
𝟛.
⮈⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⮊
⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀
wiatła tańczyły swawolnie pomiędzy skąpanymi w ciemnościach budynkami; przemykały ulicami, iskrzyły się w lampach, tłoczyły tuż przy zamkniętych oknach. Przypominały ludzi – wiecznie w ruchu, wiecznie w życiu, wiecznie gdzieś oraz równocześnie nigdzie, wiecznie tu i tam, nigdy jednak teraz, na miejscu, w konkretnym czasie. Nigdy na zawsze. Różnokolorowość przecinała się w bezsensownej wojnie wraz z bezkresną czernią, której nieodłącznie towarzyszył nader kojący szum oceanu. Mantra teraźniejszości i przyszłości, zamknięta w niewielkiej i szklanej, lecz pękniętej kuli. Madripoor pod wieloma względami przypominał Manhattan, niemniej z tą różnicą, że był znacznie groźniejszy, jego demony natomiast nie posiadały nawet najmniejszych oznak skrupułów lub wyrzutów sumienia. Z przyjemnością ukrywały się w ciemnościach i czekały na dogodny moment, by zaatakować – błyskawicznie, brutalnie. Śmiertelnie.
⠀⠀⠀⠀⠀Steve oparł się o barierkę, wyciągając przed siebie ręce. Jaskrawe smugi krążyły po jego skórze, tworząc upiorne przedstawienie, tak jakby sam diabeł chciał uścisnąć mu dłonie. Próbował złapać wiatr, ten jednak przelatywał pomiędzy jego rozczapierzonymi palcami, pozostawiając po sobie wyłącznie osobliwe uczucie chłodu. Nagle niedaleko rozszedł się przenikliwy dźwięk klaksonu. Rogers zmarszczył czoło, mimowolnie prostując się. Przeczuwał zbliżającą się awanturę i nie pomylił się, bo już chwilę później padła pierwsza wiązanka obelg.
⠀⠀⠀⠀⠀Nie ulegało wątpliwościom, że wszędzie, gdzie tylko żyli ludzie, musiały tworzyć się konflikty. Jakiekolwiek – zwyczajnie musiały. Zresztą, do części z nich Mściciele dołożyli parę decydujących cegłówek. Steve spojrzał na swój telefon. Wahał się przez moment, w końcu jednak odblokował ekran. Chciał wierzyć, że mimo wszystko udało mu się znaleźć z powrotem na swojej spokojnej, przesiąkniętej zapachem wrzosów wyspie; chciał wierzyć, choćby przez ułamek sekundy, że jeśli wystarczająco szybko zamknie oczy, to... To co właściwie? Problemy magicznie znikną? Dadzą mu czas na zastanowienie się nad kolejnymi krokami? Marzenie ściętej głowy, pomyślał z goryczą.
⠀⠀⠀⠀⠀Był przecież żołnierzem, a sentymentalizm w czasie misji był najgorszym wrogiem. Rogers włączył nagranie, opierając się plecami o barierkę.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀„Oświadczenie rządu Stanów Zjednoczonych z dnia piętnastego listopada, dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Z nastaniem godziny dwudziestej bieżącego dnia, mutanci oraz wszystkie stworzenia nadprzyrodzone wyróżniające się nienaturalną aparycją i zdolnościami zostają oskarżone o naruszenie bezpieczeństwa państwa amerykańskiego, oraz sąsiadujących z nim krajów. Służby porządkowe otrzymują nakaz natychmiastowego zatrzymania oraz odgórne prawo do posługiwania się technologią umożliwiającą wykrycie genu X. Erik Lehnsherr, Raven Darkholme oraz Wanda Maximoff według raportu S.W.O.R.D. zostają uznani za największe zagrożenie obecnych czasów...”
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀W coś ty się zaś wpakowała, dziewczyno...⠀──⠀mruknął z niedowierzaniem.
⠀⠀⠀⠀⠀Komunikat przeszywał bezlitośnie jego myśli, mimo że Steve znał jego treść już na pamięć. Po raz pierwszy natknął się na niego krótko po podłączeniu telefonu do sieci; nie musiał specjalnie szukać, oświadczenie widniało na wszystkich rządowych stronach, będąc przestrogą i jednocześnie zachętą do wcale nie przypadkowych donosów. Steve odruchowo spojrzał za siebie, na rozświetlone neonowymi światłami budynki. W dole awantura przybierała na sile, wrzaski i wyzwiska stapiały się w jeden, zdecydowanie niekontrolowany chaos.
⠀⠀⠀⠀⠀Lehnsherra kojarzył w głównej mierze z akt. Jeden z Czwórki Największych Złoczyńców posiadał całkiem pokaźną kartotekę z niebotyczną ilością raportów, w których nie szczędzono na makabrycznych szczegółach; wielokrotnie Rogers łapał się za głowę, bo nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie czytał. Obecnie, kiedy myślał nad tym i bezwolnie wertował w głowie poszczególne akta, zaczęły przypominać mu się opowieści Logana – jego przyjaciel zawsze otwarcie dawał upust swojej (nie)ekscytacji wobec metalicznych zdolności mutanta. Zaraz za nimi pojawiły się rozmowy z Profesorem X, który przez wzgląd na swoje pobudki wydawał się Rogersowi nieoczekiwanie bliski. Może nie jak ojciec, bo Steve nie zamierzał kalać mutanta podobnym określeniem, lecz na pewno jak ktoś, kogo być może rozumiał bez zbędnych słów. Nazwisko Darkholme niejednokrotnie przewijało się w papierach tuż obok personali Erika, co jednoznacznie wskazywało, że mutantka musiała mieć z nim większą styczność.
⠀⠀⠀⠀⠀Wątpił jednak, że spotka tę dwójkę na Madripoorze. Co innego Maximoff.
⠀⠀⠀⠀⠀Na długo przed wyjazdem Rhodey powiedział mu, że rząd zamierza wycofać wszystkie oskarżenia – a mówiąc wszystkie, miał na myśli dosłownie wszystkie – ponieważ sytuacja kryzysowa, do której doprowadził atak Tytana, zmusiła ich do podjęcia radykalnych kroków. I chociaż początkowo brzmiało to jak obiecująca zmiana, to dość szybko wyszły na jaw prawdziwe, stojące za nade pięknymi słowami zamiary – każdy z rządzących oczekiwał, że w ramach wdzięczności Mściciele czym prędzej ruszą w pościg, by odkręcić sytuację. Taka przecież była ich idea – byli nie więcej niż bronią, którą należało nakierować na cel; bronią, której obowiązkiem było przywrócenie właściwego porządku, niezależnie od możliwych konsekwencji. Jednak podczas pobytu na wyspie, Rogers był odcięty od informacji z zewnątrz. Nie skupiał się na świecie, nie skupiał na innych, nie próbował dowiadywać się czegokolwiek na siłę. Miał wreszcie powód, aby powiedzieć sobie zdecydowane stop i robił to niemal każdego dnia. Nie miał więc pojęcia, że rząd postanowił ukarać ich w okrutny sposób, tak jakby strata przyjaciół, strata połowy populacji Wszechświata nie była wystarczająco dotkliwa. Oświadczenie było dla niego niczym kubeł zimnej wody – niechciany, w pewnym sensie jednak wskazany.
⠀⠀⠀⠀⠀Awantura w oddali ustała. Głuchy odgłos uderzenia czegoś metalowego, przeciągły pisk opon – i Madripoor ponownie pogrążył się w zadziwiająco przyjemnej, nocnej ciszy. Steve westchnął ciężko. Czas brać się do roboty, pomyślał, ruszając w stronę zejścia z dachu.
⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀Barman o pociągłej twarzy i mocno zarysowanych kościach policzkowych, na których tu i ówdzie widniały świeże ślady zacięcia się podczas golenia, postawił przed nim kieliszek z wódką. Steve podziękował skinieniem ręki, opróżniając go jednym haustem. Nie był w stanie upić się, niemniej potrzebował zachować pozory.
⠀⠀⠀⠀⠀Od dłuższego czasu czuł się obserwowany. Nie było to jednak pierwsze lepsze wrażenie, spowodowane przebywaniem na obcym, w dodatku nieprzychylnym sobie terenie. To było coś rzeczywistego – coś, na co mógł wskazać palcem i powiedzieć, że to właśnie jest powód, mimo że śledząca go osoba dołożyła wszelkich starań, by pozostać niezauważoną. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce sprowadziło się to do popełnienia momentami tak irracjonalnych błędów, że Rogers czuł aż wewnętrzną potrzebę strzelenia się otwartą dłonią w czoło. Ewentualnie dziewiątką w skroń. Najwyraźniej dla niektórych wyznacznikiem szpiegostwa był sukcesywnie powielany przez filmy akcji schemat, w którym główni bohaterowie zaopatrywali się w obszerne bluzy oraz jaskrawe czapki, na które obowiązkowo naciągali kaptury, dzięki czemu stawali się niewidzialni dla otoczenia. Nie wspominając już o legendarnym wychylaniu się zza rogu każdego budynku. Steve zamówił jeszcze jedną kolejkę. Barman momentalnie napełnił jego kieliszek i wrócił do wycierania tak czy siak błyszczącego się blatu.
⠀⠀⠀⠀⠀O tej godzinie pub świecił pustkami. Jedynymi klientami był on, dzieciak, który cicho pochrapywał w kącie pomieszczenia, oraz naturalnie nieznajoma osoba, która podążała jego śladem od momentu, kiedy tylko opuścił blok, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Mieszkanie, parsknął w myślach, kręcąc głową.
⠀⠀⠀⠀⠀Już w przeciągu kilku pierwszych godzin zdołał dostrzec, że Madripoor żył według ściśle określonego harmonogramu. O północy następowała tak zwana umowna godzina szefów, jak wyjaśniła mu Sharon w wiadomościach. Tylko spróbuj jej nie przestrzegać, a obudzisz się z prętem w gardle.
⠀⠀⠀⠀⠀Za godzinę, maksymalnie półtorej sytuacja ulegnie diametralnej zmianie. Pub będzie pękać w szwach od nadmiaru pijanych oprychów, gotowych zademonstrować swoją domniemaną wyższość na absolutnie każdy możliwy sposób. Rogers nie miał zamiaru tyle czekać. Opróżnił kieliszek, zostawił na blacie parę banknotów, które po zsumowaniu znacznie przewyższały ogólną cenę alkoholu, a następnie ruszył w stronę stolika, gdzie siedziała śledząca go osoba. Uśmiechnął się szelmowsko, dostrzegłszy jak zadrżała i dosiadł się bez pytania.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Długo jeszcze będziesz mnie śledzić?⠀──⠀rzucił wprost.
⠀⠀⠀⠀⠀Nieznajoma osoba szybko zaprzeczyła ruchem głowy. Mocniej nasunęła kaptur, próbując ukryć się przed oskarżycielskim wzrokiem Rogersa.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Więc teraz zostałaś niemową, Sharon?
⠀⠀⠀⠀⠀Dostrzegł kolejne drgnięcie. Dopiero po dłuższej chwili Sharon Carter dość niechętnie ściągnęła kaptur, westchnęła ciężko i rozsiadła się wygodniej. Steve skrzyżował ramiona.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Potrzebowałam upewnić się, że faktycznie nie planujesz niczego kretyńskiego.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Przyszedłem jedynie na kilka kulturalnych kieliszków, zresztą tak jak przystało na początkującego złola. Aklimatyzuję się w dość powolny sposób, szczególnie że nie mam wartościowego wzorca. Poza tym szukam należytej roboty, a te miejsca⠀──⠀Steve wskazał dłonią wnętrze, które tonęło w żółtym, nieznacznie za ciemnym oświetleniu⠀──⠀są podobno najlepsze. Mylę się?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Absolutnie. Chociaż jesteś na niebezpiecznym rewirze.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Domyśliłem się, odkąd tylko zaczęłaś za mną iść. Naprawdę nie masz lepszego sposobu na marnowanie czasu? Bo jeśli nie, to przepraszam, ale nie dostarczę ci fascynujących wrażeń.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Mogłabym skopać ci tyłek, tak przykładowo.⠀──⠀Sharon sugestywnie uniosła brew.⠀──⠀Przypomniałbyś sobie stare dobre czasy, kiedy nie miałeś oporów, aby bić się z przyjaciółmi.
⠀⠀⠀⠀⠀Steve udał, że zastanawia się nad propozycją. Nawet nieznacznie przekrzywił głowę.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Uczciwa oferta. Chociaż jak już zaznaczyłaś – to stare czasy. Obecnie wróciliśmy do etapu wymieniania się bransoletkami przyjaźni. Pójdę ci jednak na rękę i rozważę ją, o ile zechcesz odpuścić sobie usługi ochroniarskie. Nie żeby coś, ale⠀──⠀odrobinę zniżył głos⠀──⠀psujesz mi reputację.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Ty psujesz mi życie, więc jesteśmy mniej więcej kwita.⠀──⠀Carter skrzywiła się, symulując obrzydzenie. Zaraz potem wybuchnęła serdecznym śmiechem.⠀──⠀Gdybyś tylko zobaczył swoją zbolałą minę! Wyglądałeś jak skarcony golden retriever!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Zabawne, miss świetnych żartów. Uśmiałem się po pachy. Ha, ha.⠀──⠀Rogers przewrócił oczami, mimo że lekko drgnął mu kącik ust.⠀──⠀Wolę wyglądać jak pies niż jak nieudolna parodia Jasona Bourne.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon Carter nie odpowiedziała. Nie musiała nawet – oboje doskonale wiedzieli, że tym razem wygrała, więc cisza, która zalęgła się pomiędzy nimi, była tylko i wyłącznie formalnością. Czystym potwierdzeniem na to, że mimo zatargów z przeszłości, w dalszym ciągu byli w stanie normalnie ze sobą rozmawiać. Chociaż Rogers nie był do końca przekonany, czy w obecnej sytuacji powinien o tym wiedzieć. Czy w ogóle powinien był o tym wiedzieć. Wspomnienia potrafiły płatać figle, on natomiast musiał zachować bezwzględną trzeźwość umysłu.
⠀⠀⠀⠀⠀W końcu kobieta podniosła się z miejsca, otrzepała ręce z niewidzialnego kurzu i nasunęła kaptur na głowę. Steve także chciał wstać, niemniej Sharon błyskawicznie znalazła się tuż obok niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Zepsujesz mi reputację⠀──⠀powiedziała przyjaźnie. Jej usta rozciągnęły się w zawadiackim uśmiechu, którego uroku dopełniło jednoznaczne mrugnięcie.
⠀⠀⠀⠀⠀Rogers westchnął z niedowierzaniem, lecz nie ruszył się z miejsca, tak jak zresztą przystało na zdyscyplinowanego żołnierza. Przynajmniej do momentu, dopóki Sharon nie wyszła na zewnątrz, niknąc w nocnych czeluściach Madripooru – dopiero wtedy skierował się w stronę baru. Barman przywitał go ewidentnie rozbawionym spojrzeniem, niemniej w żaden sposób nie skomentował zasłyszanej rozmowy; zamiast tego postawił na blacie pełen kieliszek, zabierając się za przecieranie kufli.
⠀⠀⠀⠀⠀Pewien, że tym razem nikt go nie obserwuje, Steve wyciągnął niewielką fotografię.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Znasz ją? Albo może gdzieś ją widziałeś? Nie rzuciła ci się przypadkiem w oczy?⠀──⠀zapytał.
⠀⠀⠀⠀⠀Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, nawet nie zerkając na zdjęcie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Na pewno? Przyjrzyj się, ma dość nietypową urodę.
⠀⠀⠀⠀⠀Tym razem barman rzucił łaskawie okiem. Nagle po jego twarz przebiegł wpierw cień zdezorientowania, a następnie przerażenia. Rogers miał wrażenie, że jeszcze chwila, a mężczyzna złamie się, lecz ten przeniósł na niego ewidentnie przestraszone spojrzenie, mocniej zacisnął drżące palce na trzymanym kuflu i ponownie zaprzeczył.
⠀⠀⠀⠀⠀Steve nie naciskał dalej. Nie miało to sensu, potrzebował innej taktyki.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀Przez następne godziny Steve Rogers robił to, co jedynie był w stanie. Chodził od jednego miejsca do drugiego, starając się za wszelką cenę znaleźć kogoś, kto byłby chętny podzielić się z nim istotnymi informacjami. Na próżno. Większość barmanów momentalnie nabierała wody w usta, niektórzy grzecznie wskazywali mu drzwi, inni natomiast nie omieszkali sięgnąć po brutalniejsze metody. Podobne reakcje pojawiały się także u bywalców – kiedy tylko Steve pokazywał zdjęcie Wandy Maximoff, to część z nich albo udawała, że nie istnieje, albo reagowała przesadną agresją, tak jakby próbowali podkreślić swoją kategoryczną odmowę współpracy. U każdego Rogers dostrzegł jednak ten sam schemat – strach, który koniecznie próbowali zamaskować. Rozbiegane spojrzenie, które starało się znaleźć wsparcie u innych, podobnie przerażonych ludzi, bądź choćby minimalną ilość zrozumienia lub potwierdzenia, że w pobliżu nie czai się większe zagrożenie niż rozmowa z nader wścibskim obcym.
⠀⠀⠀⠀⠀Wyszedł z kolejnego klubu, rozmasowując sobie kark. Był już zmęczony ciągłym udawaniem, że absolutnie niczego nie widział – żadnego przypadkowego zerknięcia w kąt, panicznie drżących dłoni, wcale nie tak ukradkowego sięgnięcia pod blat, szukania czegoś. Pod tym względem Rogers musiał przyznać Sharon rację – skoro ludzie już teraz byli gotowi rozpylić środek usypiający, to jak zareagowaliby, gdyby wyszło na jaw, że dawniej był Kapitanem Ameryką? Chyba powinien lepiej się przygotować. Zdecydowanie dużo lepiej.
⠀⠀⠀⠀⠀A przygotowania najlepiej było rozpocząć od pytania. Steve uniósł brew, wkładając dłonie do kieszeni skórzanej kurtki.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Długo jeszcze będziesz mnie śledzić?⠀──⠀zapytał na głos.
⠀⠀⠀⠀⠀Miał wrażenie déjà vu. Parę godzin temu zadał to samo pytanie, lecz wtedy śledzącą go osobą okazała się być Sharon Carter.
⠀⠀⠀⠀⠀Nagle tuż obok jego policzka przeleciał nóż. Ostrze wyczuwalnie musnęło go tępą stroną i zawisło w powietrzu, powoli odwracając się czubkiem w jego stronę. Rogers profilaktycznie zatrzymał się.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Węszysz na nieodpowiednim terenie, człowieku. Gadaj, kim jesteś?
⠀⠀⠀⠀⠀Czas na pierwszą instrukcję, pomyślał.
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀Chwilę później trzymał w dłoni okrągłą monetę z wygrawerowanym „X” na samym środku. Napastnik, który tak naprawdę okazał się zaledwie nastolatkiem, wręczył mu ją wraz z wiadomością, by za trzy dni pojawił się w dokach, po wschodniej części Madripooru.
⠀⠀⠀⠀⠀Rogers miał zatem około siedemdziesiąt godzin na zamknięcie swoich spraw.
⠀⠀⠀
∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀✪⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Mieszkanie Sharon Carter wyglądało dokładnie tak, jak się spodziewał. Przepych skutecznie maskował szpiegowską naturę, pozwalał zbudować fałszywą tożsamość kogoś, kto bezgranicznie lubował się w sztuce, ponadczasowej architekturze, kultywował piękno dawnych epok. Pod tym względem każdy, kto obracał się w świecie agentów dłużej niż miesiąc, był do siebie horrendalnie podobny – każdy stawał się wyłącznie pustą kartką, którą trzeba było jakoś zapełnić, jednocześnie zostawiając wystarczająco wolnego miejsca, żeby zmieściła się jeszcze wyimaginowana osobowość. Ogromne okna, które potencjalnie stanowiły zagrożenie, a które dość łatwo można było wykorzystać, jeśli wiedziało się w jaki sposób. Przerwy pomiędzy nimi były na tyle szerokie, że bez większych problemów zapewniłyby ochronę człowiekowi o wyższych gabarytach. Schody na piętro znajdowały się w głębi pomieszczenia, celowo ukryte przed widokiem z okna i tym samym potencjalnym snajperem. Przejścia pomiędzy pokojami były na tyle spore, by nie trzeba było zmieniać ułożenia ciała. Większość mebli była ustawiona tuż pod ścianą, naprzeciwko wejścia. Wszystko to sprawnie podkreślone odrobiną klasy, która tak bardzo pasowała do osoby nazwiskiem Carter.
⠀⠀⠀⠀⠀Steve mimowolnie zamyślił się. Czasami dopadało go przeświadczenie, że on także miał w podobny sposób wyprany mózg, przez co nieświadomie zostawiał sobie odrobinę przestrzeni na nową tożsamość. Nie chciał jednak o tym myśleć, więc za każdym razem przeganiał swoje spostrzeżenia, bo obawiał się, że mogłyby okazać się prawdą. Obawiał się, że mogłoby wyjść na jaw, że faktycznie zatracił się we wszystkim i ostatecznie jest nikim. Ale obserwując Sharon dotarło do niego, że prędzej czy później będzie musiał to przed sobą przyznać. Miał tylko nadzieję, że zdecydowanie później.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon postawiła na stole dwie szklanki. Zalała je do połowy wódką, spojrzała krytycznie na Rogersa, po czym dolała drugie tyle.
⠀⠀⠀⠀⠀Nie skomentował szklanek. Uniósł za to pytająco brew.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Ty się nie upijesz, mi nie zaszkodzi.⠀──⠀Wzruszyła ramionami, odchylając się na krześle. Zmierzyła go dość niechętnym spojrzeniem.⠀──⠀Czego więc chcesz?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Potrzebuję twojej pomocy. Znowu⠀──⠀przyznał szczerze.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Domyśliłam się. Jednak wpakowałeś się w kłopoty?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Nie, dopiero zamierzam.⠀──⠀Steve zmusił się do uśmiechu.⠀──⠀Potrzebuję namiarów na szefa Madripooru.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon zmarszczyła czoło.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Po co?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Nawet gdybym chciał, nie mogę ci powiedzieć.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Specjalna misja Ameryki?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Coś w tym guście.⠀──⠀Przytaknął z wyraźnym wahaniem.⠀──⠀Nie prosiłbym cię o nic, gdyby to nie było naprawdę ważne, Sharon. Proszę. Nie na dawne lata, ani dawną znajomość, a na obecne czasy – obecną rzeczywistość. Naprawdę potrzebuję twojej pomocy.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon Carter milczała. Od czasu do czasu bębniła palcami w swoje ramię, niemniej wyraz jej twarzy ani razu nie uległ zmianie – w dalszym ciągu obserwowała go lodowatym, prawie że nienawistnym spojrzeniem, za którym mimo wszystko krył się cień ciekawości, współczucia oraz naiwności. Steve znał ten wzrok. Znał tę minę, którą kobieta robiła na krótko przed podjęciem decyzji; przed wyborem, który wiedziała, że nie przyniesie jej niczego dobrego, ale tak czy siak zgadzała się. Czasami pytał – dlaczego?; wpierw odpowiadała mu cisza, później natomiast beztroskie – a dlaczego by nie?
⠀⠀⠀⠀⠀W końcu podniosła się z krzesła i skierowała w stronę torby, która leżała na kanapie. Rogers natychmiast sięgnął do kieszeni kurtki. Wiedział, że później będzie się nienawidził za podobne posunięcie, w tej chwili jednak nie miał innego wyjścia. Wystarczająco zniszczył życie Sharon, tym razem miał być to już ostatni raz.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon wróciła, kładąc na stół tablet z podpiętym pendrive. Zgrała potrzebne informacje i podała go Rogersowi. Cały czas milczała, co mogło być różnie zrozumiane.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Nie zapytasz, co będziesz z tego miała?⠀──⠀spytał odruchowo. Przemawiała przed niego troska, której nie zdołał na czas zamaskować.
⠀⠀⠀⠀⠀Zaprzeczyła ruchem głowy, wyłączając urządzenie. Usiadła z cichym westchnieniem, zaciskając dłonie na szklance.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Nie chcesz mi pomagać, prawda?
⠀⠀⠀⠀⠀Znowu zaprzeczyła.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Więc o co chodzi?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀To skomplikowane.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Czyli?⠀──⠀Steve nachylił się nad stołem, wyciągając ku niej dłoń. Złapała ją od razu, mocno zaciskając palce, tak jak kiedyś, kiedy potrzebowała jego wsparcia.⠀──⠀Sharon?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Znam cię, Stevie. Wiem, że planujesz coś idiotycznego, coś, przez co faktycznie wpakujesz się w kłopoty.⠀──⠀Podniosła na niego spojrzenie, przez chwilę zaciskając wargi w wąską linię.⠀──⠀Najgorsze, że nie chcesz zdradzić mi szczegółów, więc i tym razem będę mogła tylko przyglądać się wszystkiemu z boku. To trochę boli. Ale tylko trochę, w pewnym sensie przyzwyczaiłam się.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Robię to dla twojego dobra, Sharon.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Wiem, doceniam. Ale nie dziękuję, bo jakbyś jeszcze nie zauważył – potrafię sama o siebie zadbać.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Zauważyłem⠀──⠀przytaknął, powoli splatając z nią palce. Ten gest przywodził wspomnienia, niemniej w obecnej sytuacji nie były one największym problemem. Przeciwnie – były miłą odskocznią, przyjemnym i ulotnym szczęściem.⠀──⠀Napijmy się, zanim skoczymy sobie do gardeł.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Steve Rogers, który sam z siebie proponuje kieliszek? Boże, niewiarygodne, doczekałam się.⠀──⠀Zaśmiała się cicho, po czym wolną ręką sięgnęła po szklankę.
⠀⠀⠀⠀⠀Steve zrobił to samo. Stuknęli się, choć w niczym nie przypominało to radosnego toastu za wspólną przyszłość.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀To ostatni raz, Sharon. Masz moje słowo⠀──⠀powiedział nagle.
⠀⠀⠀⠀⠀Sharon zmarszczyła czoło, nieznacznie przekrzywiając głowę. W jej oczach czaiła się niepewność, która powoli zaczęła przechodzić w przerażenie. Tymczasem Rogers jeszcze na moment ścisnął ich dłonie, po czym zabrał swoją i wstał. Carter chciała zrobić to samo, ale wzmocnione środki nasenne zaczęły już działać, więc musiała złapać się krawędzi stołu, by zachować równowagę.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Co się...⠀──⠀Spojrzała na niego pytająco, przykładając dłoń do skroni.⠀──⠀Coś ty zrobił...?
⠀⠀⠀⠀⠀Steve podszedł do niej, w ostatniej chwili obejmując ją w pasie. Sharon oparła się na nim całym swoim ciężarem, wciąż mając wystarczająco dużo siły, żeby uderzyć go zaciśniętą pięścią w klatkę piersiową.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀To ostatni raz, przyrzekam⠀──⠀powtórzył szeptem, biorąc coraz bardziej otumanioną kobietę na ręce. Zaniósł ją na kanapę, musnął palcami jej blade policzki i uśmiechnął się przepraszająco.⠀──⠀To dla twojego dobra, Sharon. Proszę, zaufaj mi, to tylko i wyłącznie dla twojego dobra...
⠀⠀⠀⠀⠀Miał wyrzuty sumienia, kiedy wychodził z mieszkania Carter. Zamknął drzwi na klucz, wsuwając je następnie do środka przez szczelinę. Bał się, że mógł przesadzić z ilością. Tysiąc myśli ukuło go w tej samej sekundzie w umysł.
⠀⠀⠀⠀⠀Mimo wszystko wiedział, że postąpił słusznie. Żałował jedynie, że znowu musiał zniszczyć za sobą jakiś – czyiś – most. Czyjeś zaufanie, które jakby nie patrzeć budował przez lata.
⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Kapitan Ameryka we własnej, zasranej osobie! Chłopaki, poszczęściło nam się! Odwiedził nas ważny gość, niech mnie kula majtnie, zachowujcie się, albo wszyscy trafimy za kratki!
⠀⠀⠀⠀⠀Zadymione od papierosów pomieszczenie wypełnił gardłowy rechot. Steve zmarszczył czoło, powstrzymując odruch przewrócenia oczami. Nienawidził podobnych żartów, niemniej musiał robić dobrą minę do złej gry. Jeszcze tylko trochę, obiecał sam sobie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀We własnej, uszlachetnionej⠀──⠀celowo zaakcentował ów słowo, posyłając lodowate spojrzenie mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko⠀──⠀przez rząd osobie. Po nagle skwaszonych minach wnioskuję, że mało który z was lubi rząd. Szkoda, czasami oferty są interesujące. Nie musicie jednak odpowiadać, nie jestem tutaj po to, aby udzielać wam korepetycji z krasomówstwa. Mam robotę i szukam zawodowców.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Robotę? Ty? Moi chłopcy nie będą pracować dla rządu.⠀──⠀Jego rozmówca plunął na stół.
⠀⠀⠀⠀⠀Pomieszczenie ponownie wypełniło się śmiechem, tym razem nawet głośniejszym, wręcz bezczelnym. Rogers zmrużył oczy, nachylając się powoli, aż kanapa, na której siedział, zaskrzypiała złowrogo.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Zapłacę. Solidnie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Nie ma kwoty, za którą...
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Dwukrotność ceny, którą rząd oferuje za schwytanie Wandy Maximoff.
⠀⠀⠀⠀⠀Mężczyzna zawahał się. Jego spojrzenie przeskoczyło z Rogersa na dwójkę ochroniarzy, którzy znajdowali się tuż za jego plecami. On tymczasem nie zareagował. Zbyt dobrze wiedział, że gdyby tylko drgnął, otaczający go ludzie natychmiast rzuciliby się na niego. Od samego początku węszyli podstęp, więc byli gotowi na wszystko. Absolutnie wszystko.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Trzykrotność.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Więc czterokrotność.⠀──⠀Steve powoli wyciągnął rękę.
⠀⠀⠀⠀⠀Mężczyzna spoglądał na niego z niedowierzaniem. Wreszcie plunął we wnętrze swojej dłoni i uścisnął tę Rogersa.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Jutro o północy spotykam się z ludźmi, którzy mają zaprowadzić mnie do Maximoff. Nie ufają mi, więc postarajcie się niczego nie spierdolić i zostańcie w ukryciu, dopóki nie dam wam sygnału.
⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀Steve wyciągnął z kieszeni starannie złożoną fotografię. Przez całą drogę obiecywał sobie, że odetnie się od przeszłości raz na zawsze. Stanowczo, bezwzględnie. Konsekwentnie. Albo przynajmniej spróbuje na jakiś czas. Jednak prawda była taka, że wciąż doskonale pamiętał dzień, w którym została wykonana fotografia, pamiętał także swój późniejszy spokój, przepleciony z niezdrową ekscytacją oraz otumaniającym wrażeniem, że oto właśnie rozpoczynało się coś ewidentnie świetnego. Powoli rozłożył zdjęcie, starannie wygładzając każde, nawet najmniejsze zagięcie. Co prawda mógłby zrzucić winę na swoją wzmocnioną pamięć, ale chyba nie chciał się aż tak oszukiwać. Niektórych rzeczy nie dało się ot tak zapomnieć, nieważne jak usilnie zakopywało się je w najdalszych szufladkach umysłu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀„Pozdrowienia ze zniszczonego Nowego Jorku! Specjalnie dla państwa – relacjonował wasz ukochany Iron Man!”⠀──⠀Głos Starka momentalnie rozbrzmiał w jego głowie.⠀──⠀„Mrożonka, weź się uśmiechnij, gdzie się pchasz ze skwaszoną miną, Boże mój kochany, zero kultury. Te, Maximoff, obniż pułap, nie mieścisz się w kadrze!”
⠀⠀⠀⠀⠀Steve uśmiechnął się z rozżaleniem. I tęsknotą.
⠀⠀⠀⠀⠀Wyjął następnie zapalniczkę i niczym jak w transie zaczął obracać ją między palcami. W końcu przytknął ją do krawędzi. Ogień był niebotycznie żarłocznym żywiołem, więc nie trzeba było długo czekać, by pochłonął skrawek papieru, na którym widniała nieco zaskoczona, styrana niedawną walką drużyna Mścicieli.
⠀⠀⠀⠀⠀Maximoff oraz Rogersa, którzy akurat przypadkiem znaleźli się tuż obok siebie, rozjarzony płomień pożarł dopiero na sam koniec.
⠀⠀⠀
∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀✪⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙⠀⠀⠀∙
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Splunął przed siebie krwią, przesuwając językiem po spękanej wardze. Młody miał konkretne uderzenie, trzeba było mu to przyznać. Wiedział, gdzie trafić, aby zamroczyć przeciwnika dużo większego od siebie. W normalnych warunkach Steve pogratulowałby mu życiowego doświadczenia i podrzucił kilka rad, jak mógłby skutecznie wzmocnić cios, niemniej obecnie musiał trzymać się swojej roli.
⠀⠀⠀⠀⠀Na jego wykręconych do tyłu rękach zacisnęło się coś na kształt chropowatej liny. Rogers wiedział jednak, że nie była to lina. Nastolatek, który trzy dni temu dał mu monetę, a który obecnie znokautował go celnym trafem, posiadał niebywałe umiejętności, pozwalające mu dowolne kształtować mgłę dookoła siebie. Co jak co, ale nigdy nie spodziewałby się, że spotka mutanta na Madripoorze, chociaż z drugiej strony – po oświadczeniu to właśnie Madripoor stał się najbezpieczniejszym miejscem na całym świecie.
⠀⠀⠀⠀⠀Poprawił się na kolanach, odrzucając głowę do tyłu. Z nosa ciekła mu krew, więc w końcu był zmuszony plunąć nią raz jeszcze, prosto pod stopy Wandy Maximoff, która wpatrywała się w niego z ewidentną odrazą.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Powtarzam jeszcze raz⠀──⠀zaczął spokojnie, przeskakując spojrzeniem na nastolatka, który bawił się nożem⠀──⠀nie mam bladego pojęcia, o czym wy mówicie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Więc dlaczego miałeś zdjęcie panny Maximoff przy sobie?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀A bo mam takie niecodzienne hobby, że lubię kolekcjonować.⠀──⠀Steve uśmiechnął się półgębkiem.
⠀⠀⠀⠀⠀Uderzenie nadeszło gwałtownie. Nawet go nie dostrzegł, mimo że jego refleks został wzmocniony dzięki serum. Może to i lepiej – w przeciwnym wypadku zdołałby go ominąć i cały plan szlag by wziął. Poczuł jedynie jak jego policzek zapłonął skoncentrowanym bólem, a zaraz potem zobaczył na nożu przeciągły ślad krwi.
⠀⠀⠀⠀⠀Parsknął pod nosem, z dumą prezentując ranę na twarzy, która już po chwili zaczęła powoli się zasklepiać. Niedowierzanie w oczach Wandy Maximoff było wystarczającą odpowiedzią. Udało mu się.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Skoro mogę łaskawie dokończyć – mówiłem, że lubię kolekcjonować znajomości. Szczególnie takiego samego pokroju jak ja.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Gen X czy eksperyment?
⠀⠀⠀⠀⠀Steve nadal wpatrywał się w Wandę. Druga instrukcja, którą otrzymał od Doktora Strange'a, mówiła by nie wierzył w oczywistość. Dlatego Steve nie wierzył. Wanda, która przed nim stała, nie była tą, którą znał.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀─────⠀Eksperyment⠀──⠀odpowiedział wreszcie z nieukrywaną satysfakcją.⠀──⠀Projekt Weapon Plus.
⠀⠀⠀
⠀⠀

⠀⠀

