JustPaste.it
𝙸 𝙽                      𝚃 𝙷 𝙴                      𝙳 𝙰 𝚁 𝙺 𝙽 𝙴 𝚂 𝚂                      𝙸                         𝙰  𝙼                         𝚆 𝙰 𝙸 𝚃 𝙸 𝙽 𝙶                    𝙵 𝙾 𝚁                    𝚈 𝙾 𝚄

hourffffgr.png

Wygrywająca w tle muzyka, puszczana ze zmurszałych głośników przymocowanych niechlujnie do ściany, zaczynała działać Agathcie Harkness na nerwy, potęgując wrażliwość na inne, równie mało pożądane doznania. Powietrze wypełniała mieszanka papierosowego dymu, generalnego zaduchu, charakterystycznego dla niewielkich, zamkniętych przestrzeni oraz wydzielanego wraz z potem alkoholu. Brunetka poruszyła się nerwowo na barowym krześle, które zatrzeszczało tak żałośnie, jak gdyby zaraz miało się rozlecieć, jednak ów dźwięk niknął w kakofonii pozostałych; donośnych rozmów, stukającego o blaty wytartych stolików szkła, chrząkania, bekania i pociągania nosem. Gdyby tylko mogła, ukróciłaby ich nędzne żywoty - swołocz, która myślała wyłącznie o zapełnieniu swoich żołądków, funkcjonująca z dnia na dzień, pławiąc się w blasku nędznej doczesności, którą tak umiłowali. Dziś jednak właśnie to tałatajstwo miało być dla niej narzędziem, niezbędnym do realizacji jej wątpliwego moralnie planu, będącego płodem owładniętego pragnieniem odzyskania dawnej potęgi, chorego umysłu. Darkhold był jak narkotyk. Każda kolejna strona była następnym krokiem w kierunku nieprzejednanego mroku, jednocześnie wyzbywając swego czytelnika możliwości zaprzestania zgłębiania tej tajemnej wiedzy. Księga Grzechów potrafiła owładnąć każdym, nawet najbardziej opornym i zdystansowanym umysłem, wypaczając go na swoją własną modłę. Pomimo tej świadomości, Harkness nie zamierzała zaprzestać poszukiwań manuskryptu. Czy było lepsze miejsce, aby zacząć dochodzenie niż u źródła, które jako ostatnie położyło swoje dłonie na Mrocznej Księdze? 

─── Alicia... ─── szorstki, pijacki głos wyrwał wiedźmę z zamyślenia, przez co uwaga kobiety momentalnie skupiła się na sylwetce postawnego mężczyzny, który nachylał się w jej kierunku, omiatając ją cuchnącym whiskey oddechem. 

─── Agnes. ─── poprawiła go szybko, wymuszając na swych wargach najbardziej sympatyczny i uroczy uśmiech, na jaki tylko było ją stać; szczególnie mając na uwadze sytuację, w której się znalazła... de facto na własne życzenie.

─── Agnesssssss... ─── powtórzył mężczyzna, nieznośnie przeciągając ostatnią literę z pełnym zadowolenia uśmiechem, który zdecydowanie bardziej mu ujmował, niż dodawał. ─── Może pójdziemy do mnie?

─── Och! ─── piskliwy głos Agathy, karykaturalnie udający bezkresne szczęście sprawił, że przez krótką chwilę miała ochotę zdzielić samą siebie w twarz. ─── Już myślałam, że nigdy nie zapytasz... ale mam lepszy pomysł. Zdecydowanie bardziej... dziki.




Jeśli jeszcze niedawno Paul - bo Agathcie wydawało się, że mężczyzna tak właśnie ma na imię... ale kogo ono obchodziło? - postrzegał propozycję swojej towarzyszki wieczoru jako pociągającą, to przemierzając za nią kolejne połacie lasu, coraz bardziej żałował swojego wyboru. Pomimo to milczał i wyczekując dalszego rozwoju wydarzeń, pokornie dreptał tuż za nią, próbując dostrzec we wszechobecnym mroku cokolwiek, co mogłoby wskazywać na finisz ich podróży i realizację tego, co obiecała mu sensualnym szeptem, siedząc z nim przy barze. 

─── O, to tutaj! Już niedaleko! ─── podekscytowany głos brunetki rozniósł się po okolicy, płosząc leśną zwierzynę znajdujacą się w pobliżu, która na jego dźwięk momentalnie poderwała się do ucieczki.

W mroku blisko osadzonych drzew, które poczęły się przerzedzać, zaczęła być widoczna luka - skąpana w świele księżyca polana, której widok istotnie mógł zapierać dech w piersi. Dopiero gdy mężczyzna i kobieta zbliżyli się do jej krawędzi, ich oczy dostrzegły zapuszczone, obrośnięte mchem i chwastami nagrobki, które wyłaniały się gdzieniegdzie spomiędzy bujnej trawy. Harkness uśmiechnęła się pod nosem z jawnym zadowoleniem, jednak nie było jej dane dłużej cieszyć się tym widokiem, bowiem duża i silna dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku, pociągając ją w swoją stronę. Nim zdążyła zareagować, Paul pchnął ją w kierunku pobliskiego drzewa, a gdy plecy brunetki uderzyły o twardy konar, spomiędzy jej ust wydobył się nieoczekiwany, zaskoczony jęk. Śmiertelnik, nie czekając na jakikolwiek sygnał, zaatakował wargami smukłą szyję swojej potencjalnej kochanki, niecierpliwymi i niedelikatnymi dłońmi błądząc po udach i pośladkach kobiety. Agatha momentalnie poczuła obrzydzenie, a jej myśli jak gdyby w akcie defensywy, powędrowały w kierunku jedynej osoby, która kiedykolwiek dotykała ją w ten sposób, roszcząc sobie do tego pełne prawo. Wiedziała, że gdyby Vidal brała w tym udział, miałaby nie lada dylemat - skręcić mężczyźnie kark za to, że ośmielił się ją dotknąć, czy udusić gołymi rękoma Agathę, która sama doprowadziła do takiej sytuacji?

─── Poczekaj... ─── ciche westchnienie, mimo swej subtelności, spowodowało zaprzestanie jakichkolwiek ruchów ze strony Paula. ─── Myślę, że tam będzie nam dogodniej...

Kobieta wskazała na pięknie oświetlony przez światło księżyca środek polany, nieopodal którego znajdowały się dwa mocno podniszczone nagrobki. Jej towarzysz w odpowiedzi zarechotał, kręcąc głową z niedowierzaniem.

─── Jesteś szaloną suką, Agnesssss. ─── wydukał z siebie, ponownie przeciągając jej pseudonim w manierze, która doprowadzała ją do szału.

─── Nawet nie masz pojęcia. ─── zawtórowała mu wiedząc, że była to pierwsza rzecz tego wieczoru, co do której miał stuprocentową rację. 

Nie czekając na jego ruch, pochwyciła dłoń, którą w ohydnym i prostackim geście wciąż ściskał ją za pośladek i powiodła go we wskazane przez siebie miejsce.

─── Nigdy wcześniej nie robiłem czegoś takiego... ─── wyznał drżącym z podniecenia głosem, obracając ją przodem i zaczynając nachylać się powoli, zapewne aby zaatakować jej usta własnymi.

─── Tak... tak, ja też. ─── odparła zgoła odmiennym tonem; pełnym sadystycznej satysfakcji, świadczącym o pełnej kontroli nad sytuacją.

Tembr głosu Harkness wyraźnie zbił mężczyznę z pantałyku, ponieważ ten momentalnie cofnął się o krok, mając na twarzy wypisane jawne zaskoczenie, spowodowane takim obrotem spraw. Niestety dla niego, nie odsunął się na tyle, aby uniknąć ostrza, które przesunęło po pokrytej dwudniowym zarostem szyi, rozcinając miękką skórę po całej jej szerokości. Ciepła i lepka jucha spłynęła po ciele Paula, jednocześnie brudząc dłonie kobiety, a z jego gardła wydobył się charakterystyczny, znajomy Agathcie charkot. 

─── Dla sprostowania: nigdy wcześniej nie próbowałam przywoływać zmarłych. ─── uśmiechnęła się od ucha do ucha i przeniosła wolną od sztyletu dłoń na klatkę piersiową mężczyzny. ─── Nie po to odsyłam takich jak ty do piachu, aby poźniej brudzić sobie ręce nekromancją. Dobranoc, Paul... albo jakkolwiek miałeś na imię.

Agatha pchnęła go delikanie, a ten osunął się na ziemię, wydając z siebie jeszcze jeden-dwa warkoty, nim ucichł na zawsze. W tym samym momencie na polanie poderwał się nienaturalny, chłodny wiatr, a księżyc począł powoli zmieniać swoją barwę - tej nocy, na jej życzenie, przywdziewając kolor odzwierciedlający przelaną krew. Rytuał się zaczął. Wiedźma bez zawahania narysowała na ciemnej ziemi koło, używając do tego noża, którym chwilę temu pozbawiła niefrasobliwego śmiertelnika życia. Piach oblepił ostrze tam, gdzie szkarłatnej cieczy było najwięcej, wiążąc tym samym zarówno symbol życia, jak i śmierci. Zamykając okrąg, na jego krawędziach umieściła jeszcze runiczne symbole, mające za zadanie chronić otwierane przejście pomiędzy światami, aby wydostało się przezeń jedynie to, co w pierwotnej intecji rytuału miało je przekroczyć. 

─── Dziewico, matko, starucho! ─── zawołała Agatha, przyklękując na kolanach w środku narysowanego przez siebie koła i wbijając dłonie w wilgotną ziemię. ─── Przyzywam waszą trójcę w jedności Mrocznej Bogini, aby sprowadzić do śmiertelnego świata naszą siostrę! 

Palce Harkness zacisnęły się, a ona poczuła przepływającą przez nie energię, która trafiała wgłąb ziemi. Naszkicowany krąg zaczął mienić się jasnym światłem. 

─── Mroczna Matko, dzierżycielko kluczy do przejścia pomiędzy światami... przyzywam cię! Sprowadź Wandę Maximoff!  Adducite eam per tenebras ad lucem. Per mortem ad vitam perduc eam. / Poprowadź ją przez ciemność ku światłu. Przez śmierć ku życiu. ─── ostatnie słowa powtórzyła siedmiokrotnie, skupiając się w pełni na ich intencji. 

Wcześniej ledwie mieniący się krąg, teraz pobłyskiwał oślepiającym światłem, a ziemia dookoła zatrzęsła się gwałtownie. Na usta Agathy wkradł się pełen podekscytowania uśmiech, gdy jej oczom, pomiędzy wciąż spoczywającymi w wilgotnej glebie dłońmi, ukazał się wyłom. Harkness wyprostowała się, wycofując z kręgu, aby rytuał mógł się dopełnić. Nie musiała długo czekać. Znajoma dłoń przebiła się przez warstwę ciemnego podłoża, pochwycając w palce leżącą nieopodal gałąź, żeby móc łatwiej wydostać resztę ciała z miażdżącego uścisku. Zarysowany okrąg zniknął momentalnie w chwili, gdy Wanda Maximoff powstała, czyniąc krwawy księżyc jedynym źródłem światła, które spowijało leśną polanę swą demoniczną poświatą. Nie czekając na jakikolwiek ruch ze strony Szkarłatnej Wiedźmy, Harkness zbliżyła się do niej, przekraczając martwe ciało śmiertelnika, o którego obecności zdążyła już zapomnieć.

─── Wanda! Kochanie, ale cię sponiewierało! ─── wykrzyknęła śpiewnie, otrzepując piach z ramion drugiej kobiety w manierze, która dla przeciętnego obserwatora mogła uchodzić za niemalże pieszczotliwą.

Nieoczekiwanie, jakby na potwierdzenie owego stanowiska, jedna z dłoni Agathy dotknęła policzka Maximoff, gładząc go przez chwilę delikatnie kciukiem. Spojrzenie brunetki błądziło po twarzy jej rudowłosej towarzyszki, aby finalnie spocząć na pełnych, choć wciąż sinobladych ustach młodszej kobiety, podczas gdy jej własne rozciągnęły się w bardzo łagodnym, acz szarmanckim uśmiechu. 

─── Pamiętasz mnie? ─── wyszeptała subtelnie, niemal intymnie, odgarniając z umorusanego w ciemnej ziemi czoła Wandy kilka samotnych kosmyków, które następnie zagarnęła za ucho kobiety pozwalając na to, aby jej palce miały nieco dłuższy kontakt ze skórą Maximoff, niż w rzeczywistości było to konieczne. ─── Oczywiście, że tak...

Ni z tego, ni z owego, brunetka wzięła gwałtowny zamach, a jej dłoń z głuchym plaskiem wylądowała tam, gdzie wcześniej dawała zupełnie inne, sprzeczne sygnały gestami o zgoła innym charakterze.

─── To za zamknięcie mnie w tej dziurze ze zgrają śmiertelnych snobów, szurnieta zdziro. ─── wysyczała, mrużąc przy tym gniewnie oczy. ─── Narozrabiałaś... i nie wiem, czy bardziej mam ochotę skręcić ci kark, czy powiedzieć jak bardzo rozpiera mnie duma. Zgaduję, że czas pokaże.

Harkness wzruszyła nonszalancko ramionami w taki sposób, jak gdyby właśnie zdawała Wandzie relację z sytuacji pogodowej sprzed trzech dni, po czym pochyliła się nad nią i pochwyciła kobietę za ramię, aby pomóc jej wstać. Otrzepała ją raz jeszcze, choć tym razem zdecydowanie mniej delikatnie, porzucając wcześniej przybraną maskę zatroskania i czułości. 

─── Mówiłam ci, że tak będzie. Mówiłam, że będziesz mnie porzebowała. ─── w niebieskich oczach Agathy czaiła się zupełnie nowa emocja; triumf, ale i współgrający z nim przebłysk okrucieństwa, gdy wypowiedziała kolejne słowa. ─── W końcu masz tylko mnie... jedyną żywą osobę na tym świecie, którą jakkolwiek obchodzi twój żałosny los. Inaczej bym się nie fatygowała. 

Czarownica jawnie czerpała satysfakcję z faktu, że podobnie jak ona kiedyś, Szkarłatna Wiedźma wzieła Darkhold w swoje posiadanie i przegrała. Pozwoliła księdze całkowicie nią owładnąć, zezwalając pełnym czarnej magii stronicom karmić się jej wewnętrznymi rozterkami i strachem. Mrok antycznego manuskryptu w pełni narzucił Maximoff swoją wolę i była to rzecz, która je różniła. Wanda w mroku działała po omacku, równie chaotyczna jak jej magia, zaś dla Agathy było to naturalne środowisko, w którym poruszała w pełni świadomie. Stojąca przed nią kobieta zakosztowała potęgi i to ona powiodła ją ku zgubie... 

─── Zakładam, że nie masz przy sobie mojej książki? ─── zapytała, niby od niechcenia, poczynając krążyć wokół Maximoff niczym drapieżna zwierzyna. ─── Za zwlekanie z oddaniem naliczam sobie spore odsetki. Niedługo możesz okazać się niewypłacalna, słonko.

liniaaa.png