
Zmęczenie ciążyło mu w każdej kończynie, ale pomimo tego odsunął kołdrę na bok i podniósł się do siadu, chwilę później układając bose stopy na miękkim dywanie. Gizmo przemknął tuż obok, ocierając się o jego nogę, jakby w przypomnieniu, że on też już nie śpi i ponadto najwyższy czas na śniadanie, po czym czmychnął z pokoju przez uchylone drzwi. Sal przetarł zaspaną twarz, trąc dłonią wokół pustego oczodołu, powoli przyswajając myśl, że najpewniej jego ojciec zajrzał do niego przed wyjściem do pracy, nie zamykając za sobą drzwi. Być może w pierwszej chwili chciał go nawet obudzić, ale najwyraźniej w porę przypomniał sobie, że z powodu nagłej śmierci nauczycielki zajęcia w szkole zostały tego dnia odwołane. I właśnie ta sprawa nie dawała mu w nocy spać, przez to nie zmrużył oka przez dobre pół nocy, obserwując przez okno dwie ciemne sylwetki, które jednak rozpoznał dość szybko. Był to ten sam policjant oraz detektyw, którzy byli tutaj tego dnia, kiedy wprowadzili się z ojcem do apartamentów Addisona, którzy byli zamieszani w sprawę Charleya.
Sally wreszcie podniósł się z łóżka i skierował kroki do łazienki, po drodze spoglądając na stojący na szafce nocnej zegarek, który wskazywał, że jak na dzień wolny, to obudził się zdecydowanie zbyt wcześnie. Chwycił również szklankę, w której zanurzone było oko; z powodu wygody mógłby zostawiać je na noc w łazience, nie martwiąc się zapomnieniem o nim, co już kilka razy mu się przytrafiło, jednak z powodu ojca wolał nie trzymać je na widoku, tak samo zresztą, jak maskę.
Sprawa Charleya od początku była dziwna, chociaż wtedy nie mógł jeszcze o tym wiedzieć. Było w niej coś, co nie do końca składało się w logiczną całość i jedyne, co do czego miał pewność, to zapewnienia Larry'ego, że to właśnie Charley stoi za popełnionym morderstwem. Reszta jednak była wyjątkowo dziwna – znalezione przed Todda akta sprawy ze zdjęciem mężczyzny, który nawet w żadnym stopniu nie przypominał Charleya, oraz jego domniemane samobójstwo jakiś czas później. Zupełnie tak, jakby chciano zamieść wszystko pod dywan.
Tak samo, jak sprawę z Packerton.
Sal wszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi, nim Gizmo wpadnie na genialny pomysł towarzyszenia mu podczas kąpieli, bądź – co jeszcze gorsze – skorzystania z kuwety. Odkręcił ciepłą wodę, jednocześnie zatykając kurkiem odpływ i rozebrał się, bardzo pilnując się, żeby nie zerknąć w stronę lustra. Co prawda przywykł już do swojego wyglądu, a przynajmniej było tak w dużej mierze, jednak wciąż czuł się bardziej komfortowo, kiedy zasłaniała ją proteza – twarz, która w pewien sposób stała się bardziej jego, niż ta prawdziwa.
Ostatni tydzień był trudny, działo się sporo rzeczy, które obciążyły psychikę nie tylko jego, ale również reszty, nawet Ash nieco odpuściła ze swoim sceptycyzmem. Po tym, co widziała trudno zresztą było wciąż uparcie trzymać się, że snute przez nich opowieści są niczym więcej, jak właśnie opowieściami. Wciąż czuł podchodzącą do gardła żółć na samą myśl o mortadeli, o tym, z czego była robiona i na krótki moment zawiesił wzrok na toalecie, zastanawiając się, czy jego żołądek zamierzał zbuntować się do aż takiego stopnia, ale torsje nie przyszły, w zasadzie nie miał nawet czego zwrócić. Mdliło go również na samą myśl o tym, że miałby zjeść cokolwiek, dlatego darował sobie wczoraj obiad oraz kolację, w szkole też przecież nic nie zjadł. Być może choć częściowo tłumaczyło to, czemu czuł się aż tak zmęczony. Albo była to również sprawka późniejszych koszmarów.
Sally zakręcił ciepłą wodę, a następnie dolał trochę zimniej, po czym wszedł do wanny, zamierzając zmyć z siebie najlepiej wydarzenia ostatnich dni.
Odkryli tajemnicę Packerton, chociaż wciąż nie był pewny, czy rzeczywiście chciał wiedzieć o tym z aż takimi szczegółami. To jednak tłumaczyło wszystkie te zniknięcia, które ostatnio miały miejsce w Nockfell, a przynajmniej oni wiedzieli, że ofiary zostają przerobione na mortadelę i serwowane w ich szkole tym wszystkim dzieciakom. Na myśl o tym, jak Chug zajada się nią ponownie poczuł mdłości. Cała ich czwórka wspólnie ustaliła, że ten biedny dzieciak nigdy nie dowie się prawdy, poza tym, Sal wątpił, żeby mortadela jeszcze kiedykolwiek pojawiła się w menu ich szkolnej stołówki – Packerton w końcu nie żyła, więc nie miał kto zajmować się przerabianiem ludzkiego mięsa. I jeszcze pan Packerton, na pół żywy, przypięty do łóżka, utrzymywany w tym wegetatywnym stanie przez maszynę. Sally wciąż nie był pewny, czy dobrze zrobił, wyciągając wtyczkę z kontaktu, co doprowadziło do śmierci biednego mężczyzny, ale bardzo chciał wierzyć w słowa Larry'ego, że postąpił słusznie, nic więcej nie dało się zrobić dla tego biedaka, niż jedynie skrócić jego cierpienia.
A później jeszcze świątynia znajdująca się pod apartamentami. Packerton była częścią kultu Pożeraczy Boga, mieli nadzieję, że ostatnią żyjącą, ale Sally wcale nie był aż tak optymistyczny. Poza tym sądził, że Larry podtrzymuje tę teorię w większej części dlatego, żeby podnieść się na duchu. Sal poczuł nagły przypływ ogromnej empatii dla przyjaciela i wielką chęć, żeby go przytulić. Larry znosił to wszystko chyba najgorzej z ich czwórki i chociaż ukrywał się skrzętnie za maską wiecznej obojętności, to Sally doskonale widział, jak duże piętno to na nim odcisnęło. Martwił się o niego.
A teraz jeszcze to. Nieoczkiwana śmierć Packerton w wypadku samochodowym, kiedy wracała do domu i ci dwaj gliniarze, wynoszący w środku nocy wszystko z jej mieszkania, wszystkie dowody zbrodni. Ponownie cała sprawa zostanie zatuszowana, w końcu nikt z nich nie miał niczego, co mogłoby posłużyć do osądzenia martwej matematyczki. Rada ponownie pociągnęła za swoje liczne sznurki władzy. Poza tym policja i każde inne organy również były przez nich skorumpowane, więc nawet jeśli mieliby jakiś dowód, obciążający Packerton, to zapewne przyprawiłoby im to jeszcze większych problemów, niż wątpliwych korzyści. Lepiej było się nie wychylać i nie ufać nikomu, najważniejsze, że mieli się nawzajem. Nikogo więcej nie musieli w to mieszać, a prawdopodobnie nawet nie powinni.
Sal umył się dokładnie, mocno szorując gąbką po ciele, jakby mogło to sprawić, że cokolwiek nadnaturalnego się do niego doczepiło, to zdoła to z siebie zmyć, chociaż doskonale wiedział, że tak to nie działało. W tym momencie cieszył się, że w jego łazience nie zadomowił się żaden duch, jak chociażby u Todda. Co prawda, w podobnej sytuacji zapewne nawet by o tym nie wiedział, ale nie uśmiechało mu się być podglądanym przez kogokolwiek, nawet przez ducha. Nie lubił, kiedy inni widzieli go bez maski.
Była jeszcze ta sprawa z Travisem, chociaż nie miał pojęcia, jak dalej się to rozwinie, o ile w ogóle. Od rozmowy w szkolnej ubikacji nie mieli okazji ze sobą porozmawiać, a i chyba żaden z nich nie dążył do podobnej sposobności. Sal jednak utwierdził się w swoim wcześniejszym przekonaniu, co do młodego Phelpsa – miał w sobie dużo złości, za dużo, jak na jedną osobę, nic dziwnego, że ów złość w końcu przechodziła na innych. A teraz poznał również jej największy powód, który mimo wszystko postanowił zachować w sekrecie, nie mówiąc o tym nawet Larry'emu, bo chociaż go uwielbiał, tak wiedział, że ten nie zawsze ma w sobie aż tyle wyrozumiałości, co Sal i trochę obawiał się, że przy następnych zaczepkach ze strony Travisa mogłoby się Larry'emu coś wymsknąć. I wcale nie spieszył się do poznania konsekwencji, gdyby tak się stało.
Ostrożnie jeszcze obmył twarz, po czym wreszcie wyszedł z wanny, wyciągając kurek, żeby woda mogła spłynąć. Sięgnął po ręcznik, wycierając się, a następnie wciągnął na siebie ubranie. Dopiero wtedy podszedł do umywalki, żeby najpierw umyć zęby.
Wciąż wiedzieli zbyt mało o Radzie, nawet jeśli Sal dostał sporo wskazówek. Nie wiedzieli jednak, kto teraz stoi na jej czele, ani nawet jaki tak naprawdę miała zasięg, nie mieli pojęcia również, kto się w niej znajduje. Wiedzieli sporo o przeszłości, dzięki czemu wspólnie z Larrym udało im się poukładać to w mniej więcej logiczną całość. I Sal nie twierdził, że nie było to przydatne, ale wciąż było zbyt wiele niewiadomych z czasów obecnych. Packerton była potwierdzona, tak samo jak Sanderson, ale obie już przecież nie żyły. I co z tym wszystkim miał, do cholery, wspólnego Charley? Nadal było zbyt wiele pytań, ponadto na miejsce jednej odpowiedzi zaraz pojawiały się kolejne pytania.
Uroboros, pomyślał Sal, przypominając sobie jak niedawno wspomniał o tym Todd, kiedy wydaje się, że dotarliśmy do jakiegoś końca, to wszystko znowu zaczyna się na nowo. I tak w nieskończoność.
Gdy umył zęby, związał włosy w dwa kucyki po bokach głowy, to później wsunął palce do szklanki, wyciągając z niej oko. Dopiero wtedy uniósł wzrok, napotykając swoje odbicie w lustrze i stanął na palcach, żeby znaleźć się trochę bliżej. Chwilę później sztuczne oko znalazło się w oczodole, a on zamrugał kilka razy i upewnił się, że wszystko jest w porządku. Po tym wreszcie opuścił łazienkę, pod którą już czatował rudy kocur, najwyraźniej chcąc przypomnieć, że on wciąż czeka na jedzenie, jednak gdy tylko zobaczył Sally'ego, ruszył do kuchni, zamierzając poczekać nad miską.
— Już idę, Gizmo — powiedział w stronę kota, a w odpowiedzi doczekał się krótkiego miauknięcia.
W normalnych okolicznościach, gdyby jego ojciec wciąż był w domu, to najpierw poszedłby do swojego pokoju, żeby założyć maskę, teraz jednak ruszył prosto do kuchni, na co Gizmo zareagował z niepodobnym do niego entuzjazmem. Nałożył zwierzakowi jedzenie, po czym zerknął na przyczepioną do lodówki kartkę, którą zauważył już wcześniej, ale kocur zdecydowanie ustanowił priorytety jego działań.
„Sal, będę dziś później, wiem że ostatnio mam sporo pracy, ale to ważny projekt. Może po jego skończeniu wybralibyśmy się wspólnie nad jezioro, albo gdziekolwiek byś chciał? Mógłbyś zaprosić Larry'ego. W lodówce masz obiad do odgrzania, gdybyś nie jadł wraz z Larrym i Lisą. Bardzo mi przykro z powodu nauczycielki, wydawałeś się ją lubić. Pamiętaj, że gdyby coś się działo, to zawsze możesz z tym do mnie przyjść, jestem też pewny, że Lisa również Cię wysłucha.
— Kocham, tata.”
Czasami brakowało mu ojca. Chociaż tak naprawdę najbardziej brakowało mu ojca z czasów, kiedy jego mama wciąż żyła, a oni mieszkali w New Jersey. Czasami prawie obwiniał ojca za jego zachowanie, za wcześniejsze picie, za widzenie we własnym synie powodu, przez który stracił żonę. Czasami prawie chciał go obwiniać, myśląc, że może tak będzie prościej – zrzucić wszystko na barki dorosłego, tylko dlatego, że jest dorosłym. Ale Sal wiedział, że wcale nie byłoby prościej, dlatego zawsze odsuwał od siebie podobne myśli. Poza tym teraz w jego życiu pojawił się Larry, który skutecznie wypełniał tę pustkę, sprawiając, że Sally nie czuł się aż tak samotny.
Na blacie, przy lodówce znalazł jeszcze kilka banknotów i monet, z kolejną karteczką od taty, tym razem informującą o tym, żeby kupił coś słodkiego dla siebie i Larry'ego na poprawę humoru, zakończoną jakby niepewnie namalowanym uśmieszkiem.
Upewnił się jeszcze, że Gizmo, prócz jedzenia, ma też mleko i ruszył do swojego pokoju. Tam wreszcie założył maskę, odczuwając niemal fizyczną ulgę, kiedy proteza zasłoniła jego twarz, nawet jeśli nikogo, poza jego kotem, nie było w pobliżu. Raz jeszcze zerknął na zegarek, szybko dochodząc do wniosku, że Larry zapewne jeszcze śpi. Sal nie chciał go budzić, uważał że należy mu się solidny wypoczynek, chociaż nie wiedział, czy młody Johnson również nie mierzy się z koszmarami. Zastanawiał się, czy i on widział, jak rzeczy z mieszkania Packerton zostają w nocy wynoszone. Na to jednak przyjdzie czas, teraz postanowił dać przyjacielowi odespać, a sam włączył telewizor, by pooglądać trochę kreskówek.

Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że drgnął. Szybko przyciszył telewizję i przez chwilę nasłuchiwał, ale pukanie nie powtórzyło się. Mimo wszystko podniósł się i wyszedł z pokoju, a następnie podszedł do drzwi wejściowych. Otworzył je i wyjrzał na korytarz, jednak nie dostrzegł nikogo. Mógłby jednak przysiąc, że sobie tego nie wymyślił i w końcu dochodząc do wniosku, że albo była to pomyłka, albo któryś z sąsiadów, na przykład niosąc zakupy, uderzył nimi o drzwi, zaczął je zamykać. Wtedy jednak dostrzegł na nich samoprzylepną karteczkę; ktoś upewnił się, że nie weźmie jej nikt inny. Sally odkleił ją od drzwi, wreszcie zamykając je i ze wzrokiem wlepionym w widniejącą na niej krótką wiadomość, wrócił do swojego pokoju. Notatka była niezwykle krótka, ale dość konkretna, jedynie nadawca pozostawał całkowicie nieznany. Uznał, że koniecznie musi pokazać ją reszcie, a zacznie od Larry'ego. Dlatego ponownie zerknął na zegarek i uznał, że jest duże prawdopodobieństwo, że jego przyjaciel już wstał. Cóż, musiał spróbować. Wyłączył telewizor, schował karteczkę do kieszeni spodni, a kilka chwil później szedł już w stronę windy. Ta jednak zatrzymała się piętro niżej i wyglądało na to, że ktoś do niej wchodzi, a tym samym został ściągnięty wyżej. Kiedy drzwi otworzyły się, na twarzy Sala mimowolnie pojawił się uśmiech na widok Lisy.
— Cześć, Sal. Jak się trzymasz? Wybierasz się do mojego Larry'ego? Chyba wreszcie wstał. Wydaje mi się, że ta nagła śmierć nauczycielki zrobiła na nim o wiele większe wrażenie, niż sam chce to przyznać.
— Tak, to może być to — odparł, po części ciesząc się, że Lisa doszła do takiego właśnie wniosku.
— Dobrze wam zrobi, jak posiedzicie razem. Jest ładna pogoda, moglibyście się przejść.
— Zobaczę, co da się zrobić — obiecał, a Lisa posłała mu ten pogodny uśmiech, który tak bardzo lubił. Po tym pożegnał się z nią i wszedł do windy, zjeżdżając do piwnicy.
W mieszkaniu Larry'ego czuł się właściwie jak u siebie i wiedział, że to za sprawą samych Johnsonów. Z Larrym złapał kontakt właściwie od razu, co szybko przerodziło się w przyjaźń. Doskonale wiedział, że mógł powiedzieć mu dosłownie wszystko i jeśli poprosi, to Larry nie piśnie choćby słówka. Poza tym Sal zawsze czuł się przy nim w pełni akceptowany, Larry nigdy nie dał mu odczuć, że w jakikolwiek sposób jest gorszy od innych, często wręcz przeciwnie. Chyba właśnie to, ten komfort możliwości bycia sobą, bez wstydu, sprawił, że Sal tak szybko przywiązał się do młodego Johnsona, obdarzając go ogromnym uczuciem przyjaźni, której nigdy wcześniej nie mógł nikomu ofiarować, bo zwyczajnie nikt nie chciał. Ale również Lisa miała w tym ogromny udział, praktycznie od razu, kiedy tylko dostrzegła jak ich dwójka świetnie się dogaduje, zaczęła traktować Sala niemal jak drugiego syna. A dzięki temu również ojciec Sally'ego był spokojniejszy, wiedząc, że Sal jest pod dobrą opieką.
Wszedł do mieszkania i rozejrzał się, jednak nie dostrzegł Larry'ego ani w salonie, ani w kuchni. Z łazienki również nie dobiegały żadne odgłosy, świadczące, że ktoś mógłby się w niej znajdować, dlatego ruszył w stronę pokoju przyjaciela. Ostrożnie nacisnął klamkę, starając się zachowywać najciszej, jak umiał, w razie gdyby Larry jednak spał, po czym wsunął głowę do środka.
Larry nie spał. I wyglądał, jakby taki stan rzeczy trwał od dłuższego czasu.
— Cześć — przywitał się, wchodząc do pokoju; głos Sala brzmiał dokładnie tak, jak wyglądał Larry – zmęczony. — Wyjdźmy stąd. Złapmy autobus i pojedźmy nad jezioro, albo gdziekolwiek. Twoja mama mówi, że dobrze nam to zrobi i chyba może mieć rację. Tata zostawił mi trochę pieniędzy, więc po drodze będziemy mogli kupić... — zawahał się, dochodząc do wniosku, że obaj zapewne ani trochę nie mieli ochoty na jedzenie. — ...coś kupić, cokolwiek będziemy chcieli.
Delikatnie przekrzywił głowę, jakby zastanawiał się nad swoją propozycją, chociaż tak naprawdę jedynie dokładnie przyglądał się Larry'emu, rozważając, czy jego bezsenność wynika z ostatnich wydarzeń, czy może z tego, że również widział, jak kolejna sprawa – sprawa Packerton – zostaje tuszowana. Czy może wszystkie te rzeczy jednocześnie.
— Też ich widziałeś, prawda? To byli ci sami gliniarze, co przy Charleyu. Tym bardziej dobrym pomysłem będzie trochę odpocząć od tego miejsca. — Sal delikatnie dotknął kieszeni spodni, w której była karteczka, ale nie wyciągnął jej. — No i jest jeszcze coś, co muszę ci pokazać.
