JustPaste.it

2ee3d29fc0d44f14b0e6af7fa6921f21.png

 

 ⠀⠀‣ ℳ. ℋ.
 

 ⠀⠀⠀

 ⠀⠀

Noc wciąż otulała miasto, kiedy Maria wróciła do swojego mieszkania. Zimno przesiąkało przez jej cienki płaszcz, ale była na to obojętna. Mróz przywodził na myśl Chicago – długie, mroźne noce, gdy leżała w swoim małym łóżku, słysząc za ścianą ciche kroki ojca. Wiedziała wtedy, co się zbliża. Wiedziała, co się wydarzy.

 

Zamek w drzwiach przekręcił się z cichym kliknięciem. Mieszkanie było ciemne, ciche. Poza cichym buczeniem lodówki i odległym szumem miasta za oknem, nic tu nie żyło. Maria odrzuciła klucze na blat w kuchni, przetarła twarz dłońmi i opadła na sofę.

 

Wysadzony bunkier.

Miranda.

Zemo.

 

Jej myśli krążyły wokół ostatnich godzin, jak kruki nad polem bitwy. Wszystko było zbyt idealnie zsynchronizowane, zbyt dobrze zgrane. Miranda nie była przypadkową uciekinierką. Była narzędziem.Idealnie skalibrowanym, dokładnie takim, jakiego użyłby Zemo.

 

Maria poczuła znajomy ucisk w klatce piersiowej. Kiedy była młodsza, myślała, że to strach. Z biegiem lat zrozumiała, że to była złość – zimna, wyrachowana, przypominająca o tym, że świat jest miejscem, w którym przeżywają tylko ci, którzy trzymają rękę na spuście.

 

Jej ojciec nauczył ją tego wcześnie.

 

Miała osiem lat, kiedy Ed Vernon wpadł do domu pijany i przewrócił stolik w salonie. Maria próbowała go uspokoić. Podeszła z podniesionymi dłońmi, jakby próbowała opanować dzikie zwierzę. „Tato, proszę…” — powiedziała wtedy, zanim dostała otwartą dłonią w twarz.

 

– Gdyby nie ty, twoja matka wciąż by żyła. – W jego głosie było coś przerażająco spokojnego. Coś, co wryło się w Marię na resztę życia.

 

Tego dnia postanowiła, że już nigdy więcej nie pozwoli nikomu mieć nad sobą władzy.

 

Pamiętała, jak odnalazła spokój w strukturze – najpierw w wojsku, potem w S.H.I.E.L.D. Rozkazy, protokoły, raporty – wszystko to nadawało światu sens. Jeśli coś miało schemat, można było to kontrolować. A jeśli można było to kontrolować, można było przetrwać.

 

Ale teraz… schemat się załamał. Miranda była anomalią, a Zemo – zmienną, której nie dało się kontrolować.

 

Maria rozpięła kaburę i położyła broń na stoliku obok kanapy. Zsunęła buty i wsparła głowę na dłoni. Oczy same jej się zamknęły. Miała może godzinę snu, zanim zadzwoni telefon. Fury na pewno już o wszystkim wiedział.

 

Zawsze wiedział.

 

***

 

Telefon zadzwonił o szóstej rano. Maria otworzyła oczy na ten dźwięk, zanim jeszcze zdążyła się w pełni obudzić. Odczytała imię na ekranie. Fury.

 

– Hill. – Jego głos był jak zawsze – szorstki, kontrolowany, pozbawiony emocji. – Wiesz, dlaczego dzwonię.

 

– Tak, sir.

 

Fury westchnął. Maria niemal wyobraziła sobie, jak siedzi w swoim biurze, z nogami na biurku i kubkiem czarnej kawy w dłoni.

 

– Miranda uciekła. – Nie było w tym pytania. On już wiedział. – Powiedz mi, jak to się, do cholery, stało.

 

– Mieliśmy ją pod kontrolą. – Maria usiadła na brzegu sofy, prostując plecy. – Wysadzili bunkier. Myślę, że to był Zemo. Miranda musiała wiedzieć o ładunkach.

 

– Dlaczego Rogers ją wtedy oszczędził? – Ton Furiego się zmienił. Teraz był bardziej napięty. – To było niezgodne z protokołem.

 

Maria zacisnęła szczękę.

 

– Bo to Rogers. – Jej głos był twardy. – Myślał, że robi to, co słuszne.

 

Fury milczał przez dłuższą chwilę.

 

– Chcesz, żebym posłał ludzi za nią? – zapytał w końcu.

 

Maria odchyliła głowę na oparcie sofy.

 

– Nie. – To jedno słowo przyszło jej łatwiej, niż się spodziewała. – Ona wróci. A jeśli nie… Zemo sam się ujawni.

 

– A jeśli Rogers ją znowu oszczędzi?

 

Maria westchnęła, spoglądając w sufit.

 

– To nie będzie mój problem.

 

Fury zakończył połączenie bez pożegnania.

 

***

 

Klatka schodowa pachniała wilgocią i starym drewnem. Wąski korytarz oświetlały słabe, żółtawe żarówki, które drgały przy każdym podmuchu powietrza z okiennych szczelin. Stare ściany nosiły ślady przeszłości – zadrapania, odpryski farby, wgniecenia po przedmiotach, które ktoś kiedyś rzucił ze złością lub desperacją.

 

Maria szła powoli, stawiając kroki z wyuczoną precyzją, jakby wciąż poruszała się po polu minowym. Prawą dłoń miała wciśniętą w kieszeń płaszcza, a palce lekko zaciskały się na chłodnej rękojeści Glocka. Zawsze w pogotowiu, zawsze gotowa na najgorsze.

 

Wiedziała, że to zły pomysł.

 

Ale mimo to była tu – w jego budynku, na jego piętrze – jakby coś w niej podświadomie pchało ją w jego stronę. Steve Rogers był problemem. Problemem, który znała na wylot, który potrafiła rozgryźć, nawet jeśli czasem jej się to nie podobało. Ale ten problem miał jasne, błękitne oczy i absurdalne poczucie moralności, które przeważnie doprowadzało ją do szału.

 

Kiedy dotarła pod jego drzwi, przez chwilę stała w bezruchu. Zawahała się.

 

Nie powinna tu być. Miała inne sprawy, inne obowiązki. Ale myśl o tym, jak Steve wyglądał, gdy leżeli pod gruzami bunkra – jak w jego oczach kryło się to krótkie, surowe przerażenie – była jak drzazga, której nie potrafiła wyciągnąć.

 

Podniosła dłoń, gotowa zapukać, ale w tej samej chwili kątem oka dostrzegła ruch na schodach.

 

Dziewczyna.

 

Długie, białe włosy opadały na jej ramiona, częściowo zasłaniając twarz. Wąski płaszcz wydawał się o dwa rozmiary za duży, jego rękawy były podarte na końcach. Miranda schodziła powoli po schodach, z głową spuszczoną i ramionami przyciśniętymi do ciała.

 

Maria zamrugała, czując, jak w klatce piersiowej rodzi się znajomy ciężar. Coś było nie tak.

 

Miranda mijała ją, nie podnosząc wzroku, ale wtedy Maria zauważyła plamy.

 

Ciemnoczerwone. Na rękawach, na dolnej części płaszcza. Krew.

 

Serce Marii podskoczyło w piersi.

 

– Miranda.

 

Dziewczyna spojrzała na nią z krótkim błyskiem świadomości w oczach, ale zaraz potem jej wzrok zgasł, jakby ktoś zgasił światło.

 

Maria ruszyła w jej stronę.

 

– Miranda! – Głos Marii zabrzmiał ostrzej niż zamierzała.

 

Ale Miranda przyspieszyła kroku, niemal wpadając w cień korytarza. Maria zareagowała odruchowo – pobiegła za nią, ale zanim dotarła na klatkę schodową, dziewczyna już zniknęła w półmroku. Usłyszała tylko przytłumione kroki na betonowych stopniach, a potem ciszę.

 

Maria zatrzymała się, opierając się o ścianę. Oddychała płytko, próbując uspokoić puls.

 

Co, do cholery, się właśnie wydarzyło?

 

Jej oczy znów wróciły do plam na płaszczu Mirandy. To była krew. Świeża. Ktoś krwawił. I Miranda najwyraźniej miała z tym coś wspólnego.

 

Maria zaklęła cicho pod nosem, po czym skierowała się z powrotem pod drzwi Steve’a. Podniosła dłoń i tym razem zapukała. Raz. Potem drugi.

 

Nic.

 

Zmarszczyła brwi, a potem nacisnęła na klamkę. Drzwi ustąpiły pod jej dłonią.

Steve szedł do mieszkania z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jego ramiona były spięte, a oczy ciemne od zmęczenia.

 

– Właśnie mijałam Mirandę na schodach. Miała krew na ubraniach. – Jej głos był twardy, rzeczowy, ale w jej wnętrzu narastał znajomy niepokój.

 

– Świeża. I nie wyglądała na ranną. – Maria podeszła bliżej. – Coś się stało, Rogers. I myślę, że wiesz, co to było.

 

Milczenie, które zapadło między nimi, było gęste jak dym po strzałach. Maria obserwowała Steve’a uważnie – jakby próbowała wyłowić odpowiedź w najdrobniejszym drgnieniu jego twarzy.

– Rozmawiałam z Furym. – W końcu przerwała ciszę, przeciągając dłonią po ramieniu, które wciąż bolało po upadku w bunkrze.

 

Maria podeszła do niego bliżej, dłonie wsunęła w kieszenie marynarki. Jej spojrzenie było chłodne, pragmatyczne, choć pod powierzchnią buzowała mieszanka emocji, których nie potrafiła rozgryźć.

 

– Dał nam wolną rękę. – Jej głos był twardy. – Ale jeśli Miranda znowu coś spieprzy, Fury nie będzie się wahał.

– Jeszcze nie podjęłam decyzji, czy to spieprzyłeś.

Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Zatrzymała się tuż przed nimi.

 

– Bądź gotowy. – Jej głos był twardy, praktyczny. – Jeśli Miranda wróci… nie będzie już miejsca na wątpliwości.

 

 

 

 

 

ee09fe8eae80e9c7fffa3cc70f8d3880.png