JustPaste.it

wsmgora.jpg

                           Finn doskonale pamiętał, co pomyślał w chwili, gdy pierwszy raz spojrzał na zlokalizowany przez siebie dom, którego adres dostał po zadzwonieniu z budki telefonicznej na numer podany w ogłoszeniu. Gazeta, wyniesiona ze sklepu, przemycona pod koszulką przydała się na coś więcej, niż tylko planowaną podpałkę, choć koniec końców i tak skończyła w ogniu, choć wcześniej pozbawiona połowy jednej strony. Finn uznał, że ma niewiele do stracenia, a być może nawet i więcej do zyskania, szczególnie, że sytuacja wymagała dość szybkiego złapania czegokolwiek, co pozwoli zarobić mu chociaż na jedzenie, zwłaszcza po tym, gdy grupka, w której dotąd przebywał i podróżował rozeszła się w różne strony. Doskonale wiedział, że przy podobnym stylu życia nie było to nic niezwykłego i niekiedy każdy szedł własną drogą, odmienną od pozostałych, zabierając ze sobą często miłe i podnoszące na duchu wspomnienia, ale i tak było mu trochę przykro. Przede wszystkim samotność dawała mu się we znaki, brak otaczających go osób, brak rozmów, śmiechów, wspólnego picia, palenia, narzekania, snucia planów; Finn od zawsze uwielbiał obracać się wokół ludzi, był wręcz żywym potwierdzeniem, że człowiek to zwierzę stadne i teraz, gdy pierwszy raz po długim czasie został sam, czuł, że zaczyna powoli wariować. Wypełniał pustkę i ciszę swoim własnym głosem, prowadząc monologi ze sobą, a echo jego słów roznosiło się po pustym, opuszczonym zapewne kilkanaście lat temu budynku, niknąc w płomieniach rozpalonego ogniska, które nie tylko rozświetlało napierającą ciemność, ale przede wszystkim dawało ciepło, a przynajmniej na tyle, by ciało, szczelnie owinięte w śpiwór oraz dodatkowy koc nie trzęsło się przy każdym podmuchu wiatru, który świszczał za zbitym oknem, brutalnie wpadając do środka co jakiś czas. Młody McNamara porzucił jednak podobne praktyki po tym, jak jedną noc w całości poświęcił na szczególnie wymagającą kłótnię sam ze sobą na temat zakończenia pewnej książki, którą czytał dawno temu, zdawało się, że jeszcze w innym życiu, gdy był w więzieniu, a o której zupełnie nieoczekiwanie sobie przypomniał, obierając stronę, która przychylała się ku temu, że otwarte zakończenie jak najbardziej sprawdziło się w tym przypadku, jak i również tą, która kompletnie nie zgadzała się z podobnym stwierdzeniem. Gdy świt zajrzał do zrujnowanego latami zaniedbania domu, tym samym oznajmiając swoją dość niespodziewaną dla chłopaka obecność, postanowił, że to najwyższy czas, by wreszcie rzeczywiście coś zrobić i wyjść do ludzi, zamiast niezmiennie tylko to powtarzać. I w taki oto sposób trafił w miejsce, gdzie pasował tak samo dobrze, jak ateista do kościoła, czyli mówiąc delikatnie – niekoniecznie dobrze. Mogło być lepiej, ale z drugiej strony mogło być jeszcze gorzej, a Finn nie należał do osób, które odpuszczają od tak, a tym bardziej które zniechęcają się już na starcie, szczególnie że pozory lubiły mylić, a on był jedną z ostatnich osób, która oceniałaby cokolwiek, czy kogokolwiek na podstawie samego wyglądu. Lecz mimo wszystko jego pierwsza myśl, która brzmiała „jaki wyjebany dom, taaacy pierdoleni szczęściarze” z dokładnością co do słowa, ale i pozbawioną negatywnych cech, a bardziej przesyconą szczerym zachwytem, pamiętał nad wyraz dobrze. Zresztą, nie mógł pozbyć się jej nawet wtedy, gdy z wrodzoną pewnością siebie zadzwonił do drzwi, ani nawet wtedy, gdy mężczyzna, który przedstawił się egzotycznie brzmiącym nazwiskiem Balsano, wpierw zadał mu kilka mało inwazyjnych pytań, a później, najwyraźniej zadowolony z rezultatów, a przynajmniej wiele na to wskazywało, bo twarz mężczyzny pozostawała niemal bez wyrazu, wyjaśnił Finnowi, na czym miałaby polegać jego praca. Choć młody McNamara nie mógł oprzeć się wrażeniu, że pan Balsano z lepką wyższością siebie, tak charakterystyczną w wyższych sferach przy zderzeniu z kimś, mówiąc najprościej i właściwie prosto w punkt, z ulicy, patrzy na niego z góry, prawdopodobnie segregując go gdzieś pomiędzy szczurem, a karaluchem i zapewne dyskretnie wycierając dłoń o materiał ubrania tuż po podaniu rąk na przywitanie, tak chłopak uznał, że i tak znalazł się na wygranej pozycji jeszcze bardziej, niż chwilę wcześniej, po usłyszeniu, że prócz wynagrodzenia – swoją drogą dość skromnego, jak na objętość wypchania portfela – dostanie na czas pracy niewielki, dotąd pusty pokój oraz wyżywienie. Znacznie ograniczy to jego wydatki, choć o dach nad głową przeważnie się nie martwił, przyzwyczajony do często surowych warunków spania w opuszczonych budynkach, czy nawet w środku lasu w dość wysłużonym już namiocie. Mimo wszystko była to ciekawa propozycja, na pewno lepsza, niż te, z którymi dotąd się spotkał, dlatego też bez większego namysłu zaakceptował wszystkie warunki i przyjął ofertę.
                           Spakowanie swojego dobytku, mieszczącego się w jednym podróżnym plecaku zajęło mu mniej, niż pięć minut, zresztą nauczony doświadczeniem przeważnie starał się mieć najważniejsze rzeczy przy sobie. Od kilku lat całe jego życie mieściło się w tym jednym plecaku, najczęściej ograniczając się do niezbędnego minimum, choć niekiedy Finn pozwalał sobie na dodanie czegoś bardziej namacalnego, niż wspomnienia, zważając jednak na to, że to mimo wszystko dodatkowy balast, który nie powinien ani zająć zbyt wiele miejsca, ani go obciążyć, tym samym spowalniając w podróży, która na ten moment wciąż nie miała kresu, a jedynie kolejny przystanek, jeden z wielu. Choć niezmiennie dążył do swojego największego i właściwie jedynego marzenia o domku na plaży w Kostaryce, to wiedział, że jeszcze zwyczajnie nie był gotowy, by osiąść gdzieś na stałe. Życie włóczęgi, szukającego swojego miejsca na świecie, który już raz boleśnie go zdradził, całkiem mu pasowało i podejrzewał, że przez pierwsze tygodnie przebywania w tym wielkim domu będzie się czuł trochę nieswojo, tęskniąc za nieograniczoną wolnością, której dotąd miał pod dostatkiem, tak na pewno będzie to ciekawe doświadczenie i być może ostatecznie okaże się miłą odmianą. Zresztą, doskonale wiedział, że w każdej chwili mógł po prostu ruszyć dalej, zostawiając za sobą kolejny epizod; gdyby zaczął się dusić zamknięty w czterech ścianach, to wystarczyło jedynie zarzucić plecak na ramię i pójść przed siebie, bez konkretnego kierunku, pozwalając losowi wybrać kolejne miejsce, w którym zatrzyma się na jakiś czas.
                           Błękitne spojrzenie, zawieszone na trzymanej pomiędzy palcami wyrwanej z gazety kartce, zdradzało swoim nieporuszeniem, że Finn najwyraźniej pochłonięty jest przez swoje myśli, prawdopodobnie nawet nie zdając sobie sprawy z wbitego w tekst wzroku. Chwilę wcześniej zdążył już rozejrzeć się po pokoju, do którego został zaprowadzony, a w którym „mógł czuć się, jak u siebie”. Pomieszczenie okazało się wcale nie tak małe, jak wspomniał pan Balsano, a przynajmniej było większe, niż pokój w jego rodzinnym Dillon, który dzielił z dwójką braci; jedynie najstarszy z rodzeństwa posiadał swój własny pokój, do którego Finn zawsze miał wstęp. Zresztą, przez większą część swojego dzieciństwa nie czuł się jakoś wyraźnie poszkodowany, był najmłodszym z McNamarów, a jego bracia od zawsze go rozpieszczali, choć również wychodzili z założenia, że nie należało go trzymać pod kloszem, zawsze jednak dbali o to, by nie stała mu się większa krzywda. A przynajmniej do pewnego czasu, dopóki wszystko się nie spieprzyło. A ta myśl doprowadziła go do kolejnego wniosku – pokój, który przyszło mu zajmować był większy nie tylko od tego, który dzielił wraz z braćmi, ale również na pewno był większy, niż więzienna cela, nawet jeśli miał wtedy na tyle szczęścia – o ile mógł pokusić się o podobny wniosek – że znajdował się w niej sam.
                           Finn wziął głębszy wdech, odganiając od siebie mało przyjemne myśli. Z reguły przeważała w nim niemal wiecznie optymistyczna natura, więc nawet podobne chwile, jeśli już się zdarzyły, to praktycznie nigdy nie trwały zbyt długo. Zgniótł w dłoni wyrwaną stronę, po czym odchylając się na łóżku, na którym od jakiegoś czasu siedział, rzucił utworzoną z kartki kulkę w kierunku stojącego niemal naprzeciwko niewielkiego śmietnika.
                           — Proszę państwa, McNamara znów w natarciu! Przymierza się, rzuca i… ha, definitywnie dwa punkty, które zapewniają jego drużynie zwycięstwo. Owacje na stojąco, tłum szaleje, cóż za emocje!
                           Uniósł ręce nad głowę, wysuwając dwa palce w niezmiennym i tak charakterystycznym dla niego geście pokoju, gdy papierek trafił prosto do śmietnika, po czym opadł plecami na łóżko i odgarnął dredy, które przez ten ruch wylądowały na jego twarzy. Zerknął w kierunku uchylonych drzwi, nie dostrzegł jednak za nimi żadnego ruchu, którego właściwie wyczekiwał. Zdążył się już rozpakować, co zresztą zajęło mu podobną ilość czasu, jak wcześniejsze pakowanie się, choć właściwie najlepszym określeniem było to, że zwyczajnie wrzucił do szafy trochę swoich ubrań, a plecak z resztą zawartości wylądował tuż obok, więc teraz pozostawało mu jedynie czekać, aż pojawi się zapowiedziany syn pana Balsano, który miał oprowadzić go po domu. Choć Finnowi daleko było do oceniania kogokolwiek, to nie mógł powiedzieć, że się tego nie spodziewał; zapewne znalazł się gdzieś na szarym końcu listy priorytetów, nawet jeśli te wcale nie były tak pilne.
                           — To nic, poczekam — rzucił do siebie, wzruszając ramionami, a przynajmniej na tyle, na ile mógł w obecnej pozycji, po czym po kilkunastominutowym błądzeniu wzrokiem po suficie przymknął oczy. Już i tak wyraźnie odznaczające się pod nimi cienie, tym bardziej nakreśliły się, jasno wskazując, że Finn był na bakier ze snem, choć niekoniecznie z pełni własnego wyboru. Z bezsennością borykał się od czasów więzienia, a później, po ucieczce z domu, niemal wieczna czujność wcale nie ułatwiała pozbycia się ów przypadłości. Przeważnie czuł się w miarę bezpiecznie, będąc w większej grupie i nawet niekiedy potrafił wtedy przespać całą noc, ale przede wszystkim nauczył się dbać o siebie, a to oznaczało bycie czujnym, bo dobrze wiedział, że nawet jeśli dotąd niewidoczne, to niebezpieczeństwo potrafiło czaić się w pobliżu w przeróżnych postaciach. I choć teraz, będąc w teoretycznie bezpiecznym domu, w niesamowicie wygodnym łóżku, będzie mógł pozwolić sobie na chwilowe odpuszczenie, to podejrzewał, że wcale nie przyjdzie mu to z taką łatwością. Właściwie nowe, nieznane mu jeszcze środowisko absolutnie nie zachęcało do tego, by uśpić swoje zmysły, nawet jeśli naprawdę nie spodziewał się chociażby tego, że któryś z mieszkańców zechce go zamordować z zimną krwią w środku nocy.
                           — Choć to byłby całkiem niezły materiał na horror. Może pojawiłyby się tam jeszcze zombie. Albo kosmici. O, albo jeszcze lepiej – chcące zemsty maszyny. Taki śmiercionośny toster byłby głównym antagonistą. Albo krwiożercza sokowirówka. Porażające doświadczenie, od teraz zastanowisz się dwa razy, nim podłączysz blender, czy inne ustrojstwo. Elektrick. — Uniósł rękę przed siebie i przesunął dłonią w powietrzu, jakby nakreślał nią tytuł, nie otwierając przy tym oczu. Uśmiechnął się dość ironicznie, po czym pozwolił z powrotem ręce opaść na klatkę piersiową. — Za dużo teoretyzujesz, Finn. Chociaż pomysły masz nie najgorsze, koleś, to ci trzeba przyznać.
                           Raz jeszcze wziął głębszy wdech, czując tę charakterystyczną i mało przyjemną potrzebę zapalenia, zapełnienia płuc dymem, który z dziwną, choć szorstką czułością drażnił gardło, po czym podniósł się, chcąc rozeznać się w sytuacji, być może wyjrzeć na korytarz, by zobaczyć, czy nikt nie nadchodzi i zaryzykować otworzeniem okna i wychyleniem się przez nie na szybkiego papierosa. Jego plan jednak został zburzony momentalnie, gdy tylko niebieskie oczy spoczęły na sylwetce stojącego w drzwiach chłopaka, będącego pewnie młodym posiadaczem nazwiska Balsano, który miał oprowadzić go po domu. Finn, choć podejrzewał, że strzępki prowadzonej samemu ze sobą dość idiotycznej rozmowy, mogły dotrzeć do uszu chłopaka, absolutnie nie zdawał się w żaden sposób tym faktem przejęty, a tym bardziej zawstydzony. Momentalnie całkowicie podniósł się z łóżka i zrobił kilka kroków w stronę postaci.
                           — Domyślam się, że to właśnie ty masz zabrać mnie na małą wycieczkę po tym miejscu. Cieszę się, że mimo wszystko znalazłeś dla mnie chwilę wśród zapewne wielu obowiązków — powiedział, uśmiechając się w swój charakterystyczny, wręcz wyzywający sposób, unosząc przy tym jedną brew, co tylko dopełniło obrazu bijącej od niego zadziorności. Po chwili wahania wyciągnął w jego kierunku rękę. — Jestem Finn.
                           I jestem, kurwa, pierdolonym szczęściarzem, skoro jestem w „taaaakim” domu, dodał do siebie w myślach, powstrzymując przy tym jednak rozbawione parsknięcie.

finndol.jpg