Mierz wysoko

Gdy byłem o połowę młodszy, myślałem, że jeśli kiedyś zacznę używać zwrotu: a w mojej młodości było lepiej, to będzie to niechybnym znakiem starzenia się. No i chyba się starzeję...

 

Z przykrością, ale muszę to powiedzieć: w moim dzieciństwie faktycznie było lepiej — przynajmniej „na odcinku” telewizyjnych bajek.

Po pierwsze, był jeden program telewizyjny. Tak, tak, jeden! Choć dziś może się to wydawać niewyobrażalne. Komputerów też nie było. — No to co w tym było dobrego? — zapyta ktoś młody. — Co można było robić bez telewizji i komputera? Nuda.

Otóż, niekoniecznie. W tamtych czasach należałem z ojcem do dwóch bibliotek osiedlowych i na wyścigi czytaliśmy książki. On kończył, a ja zaczynałem lub odwrotnie. Szczególnie lubiliśmy książki historyczno-przygodowe. Doszło do tego, że zanim ukończyłem szkołę podstawową, znałem już doskonale historię Słowian i Piastów. Przed liceum było jak znalazł. Do tego jeszcze uprawiałem sport. Nie nudziłem się.

Ale wróćmy do bajek. Królował Bolek i Lolek, dobry był też Reksio, znakomity Zaczarowany ołówek, Koziołek Matołek i Miś Uszatek. Z zagranicznych najbardziej lubiłem węgierskiego Krecika, radzieckiego Wilka i zająca, czeskiego Rumcajsa. Bardzo miłe były Bajki z mchu i paproci, ze Żwirkiem i Muchomorkiem. Były to programy bardzo ciepłe, przyjazne, pouczające, z minimalną (może z wyjątkiem Wilka i zająca) liczbą scen jakiejkolwiek przemocy.

Zmiany przyszły wraz z zachodnimi filmami Disneya. Wszyscy się w nich ganiali, bili, podstawiali sobie nogi, zrzucali na siebie z wysoka ciężkie przedmioty, podkładali nawzajem laski dynamitu, rozjeżdżali rozpędzonymi pojazdami, oszukiwali. W każdym filmie wygrywał bardziej cwany osobnik, a swoistym królem cwaniaków był królik Buggs.

Z czasem w bajkach do cwaniactwa i przemocy doszła jeszcze magia i elementy okultystyczne. Dzisiejsze programy dla dzieci są nieporównywalne w dawnymi. I wcale nie mam tu na myśli tylko strony technicznej.

Japońskie kreskówki Pokemon uczą dzieci zabijania przeciwnika przez atak rogiem, rzut kamieniem, ukąszenie, rozprucie brzucha, napad furii, podwójne kopnięcie, wyssanie krwi itp. W Transformerach teksty typu „teraz zmiażdżę twój ryj” wcale nie są wyjątkowe. Roboty z możliwością transformacji cały czas strzelają do siebie z broni maszynowej, wygrażają i prowokują wzajemnie do dalszej walki. W amerykańskim Power Rangers walka na kopniaki i pięści toczy się nieustannie. O co? Oczywiście o pokój na świecie. A to tylko animowane bajki dla dzieci. Do tego dochodzą filmy i gry komputerowe o podobnych treściach. Niech nikt się nie łudzi, że to nie zostawia w umysłach dzieci trwałych śladów, rzutujących na ich zachowania i postawy.

Dorośli też nie są bezpieczni. Mają swoje programy i filmy z nie mniejszą liczbą  negatywnych wzorców, które przenoszą do życia prywatnego. Następstwa tego przeniesienia często bywają tragiczne dla ich najbliższych. A przecież można inaczej. Telewizja nie musi nam i naszym dzieciom dyktować, co myśleć i jak żyć.

Niedawno przeczytałem niesamowitą historię życia amerykańskiego lekarza, Bena Carsona. To obecnie jeden z najlepszych neurochirurgów dziecięcych na świecie. Już jako trzydziestolatek rozdzielił bliźnięta syjamskie zrośnięte mózgami. Najdziwniejsze jest to, że doszedł do tego, mimo że pochodził z rozbitej rodziny, a w szkole podstawowej aż do piątej klasy uchodził za chłopca mało bystrego (żeby nie powiedzieć — matoła) i agresywnego.

Wszystko się zmieniło dzięki matce, która by pomóc synom (a miała ich dwóch), ustanowiła w domu bardzo proste reguły i konsekwentnie je od nich egzekwowała. Po pierwsze, postanowiła ograniczyć im czas oglądania telewizji jedynie do trzech programów na tydzień. Po drugie, aby zagospodarować synom wolny czas, zaleciła im wypożyczanie dwóch książek tygodniowo, które po przeczytaniu mieli jej opowiedzieć. Po paru latach chłopcy przeczytali już większość książek w okolicznych bibliotekach. Ich wyniki w nauce poprawiały się wprost proporcjonalnie do liczby przeczytanych książek, a Ben kończył kolejne szkoły jako najlepszy uczeń.

Doktor Carson opisał swoje doświadczenia w książce Cudowne ręce. Dzieli się w niej osobistą receptą na osiągnięcie sukcesu. Nadał jej kryptonim „THINK BIG” (mierz wysoko). T oznacza talent i czas (ang. time). Każdy ma jakiś talent, który trzeba znaleźć i wykorzystywać, oraz czas, którego nie wolno nam marnować. H to nadzieja (ang. hope), dzięki której zawsze możemy oczekiwać rzeczy dobrych, i uczciwość (ang. honesty) . I to poznawanie (ang. insight), zachęta do stałego uczenia się. to wezwanie do bycia uprzejmym (ang. nice — miły). K to wiedza (ang. knowledge) dzięki wybitnej w wiedzy w określonej dziedzinie stajemy się bezcenni dla otoczenia. B oznacza książki (ang. books), narzędzia aktywnego uczenia się, lepszego niż bierne słuchanie czy oglądnie. Czytanie to najbardziej rozwijający intelektualnie nawyk. I (ang. in-depth learning) to głębokie studiowanie — rzetelne, a nie tylko powierzchowne zdobywanie wiedzy. Wiedzy tak zdobytej się nie zapomina; zostaje ona w nas. W końcu G (ang. God) to Bóg, o którym nigdy nie powinniśmy zapominać; zależymy od Niego i zawsze będziemy Go potrzebowali. Mierzmy zatem wysoko.

Andrzej Siciński