JustPaste.it
𝙸 𝙽                      𝚃 𝙷 𝙴                      𝙳 𝙰 𝚁 𝙺 𝙽 𝙴 𝚂 𝚂                      𝙸                         𝙰  𝙼                         𝚆 𝙰 𝙸 𝚃 𝙸 𝙽 𝙶                    𝙵 𝙾 𝚁                    𝚈 𝙾 𝚄

nowyprojekt1213.png



Każde kolejne słowo Wandy wzbudzało w Agathcie dziką satysfakcję, spowodowaną faktem zajścia Szkarłatnej Wiedźmie za skórę. Maximoff mogła zgrywać niewzruszoną. Mogło jej się zdawać, iż z celnością snajpera odbija każdy zarzut skierowany w jej kierunku, a jednak błysk w kolorze dzierżonej przez nią magii, który zawitał jej w oczach, mówił Harkness wszystko to, czego nie wypowiedziały jej pełne usta. Każde słowo młodszej wiedźmy ociekało jadem, mając za zadanie dostać się do serca Purpurowej Wiedźmy i wbić swe szpony w miękką tkankę mięśnia, pozostając weń z uporczywością drzazgi. Plan Wandy, aby osłabić jej morale zapewne powiódłby się, gdyby nie istotny fakt w postaci muru, jakim Agatha kilkaset lat temu pieczołowicie osłoniła każde ze swych uczuć, ciepłych wspomnień, nie tylko nie pozwalając na zranienie ich, ale i nie pozwalając im przejąć nad sobą kontroli. Sentyment oznaczał słabość. Słabość oznaczała śmierć. A Harkness chciała żyć - nie w imię pięknej idei i zamiłowania do egzystencji, a z czystej złośliwości. Dlatego, że Śmierć tak bardzo pragnęła pochwycić ją w swoje ramiona. Pełen sadystycznej satysfakcji uśmiech, który widniał na ustach brunetki zbladł nieznacznie w momencie, gdy Maximoff wspomniała o kimś, komu by na niej zależało. Przed oczami brunetki momentalnie pojawiły się dwie sylwetki - chłopca i kobiety, jednak nim jej umysł zdążył dostrzec jakiekolwiek ich szczegóły, tak boleśnie jej znajome, kolejne słowa jej oponentki wyrwały ją z objęć owej wizji.

─── Chyba lubisz dźwięk swojego głosu... prawda, kochanie? ─── zagaiła z wyraźnym rozbawieniem, kompletnie nieadekwatnym do sytuacji, w której znalazła się przez magię Szkarłatnej Wiedźmy; ciemnozielone zarośla zacisnęły się bowiem na jej nogach, jednak Harkness kompletnie zignorowała ów fakt - szczególnie, że już po chwili fioletowa magia rozerwała je na strzępy, uwalniając swoją panią. ─── Myślę, że imiona członków twojej rodziny mają pełne prawo opuszczać moje parszywe usta. Vision... ─── wraz z przywołaniem imienia jej zmarłego męża, Agatha posłała w kierunku Wandy kolejne wiązki swojej mocy; szkarłat jednak skutecznie je zablokował. ─── Tommy... ─── kolejny świst. ─── Billy... ─── wypowiadając imię chłopaka, usta Harkness wykrzywiły się w enigmatycznym uśmiechu pomimo faktu, iż kolejny jej atak został odparty.

Agatha wyprostowała się dumnie, kumulując buzującą magię między palcami i uśmiechając się w kierunku Maximoff. Miała pełną świadomość, że kolejne imię sprawi, iż Wanda przestanie mieć jakiekolwiek hamulce. W tej chwili pragnęła tego nade wszystko; gniew Szkarłatnej Wiedźmy miał sprawić, iż ta sama popełni kardynalny błąd, prawdopodobnie kosztujący ją życie. Z pewnością kosztujący ją życie.

─── I ten uroczy przystojniak, zdecydowanie bardziej czarujący bliźniak... jak mu było? Och. Pietro.

Harkness wyraźnie zaakcentowała imię mężczyzny, z satysfakcją obserwując jak komnata zamczyska rozbłyska wściekłym szkarłatem. Kobieta wybuchnęła przeszywającym śmiechem, który przetoczył się echem po starożytnych ścianach, nim z równą zaciekłością zaatakowała swoją oponentkę. Fiolet mieszał się ze szkarłatem w sposób wyjątkowo agresywny, roztrzaskując pobliskie pomniki. Magia chaosu i duchowa magia walczyły o dominację, której żadna ze stron nie miała zamiar poddać, bez względu na cenę. Z tego starcia tylko jedna z nich mogła wyjść zwycięsko... a przynajmniej tak twierdziły ich pochłonięte nienawiścią umysły, nie dostrzegając trzeciego gracza; tego, do którego należała plansza, na której obie były zaledwie pionkami. Ku jego dzikiej uciesze, raz jedna, raz druga przejmowała inicjatywę, pozornie przechylając szalę zwycięstwa w swoim kierunku. Do momentu, gdy Wielki Mistrz, ewidentnie znudzony poczynaniami wiedźm, nie postanowił przewrócić planszy, a jaskrawa biel spowiła wszystko.



nowyprojekt143.png





Pierwszym, co zwróciło uwagę Agathy, była znajoma woń rozkwitających kwiatów, leśnego mchu oraz przebijająca się gdzieś w tle nuta morskiej bryzy. Jeszcze zanim jej oczy przyzwyczaiły się do zgoła innego krajobrazu, osobliwe uczucie w okolicy żołądka utwierdziło ją w tym, że wie doskonale gdzie się znajdują. Jebane Salem. Poznałaby je wszędzie, nawet bez konieczności korzystania z któregokolwiek ze zmysłów. Nozdrza kobiety zadrżały, gdy zaczęła rozglądać się dookoła z pełną świadomością, starając się doszukać jakichkolwiek śladów niebezpieczeństwa - a te bez wątpienia wkrótce miały pojawić się na ich drodze. Harkness jednak zdecydowanie bardziej wolała doświadczyć ich później... i kto wie, być może w naturalny sposób rozwiązałyby one problem jej niechcianej towarzyszki niedoli? Gdyby sytuacja nie była tak poważna, brunetka uśmiechnęłaby się na samą myśl o martwym ciele Wandy, jednak w obecnej chwili nie mogła się o to pokusić. Zamiast tego rozważała wszelkie możliwe scenariusze, każdą możliwą pułapkę oraz zagadkę, która mogła na nią czychać w tej zapomnianej przez Boga dziurze, do której obiecała sobie nigdy nie wracać. "Wszystko, co robisz, robisz wyłącznie dla własnych, podłych celów. Nie znasz pojęcia bezinteresowności". Słowa Maximoff rozbrzmiały w jej głowie, formując w sercu Agathy dziwny rodzaj zadowolenia. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo masz rację, kochanie. Starsza z wiedźm odwróciła się w stronę swojej towarzyszki akurat w chwili, gdy do jej uszu dobiegł głośny, wzburzony okrzyk. Wyraźnie wyprowadzona z równowagi Wanda pchnęła ją, dając upust targającymi nią emocjami w sposób, którego dzierżycielka purpurowej magii się nie spodziewała. Chociaż normalnie zareagowałaby zgoła inaczej, być może nawet angażując się w przepychanki z młodszą kobietą, tym razem skrzyżowała ręce na piersi i ściągając brwi w wyrazie jawnej konsternacji, lustrowała uważnym spojrzeniem przestrzeń dookoła nich. Jak się tu znalazły? Czyżby Szkarłatna Wiedźma znów nieświadomie dała upust swojej chaotycznej magii, przenosząc je w miejscu i czasie? W jakim celu jednak przenosiłaby się tu wraz z nią? Choć Harkness z rozkoszą przyjęłaby tłumaczenie, w którym to Maximoff byłaby winną stroną, tym razem nie mogła tego zrobić. Ktoś inny był zaangażowany w przeniesienie ich do Salem... tylko kto? Nim zdążyła wziąć ów fakt pod rozwagę, poczuła nieprzyjemne, krótkotrwałe ukłucie w głowie - coś na wzór nagłego szarpnięcia. Pieprzona suka. Agatha momentalnie zablokowała umysł przed dalszą jego eksploracją przez młodszą kobietę, posyłając jej jedynie pełne dezaprobaty spojrzenie.

─── Próbuję znaleźć odpowiedzi na twoje pytania, ty... ─── nim jednak zdążyła dokończyć zdanie, Wanda wzbiła się w powietrze, znikając z pola widzenia Purpurowej Wiedźmy.

Kobieta zazgrzytała zębami ze złością, spowodowaną bezmyślnym zachowaniem Maximoff. Jej nieokiełznany temperament i niechęć do słuchania sprawiała, że Harkness miała ochotę udusić ją gołymi rękoma. Już w tej chwili współczuła osobie, która kiedykolwiek miała podjąć się zostania mentorem młodej kobiety i okiełznania nie tylko jej potężnej magii, ale i diabelnego charakterku. Ten ktoś będzie musiał być niewidomym, głuchym kretynem. Nie chcąc czekać na to, aż Szkarłatna Wiedźma narobi jeszcze więcej szkód, do czego bez wątpienia miała smykałkę, Agatha ruszyła jej tropem. Niewidzialny ślad magii, którą niegdyś miała okazję posmakować, doprowadził ją do karczmy. Nim jednak Harkness przekroczyła jej próg, postanowiła wtopić się w tłum - ostatnim czego pragnęła, były ciekawskie spojrzenia gapiów i kłębiące się w ich mózgach pytania, które mogły przysporzyć im więcej szkody, niż pożytku. Fioletowa mgiełka przesunęła się po ciele brunetki, zmieniając jej wiedźmi strój w suknię bardzo przypominającą tę, którą zwykła nosić będąc członkinią sabatu. Sabatu, który zamordowała z zimną krwią. Postukując niskimi obcasami, pchnęła drewniane drzwi i wkroczyła do środka, o mały włos nie wpadając na stojącą tuż za nimi Wandę. Wszystkie oczy były zwrócone w jej kierunku, przez co pomieszczenie wypełniła głucha, pełna dyskomfortu cisza. Harkness powiodła wzrokiem najpierw po twarzy swojej kompanki, która wyrażała uczucie niezręczności, a następnie niebieskie tęczówki przesunęły się niżej, po skąpym stroju Szkarłatnej Wiedźmy, który nadal miała na sobie. Idiotka.

─── Wybaczcie mi, nadobne damy i miłościwi panowie! Moja siostrzenica jest niespełna rozumu... ─── dłonie brunetki zacisnęły się na ramionach Wandy, wbijając paznokcie w odsłonięte fragmenty śniadej skóry; było to ostrzeżenie, które miała nadzieję, że młodsza wiedźma od razu wyłapie. ─── Bardzo przepraszamy. Rum dla wszystkich! Na mój koszt!

Wzmianka o alkoholu wystarczyła, aby po karczmie przetoczyły się pełne radości okrzyki, a ludzie powrócili do wcześniej przerwanych rozmów. Kiedy muzykanci zaczęli ponownie wygrywać, jedynie potęgując entuzjazm wśród zgromadzonych, Harkness wykorzystała okazję, aby pchnąć Maximoff w kierunku pobliskich drzwi, za którymi krył się schowek na miotły. Brunetka zamknęła je, dodatkowo zabezpieczając za pomocą magii przed niechcianym wtargnięciem. Przez krótki moment, oparta dłońmi o ich drewnianą powierzchnię, stała tyłem do swojej towarzyszki usiłując się uspokoić - na próżno. W jednej chwili odwróciła się w kierunku młodszej wiedźmy i zaciskając palce na jej szyi, przyparła ją z impetem do pobliskiej ściany, przewracając przy tym oparte o nią miotły. Wytworzony przez nie hałas był jednak niczym wobec tego, jakie niebezpieczeństwo swoim brakiem rozwagi mogła sprowadzić na nie Szkarłatna Wiedźma. Druga dłoń Agathy wylądowała na ustach Wandy; nie chciała wysłuchiwać kolejnych nieprowadzących do niczego monologów, narzekań, inwektyw. 

─── Teraz zamkniesz się jak grzeczna dziewczynka i wysłuchasz co mam do powiedzenia. ─── warknęła, nie kryjąc gniewu żarzącego się w jej niebieskich oczach, który silnie kontrastował z ironicznym rozbawieniem, na ogół w nich goszczącym. ─── Nie wiem jak się tu znalazłyśmy. Próbowałam do tego dojść, gdy jak rozkapryszona księżniczka kłapałaś swoją jadaczką, nie pozwalając mi się skupić. Twój diadem cię nią nie czyni, kochanie, zapamiętaj to dobrze. To pierwsza lekcja.

Szczupłe palce Harkness, otulające szyję młodszej kobiety, zacisnęły się mocniej; nie na tyle, aby spowodować ból, ale wystarczająco, żeby zwrócić uwagę. 

─── Jesteśmy w Salem. W czasach, gdy panoszył się po nim sabat mojej kochanej mamusi. ─── w dwa ostatnie słowa wsączyła tyle jadu, ile tylko mogła, a jej nozdrza zadrżały niebezpiecznie. ─── Jesteśmy w niebezpieczeństwie. Obie. Nienawidzę cię, gardzę tobą bardziej, niż jesteś sobie to w stanie wyobrazić... ale mam zamiar się stąd wydostać i prawdopodobnie będziemy zmuszone działać razem. A skoro tak...

Brunetka przybliżyła się do kasztanowowłosej na tyle, że niemal poczuła energię magii chaosu prześlizgującą się po jej skórze. Owo uczucie wywołało dwojako ekscytację i niepokój starszej wiedźmy, powodując przyspieszenie bicia jej serca w sposób, którego się nie spodziewała. Rio by ją zabiła.

─── Będziesz słuchać tego, co mówię. Koniec z działaniem na własną rękę. Możesz być sobie przepotężną wiedźmą, która może zniszczyć lub władać światem... Chthon mógł zostwić ci miłosny liścik w Darkholdzie... nie dbam o to. To moje podwórko, a uwierz mi, już ono samo w sobie jest wystarczającym problemem. Nie potrzebuję, żebyś generowała kolejne swoimi nieprzemyślanymi ruchami. Zrozumiałaś?

W oczach Wandy, rzecz jasna, dostrzegła brak zadowolenia, jednak nie doszukała się protestu, a to jej wystarczyło. Przynajmniej na ten moment. Harkness zabrała dłoń, która do tej pory zakrywała usta młodszej kobiety i zluzowała uścisk palców na jej szyi, pozwalając im jednak na nieco dłuższy kontakt ze skórką Maximoff, niż było to konieczne, zanim cofnęła się o krok.

─── Moja matka miała pewien przedmiot, który emanował potężną magią. Sabat nazywał to Konfiguracją Acherona. Do jej otworzenia potrzebna była zręczność ciała i umysłu, w idealnej harmonii. Podobno na tego, kto ją otworzy, miała czekać nagroda. Brzmi jak coś, co może nam pomóc... a z pewnością nie zaszkodzi. ─── dłoń Agathy powędrowała w kierunku ciemnobrązowych fal, które okalały jej bladą, zamyśloną twarz, przeczesując je w nieco nerwowej manierze. ─── Jest tylko jeden, drobny szczegół... Acheron najprawdopodobniej znajduje się w moim rodzinnym domu.

Słowo "rodzinny" Harkness wypowiedziała w sposób, jak gdyby mówiła o jakiejś wyjątkowo paskudnej chorobie, krzywiąc się przy tym wymownie. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jej grymas był pozbawiony charakterystycznej nonszalancji, a bardziej zbliżony do... zrezygnowania? Ów fakt sprawił, że Agatha zacisnęła zęby w wyrazie irytacji, co uwydatniło jej linię szczęki. Musiała zmienić temat.

─── Zacznijmy jednak od tego, że nie będziesz paradować przed wszystkimi jak futurystyczna pani lekkich obyczajów.

Nim Wanda zdążyła jakkolwiek zareagować, fioletowa mgła przesunęła się po jej ciele tak, jak parę chwil temu uczyniła ze swoją właścicelką, zmieniając strój młodszej wiedźmy w suknię podobną do tej, którą Harkness miała na sobie; zdobiły ją jednak piękne, szkarłatne hafty. Agatha uniosła delikatnie jedną brew, przypatrując się zdobieniom. Zdecydowanie nie zrobiła tego intencjonalnie. A może?