemność, jakby szukając w niej niepasującego do całości elementu, który wreszcie wyłapały. Kimimaro stał bez ruchu, wpatrując się w tego wyplutego przez noc człowieka, z apatycznym znużeniem odwzajemniał spojrzenie, mierzył się z nim wzrokiem, jak gdyby niemo toczyła się bitwa; przymglony jadeit naprzeciw przygaszonemu niebu.
Wreszcie mężczyzna odchrząknął, przerywając ciszę, poddając się. Jego twarz, dotąd niemal bez wyrazu teraz nabrała dziwnego rodzaju czułości, a oczy wezbrały troską, natomiast spięte ramiona rozluźniły się, opadły, przez co chybotliwy płomień zatańczył na ścianach.
— Czemu jeszcze nie śpisz? — zapytał mężczyzna niemal szeptem, choć jego głos i tak zagrał zbyt głośno, jakby nie na miejscu. — To był ciężki dzień — dodał, jakby nawet nie spodziewając się żadnej odpowiedzi. — A jutro zapowiada się na jeszcze cięższy.
Zielone oczy nieporuszenie wpatrywały się w niego, teraz jakby z dozą zaciekawienia, której nie zdołał ukryć. Dłoń niezauważalnie zacisnęła się w pięść, tym samym markując chęć uniesienia się, dotknięcia palcami szyi, jakby dla pewności chcąc sprawdzić, że naprawdę nic się na niej nie zaciska, że to, co zniknęło już kilka lat temu nagle nie wróciło.
— Powinieneś odpocząć. — Mężczyzna zrobił kilka kroków w jego stronę, a palce, równie szarawe jak jego twarz, delikatnie dotknęły bladego policzka w dziwnie czułym, tak niepasującym do niego, wręcz ojcowskim geście. — Kimimaro, mein Baby (moje dziecko). — Głos Viktora Langera był teraz cichszy od szeptu i pomimo wciąż tkwiącej w nim czułości, to kryła się za nim jakaś niebezpieczna, mroczna, zdecydowanie mroczniejsza od panującej wokół czerni, nuta. — Geh schlafen (Idź spać). — Rozkaz otulony w wątłą delikatność, choć wciąż na granicy szeptu, rozszedł się po korytarzu, niczym trzask bicza. Kimimaro powstrzymał chęć wzdrygnięcia się i jedynie kiwnął głową, wciąż bez słowa, a mężczyzna rozciągnął wąskie, popękane wargi w uśmiechu, niby lekkim, przyjaznym, za którym miała kryć się wyrozumiałość, a zdającym się dziwnie dzikim, jakby zwierzę właśnie zapędziło swą ofiarę w kąt. Po tym Viktor Langer odwrócił się, a płomienie świec zamigotały niebezpiecznie, i ruszył przed siebie. Gdziekolwiek szedł, z jakimikolwiek zamiarami, to napotykając na swojego podopiecznego, zrezygnował, odpuścił, jakby ów plan, który powstał w jego głowie, nigdy nie istniał. Ale Kimimaro wiedział. Było tylko jedno miejsce, w które mężczyzna zapuszczał się w nocy i tylko on oraz jego ofiary mogły wiedzieć, co tak naprawdę wtedy robił.
Gdy płomienie świec ostatecznie rozmyły się w mroku, chłopak podniósł dłoń do swojej szyi, a gdy palce dotknęły chłodnej skóry, nie natrafiając na nic innego, odetchnął cicho.
Szorstka dłoń zanurzyła się w białych włosach. Oduczona delikatności, która przyszła dopiero z czasem, gładziła je nieco zbyt brutalnie, boleśnie ciągnąc za kosmyki i wywołując lekki grymas na dziecięcej twarzy. Wypełniający oczy jadeit skryty był pod powiekami, gdy walczył z nadchodzącymi łzami. Tkwiący w nim ból ponownie rozbudził się wraz z tym niekomfortowym gestem. Targająca nim niesprawiedliwość powoli raz jeszcze zaczęła wieść prym, choć miał wrażenie, że powoli zaczął nad nią panować. Smutek wypełnił jego serce, a melancholia zacisnęła na nim swoje szpony, ściskając i ściskając coraz mocniej, jakby właśnie wtedy postanowiła zostać z nim na zawsze, jak gdyby wcześniej tylko krążyła wokół niego, sprawdzając, a teraz nabierając pewności, że będzie odpowiednim dla niej nosicielem. A później złość zawrzała w jego żyłach i niewiele myśląc odtrącił od siebie dłoń mężczyzny, jednym, szybkim ruchem, buntowniczo cofając się o krok i wypychając dolną wargę, a jedynie zmrużone oczy, które miały wyrażać przede wszystkim gniew zdradziły go; łzy popłynęły po jego policzkach, żłobiąc ścieżkę w pokrytej pyłem bladej twarzy.
— Hab kaine Angst (Nie bój się) — powiedział mężczyzna i choć Kimimaro nie zrozumiał jego słów, tak ufnie wyciągnięta w jego stronę dłoń wystarczyła mu, by pojąć ogólne znaczenie. — Ich werde dich nicht verletzen (Nie zrobię ci krzywdy).
Pomimo ciepła, którym okraszone były wypowiadane przez mężczyznę zdania, Kimimaro nie ruszył się z miejsca, wciąż patrząc na niego spode łba, nie zważając na płynące po policzkach łzy. Czuł się, jak wystawione na niebezpieczeństwo zwierzę i pomimo swojej łagodnej natury, był w tym momencie gotowy do ataku, może nie takiego by zabić, ale jedynie osłabić, spowolnić, dać mu szansę na ucieczkę. Choć w jego krwi powinna była płynąć chęć jej przelewu, chęć mordu i okrucieństwa, chęć pozbawienia życia, zabijania dla samego zabicia, ta sama chęć, która niespełna kilkanaście godzin temu zgubiła cały jego klan, która położyła kres jego istnieniu, tak on nigdy nie potrafił jej w sobie rozbudzić. Nigdy nie czując, nie potrafiąc poczuć tego, co cechowało wszystkich innych, z którymi żył, stał się wyrzutkiem. I gdyby nie jego kekkei genkai, które zadomowiło się w nim, w jako jedynym, które od tak dawna pozostawało jedynie uśpione w genach, by wreszcie wybrać sobie właśnie jego, to niechybnie jego los wyglądałby zupełnie inaczej. Nie wiedział, czy lepiej, czy gorzej, po prostu inaczej. Właściwie całe swoje życie spędził zamknięty, jak więzień, jak zwierzę, które wypuszcza się tylko do walki. Już od najmłodszych lat nauczony był, że służył jedynie jako narzędzie w czyichś rękach i nigdy nie miał być niczym więcej. Okrutny żart, który został mu spłatany, gdy krew z krwi okazała się wreszcie tak długo wyczekiwaną, tak wyjątkową, a jednocześnie tak inną, tak zepsutą.
Mężczyzna zrobił kilka kroków w jego stronę, a on, kierowany instynktem, uniósł rękę, wyciągając ją przed siebie, jakby tym gestem chciał zatrzymać przeciwnika w miejscu, a jednocześnie pozwolił, by z wierzchu jego dłoni wyłoniła się kość; przebiła skórę, rozszarpując ją, zrywając ścięgna, rozdzierając mięśnie i wycelowała w mężczyznę w niemym, ale jakże oczywistym ostrzeżeniu. Na twarzy nieznajomego odbiła się gama przeróżnych emocji, najpierw zaskoczenie, później strach, a na końcu czysta fascynacja.
— Ah, erstaunlich (Ah, niesamowite) — wyszeptał bardziej do siebie, niż do chłopca, bez jakiegokolwiek skrępowania przyglądając się wysuniętej kości. Wzmocniona i niesamowicie ostra mogła z łatwością zatopić się w jego ciele, wydusić z niego ostatni oddech, a on wydawał się bardziej oczarowany, niż przestraszony, choć mądrze utrzymywał dystans, nie próbując go zmniejszyć, jakby mimo wszystko dane ostrzeżenie podziałało. Kimimaro, widząc w tym swoją szansę na ucieczkę, cofnął się jeszcze o kilka kroków, chcąc za chwilę odwrócić się i umknąć, mając nadzieję, że ten dziwny mężczyzna nie będzie próbował go gonić. Ale pomimo tego, mimo planu i chęci, jedynie powoli wciąż się cofał, nie potrafiąc zmusić do ostatecznej ucieczki. I najgorsze w tym wszystkim było to, że doskonale wiedział, czemu wciąż tkwił w tym miejscu, z tym mężczyzną, którego przecież z taką łatwością mógł zabić. Nikt, absolutnie nikt przez całe jego życie nie patrzył na niego w ten sposób, bo on, ten mężczyzna patrzył i nie widział tylko jego umiejętności, ale widział też jego samego, Kimimaro. Nikt nigdy nie patrzył na niego tak ludzko, tak prawdziwie. Mężczyzna nie widział tylko jego kekkei genkai, nie widział w nim jedynie narzędzia, które można wykorzystać, a widział w nim człowieka, dziecko, którym przecież był.
— Achtung! Hinter dir! (Uwaga! Za tobą!) — Nagły krzyk mężczyzny sprawił, że Kimimaro zatrzymał się w pół kroku, nie wiedząc, o co chodzi. Dopiero wtedy, gdy nieznajomy zaczął wskazywać na coś ręką, zachęcając go do spojrzenia w dół, chłopiec spuścił wzrok, oglądając się za siebie. Teraz zrozumiał. Piękny, niebieski kwiat, niemal taki sam, jaki Kimimaro widział ze swojej celi, który smutnie był jego jedynym towarzyszem, rósł w tym miejscu, a on, nie widząc go, wpatrzony w mężczyznę, prawie go rozdeptał. Opuścił rękę wzdłuż ciała, a kość wsunęła się z powrotem; jedyna broń, jaką posiadał zniknęła.
— Piękny, prawda? — zapytał mężczyzna i zabrzmiało to dziwnie bez wyrazu, niemal mechanicznie, dokładnie tak, jak ktoś mówiący w nie swoim języku. — Podoba ci się?
Kimimaro bez słowa skinął głową, odrywając wzrok od kwiatu dopiero wtedy, gdy w polu swojego widzenia dostrzegł buty mężczyzny, zatrzymujące się tuż obok. Uniósł głowę, a dłoń nieznajomego ponownie zatopiła się w jego włosach, tym razem z wyraźną ostrożnością, a on sam ukucnął i jednym, zdecydowanym ruchem zerwał kwiat. Kimimaro gwałtownie wciągnął powietrze, ale mężczyzna, jakby tego nie zauważając, podał mu roślinę, a on wziął ją bez słowa.
— Powinniśmy wsadzić go do wody, inaczej zwiędnie. I lepiej się pospieszmy, mein kleiner (mój mały).
Kimimaro bez większego zawahania zacisnął drobne, niemal białe palce na wyciągniętej w jego stronę szorstkiej dłoni mężczyzny.
— Ah, mein Eigentum, mein Eigentum (Ah, moja własność, moja własność) — śmiał się Viktor Langer, prowadząc Kimimaro, swój pierwszy obiekt, swojego przyszłego podopiecznego, którego, niezależnie od wypełniającego mężczyznę zła, uważał, choć dość ułomnie, za swojego syna.
Kimimaro powoli przesunął ręką po miękkiej trawie, na jego twarz padał cień wysokiego, ogradzającego placówkę muru, ale reszta ciała kąpała się w prawdopodobnie ostatnich tego dnia promieniach słońca, które z każdą chwilą wisiało coraz niżej na niebie, nieustępliwie pragnąc schować się za horyzont i ustąpić miejsca nocy, ze wszystkimi jej atrybutami, które Kimimaro znał przecież tak dobrze. Wiedział doskonale, że gdy tylko słońce zniknie ostatecznie, a mrok naciągnie swój płaszcz na wszystko w zasięgu wzroku, jego chwila spokoju dobiegnie końca. Być może spowodowane było to spędzeniem dzieciństwa w niewielkiej celi, ale teraz, gdy tylko miał okazję, starał się przebywać na zewnątrz, z dala od wzroku innych, podwładnych i współpracowników Viktora, którzy mimo wszystko wciąż patrzyli na niego z wyraźną pogardą, z nieukrywaną wyższością, uważając jedynie by nie zobaczył tego sam Viktor, którzy wyraźnie zaznaczali granicę pomiędzy byciem człowiekiem, a potworem takim, jak on, którzy w żadnym stopniu nie potrafili zrozumieć, jak on może swobodnie, bez nadzoru poruszać się po ów placówce, nie potrafili pojąć, że może być kimś, czymś więcej, niż tylko ciekawym zwierzątkiem, interesującym okazem. Kimimaro nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, woląc korzystać ze swojej prowizorycznej, ograniczonej do murów w dzień, a do ścian budynku w nocy, wolności. I gdyby nie nagły atak kaszlu, który zmusił go do podniesienia się do siadu, który najwyraźniej próbował wydrzeć z niego ostatni oddech, wciąż leżałby w miejscu. Przycisnął dłonie do ust, starając się złapać choć pół oddechu, zaczerpnąć choć jeden haust powietrza, starając się uspokoić swoje targane spazmami bólu ciało. Kaszel ustał tak nagle, jak się pojawił, jakby w połowie, a on wziął kilka szybkich, płytkich wdechów, po czym zamknął oczy, chcąc uspokoić się całkowicie. Cieszył się, że był sam, że atak nastąpił teraz, a nie w obecności mężczyzny, wiedział bowiem doskonale, że mogło nie skończyć się na pełnych troski i naglących spojrzeniach.
— Es ist ein schönes Exemplar, aber nutzlos, herr Langer (To piękny okaz, ale bezużyteczny, panie Langer). — Naukowiec, choć mówił szeptem i w języku obcym dla Kimimaro, to rzucał w jego kierunku ostrożne spojrzenia. — Jeder Gebrauch von tim bringt ihn dem Tod näher (Każde użycie tego przybliża go do śmierci).
— Ich habe dir vor langer Zeit gesagt, Viktor, dass du ihn einfach los wirst (Mówiłem ci już dawno, Viktorze, żebyś się po prostu go pozbył). — Tym razem to podniesiony głos zastępcy mężczyzny, a zarazem jego bliskiego przyjaciela, rozniósł się po niewielkim pomieszczeniu.
I tylko Viktor wpatrywał się w Kimimaro dziwnie przybitym wzrokiem, za którym czaił się gniew, bo choć podopieczny nigdy tego nie zdradził, to obaj wiedzieli, że każde słowo, które padło, Kimimaro zrozumiał na tyle dobrze, by doskonale wiedzieć, o czym rozmawiają.
Chłopak zabrał dłonie od ust, oglądając ich wnętrze, jednak nie dostrzegł tego, czego najbardziej obawiał się zobaczyć, dlatego też uniósł wzrok na znajdujący się przed nim budynek. Sporych rozmiarów, podzielony na część mieszkalną oraz dla zwiedzających, przedzielony dokładnie w połowie. Ta pierwsza nie wyróżniająca się niczym szczególnym, kryjąca kilkanaście pokoi, salonów, jadalni, łazienek, sypialni i jedną kuchnię, część, którą trudno byłoby odróżnić od zwykłego domu bogatej osoby. Natomiast druga część, do której wstęp mieli goście, zdecydowanie wyglądała dużo inaczej. Ogromna przestrzeń, w której umieszczone były klatki, bądź wciśnięte pomieszczenia o przezroczystych ścianach, służyła za swego rodzaju atrakcję, na którą pozwolić mogli sobie jedynie uprzywilejowani. Część, w której znajdowała się również dziwna, naszpicowana wszelkimi środkami bezpieczeństwa, arena, była dużo bardziej surowa. To właśnie w tej części znajdowały się wystawione do pokazów obiekty, które Viktor Langer tak pieczołowicie kolekcjonował. Ale to nawet nie tam rozgrywało się największe cierpienie, choć niepozbawiona była smutku i złości, to nie było ich tyle, jak w miejscu, do którego wejść mogli tylko nieliczni. To bowiem podziemie cechowało się największą tragedią jednostek, które, gdy miały na tyle szczęścia, trafiały po czasie do drugiej części budynku. W podziemiach, nazwanych roboczo „laboratorium”, przetrzymywane były nowe obiekty, nad którymi trzeba było popracować i to właśnie tam teraz zmierzał Kimimaro, gdy księżyc nieśmiało zaczął wyglądać zza sunących po nocnym niebie chmur.
— Ah, jesteś wreszcie — powiedział Viktor, gdy tylko chłopak przekroczył próg pomieszczenia. Szare ściany zdawały się bić chłodem w słabym oświetleniu; jedynie kilka żarówek było włączonych, skupiając się przede wszystkim na znajdującej się tutaj klatce. — Tylko spójrz, mein Baby, nasz nowy obiekt, wspaniały okaz, który tak długo próbowałem dorwać. Wreszcie! Wreszcie tu jest. Kleines hübsches Mädchen (Mała ślicznotka). Liczę, że będzie z nią trochę zabawy.
Kimimaro spojrzał na widoczną przez przezroczyste ściany postać, leżącą na ziemi. Czarne włosy zasłaniały twarz, ale na jej szyi dostrzegł obrożę, urządzenie, które jeszcze kilka lat temu on sam zmuszony był nosić, a które skutecznie blokowało w ogromnym stopniu jego moce. Cholerna obroża, której tak nienawidził, a z której Viktor i jego ludzie byli niesamowicie dumni. Powstrzymał chęć, by ponownie sięgnąć rękami do swojej szyi, jedynie zaciskając dłonie w pięści.
— Zaopiekujesz się nią. — Kimimaro z nieukrywanym zaskoczeniem spojrzał na mężczyznę, na którego twarzy igrał uśmiech. — Oczywiście nie sam, ale w dużej mierze będziesz za to odpowiedzialny, mein Sohn (mój synu). Niech będzie to zasłużoną nagrodą, na którą tak długo pracowałeś. Lass mich nicht im Stich (Nie zawiedź mnie). — Viktor ułożył dłoń na jego ramieniu, znacząco zaciskając palce, po czym oddalił się.
Gdy wyszedł, a drzwi z mechanicznym sykiem zasunęły się za nim, Kimimaro został w pomieszczeniu sam. Sam, gdyby nie liczyć znajdującej się w klatce, wciąż leżącej nieprzytomnie na podłodze dziewczyny, odmieńca, zupełnie tak samo jak on, i to właśnie na niej ostatecznie spoczęły jadeitowe oczy, czekając na jakikolwiek ruch, na chwilę, gdy dziewczyna obudzi się.


