
Czas nieznany, lokalizacja nieznana.
UTAJNIONO.
⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Logo Hydry zalśniło w słońcu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes był duchem. Legendą, której mroczne opowieści wyprzedzały go o krok, bądź dwa. Był zwiastunem śmierci, niosąc ją na własnych barkach, bądź krocząc z nią tuż obok, jak z nieodłączną towarzyszką. Był jednym z Czterech Jeźdźców Apokalipsy i gdy Wojna, Głód i Zaraza szalały gdzie indziej, bawiąc się hucznie, on zakradał się niczym cień i odbierał to, co jemu należne. Był Śmiercią.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Pod sztandarem Hydry, tam gdzie jego remedium.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes objął mężczyznę od tyłu, przyciskając dłoń do jego ust, a następnie wbił ostrze noża, które gładko wślizgnęło się w skórę, potarło o żebra, aż wreszcie sięgnęło celu; mężczyzna znieruchomiał, a następnie zwiotczał w jego uścisku. Położył go cicho na ziemi, kawałek dalej, żeby nie rzucał się w oczy, a następnie sam skrył się za powiewającą płachtą namiotu, nasłuchując głosów, docierających do niego z wewnątrz.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Młody mężczyzna, którego zabił miał to nieszczęście, że właśnie w tym momencie wyszedł zapalić, czym – nie mógł ukrywać – zaskoczył Barnesa. Zdążył się jednak skryć w ostatnim ułamku sekundy, a później okrążyć nie zdającego sobie sprawy z jego obecności przeciwnika i zaatakować, kiedy ten najmniej się tego spodziewał. Można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że koniec końców zabił go nałóg, który za kilka lat i tak zrobiłby spustoszenie w jego organizmie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes czekał na dobrą okazję, ostrożnie zajrzał do środka, odsłaniając szorstki w dotyku materiał i mocniej zacisnął palce na rękojeści noża. Pozostał niezauważony, nikt nie patrzył w jego stronę, nie wyczekiwał niecierpliwie powrotu tego, którego przed chwilą zabił. Jakby o nim zapomnieli.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Wślizgnął się do środka i bez najmniejszego zawahania, płynnym ruchem ostrze zatopiło się w szyi najbliżej stojącego żołnierza. Kiedy jego ciało padło na ziemię, oczy pozostałej trójki wreszcie spoczęły na nim. I rozszerzyły się w przestrachu, jakby wyczytali z jego zamaskowanej twarzy wiadomość: HYDRA NIE ZAPOMINA. HYDRA NIE WYBACZA.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Zdrajcy!, zdawał się krzyczeć. Cholerni zdrajcy! Przez was musiałem pobrudzić sobie ręce!
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Lepka krew zostawiła ciemniejsze plamy na czarnych rękawiczkach, a miało być jej przelanej dziś znacznie więcej. Barnes zrobił kilka zdecydowanych kroków do kolejnego, wszyscy jeszcze zamrożeni byli w bezruchu, jakby mroźne powietrze, które przenikało do środka, wreszcie zebrało swoje żniwa. Tym razem wbił ostrze noża w skroń, śmierć była natychmiastowa. Nie miał zamiaru się z nimi bawić, nie dziś. Był litościwy w swojej nieludzkiej bezwzględności. Był sprawiedliwy w wykonywaniu wyroków. Szybka śmierć, zaledwie ułamek sekundy bólu, może trochę mniej, może trochę więcej. I to wszystko.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Zaczęli strzelać. Barnes uniósł lewą rękę, chroniąc się przed lecącym gradem pocisków; wszystkie odbiły się, rykoszetując po ciasnym wnętrzu namiotu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Niedobrze, inni usłyszą, jakby przemknęło mu przez myśl, bo kiedy tylko znalazł lukę w ich strzelaninie, potrzebną na zmianę magazynku, ruszył do ataku. Jedno ciało za drugim upadło chwilę później na skutą lodem i naniesionym śniegiem z błotem ziemię.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Zabrał dokumenty, po to, po co tutaj przyszedł. Walały się po stołach, poprzyciskane do blatów za pomocą wszystkiego, co tylko było pod ręką, żeby przenikający do szpiku kości wiatr, nie rozwiał ich. Zabrał wszystko, w końcu nie był od tego, by je przeglądać i decydować, co byłoby warte uwagi, co by się nadawało, jego misja była prosta.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Na zewnątrz dało się słyszeć zamieszanie. Przyciągnęły ich strzały, musieli znaleźć też ciało pierwszego z zabitych. Barnes wyszedł z namiotu drugim wyjściem, prosto na stojące tuż obok skutery śnieżne. Wsiadł na jeden z nich i odpalił, po czym, nie czekając na rozwój sytuacji, odjechał. Pościg kilka sekund później ruszył za nim. Uparcie nie ustawali w próbach dogonienia go, pomszczenia tamtych i przede wszystkim odzyskania tego, co ukradł, co wyszarpał z ich zmrożonych dłoni.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes ostro skręcił w prawo, wpadając między drzewa, solidna maszyna nie zawiodła, klucząc między nimi, z gracją omijał każde jedne, jakby nie kierował się tylko wzrokiem, jakby mapa tego konkretnego miejsca odcisnęła się w jego umyśle, bądź jakby została w niego wgrana, sprawiając, że bezbłędnie potrafił się po nim poruszać. Większość goniących go nie miała takiego szczęścia, ale kilku się udało, co zauważył, wypadając ponownie na drogę. Przejechał jeszcze jakiś kilometr, zanim ponownie szarpnął skuterem, obracając i przełączając na jazdę na wstecznym biegu. Sięgnął po przewieszony na plecach karabin, ustabilizował i oddał kilka strzałów. Każdy celny. Pozbył się tych najbliżej, ci z tyłu wciąż nie odpuszczali, chociaż musieli widzieć jak jadący przed nimi nagle tracą panowanie nad pojazdami. Barnes ponownie zmienił kierunek jazdy, ruszył prosto na ścigających go, skuter zakrztusił się na moment, ale sprostał jego nakazom. Krzyki poniosły się za nim, kiedy ich minął, głosy zaskoczenia, później przerażenia z jego powrotu do obozu. Ruszyli za nim, ale wtedy też nastąpił wybuch, rzucony potężny ładunek wybuchowy, zamknięty w niewielkiej kuli, został precyzyjnie wykalkulowany, odpalił się w momencie, kiedy przejeżdżali tuż obok. Barnes zatrzymał skuter, upewnił się, że skradzione dokumenty wciąż są bezpiecznie przy nim, po czym zaraportował wykonaną misję przez niewielki nadajnik, który miał przy sobie.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Świetna robota, żołnierzu. Wracaj do bazy.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Czekał go sen. Mroźne okowy zacisną się na nim jak szpony, kiedy będzie zasypiał, tracił powoli świadomość. A później zapomni. Był duchem. Był Zimowym Żołnierzem.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes przebudził się gwałtownie, wziął ostry haust powietrza, jakby zaczerpnął je po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu. Rozejrzał się po ciemnym wnętrzu, jakby spodziewał się w każdej chwili zobaczyć czyhającego na jego życie wroga, ale mrok był pusty. Nie było nikogo. Poza schowanymi w jego umyśle demonami.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Bucky rozmasował skroń i cicho zaklął do siebie. Nie mógł dłużej udawać, że ta sprawa go nie dotyczy, bo dotyczyła bardziej, niż chciałby przyznać. Macki Hydry, choć jeszcze go omijały, tak coraz śmielej zgarniały wszystko dla siebie, a on wciąż nie zrobił nic, żeby to zatrzymać. Jego koszmar przeniósł się na rzeczywistość i jeśli tak dalej pójdzie, to naprawdę nie będzie czego ratować. Odsuwał się od tej sprawy na tyle długo, traktując ją zbyt osobiście, podając to jako wymówkę, ale dłużej już nie mógł. Musiał zawiadomić T.A.R.C.Z.Ę. o swojej decyzji. Skontaktuje się z Marią Hill i powie jej, że wyrusza na tę misję, choćby miała być ostatnią w jego życiu. Wedrze się do Hydry, a później zlikwiduje ją, nawet i agent po agencie, jeśli zostanie do tego zmuszony, odetnie jej łeb i tym razem nie pozwoli, żeby na jego miejsce wyrósł kolejny. I zrobi to wszystko, zanim zmieni zdanie. Zanim strach dojdzie do głosu, a raczej zanim zacznie krzyczeć tak głośno, że wypełni wszystkie jego myśli. Zanim to nastąpi, chciał już nie mieć wyjścia, nie mogąc się wycofać. Poradzi sobie z tym, uciszy demony wrzucając je w starcie z nowymi piekielnymi bytami, a później będzie patrzył, które wygrywają. Choć byłby gotów założyć się z kimkolwiek, że te drugie zakumplują się z tymi pierwszymi i zwyczajnie do nich dołączą, jakby w jego umyśle było jeszcze miejsce na nowe koszmary. A czuł, że powoli coraz bardziej zbliża się do limitu wolnej przestrzeni. Nieproszeni współlokatorzy pomieszkiwali na stałe i nie zanosiło się na to, żeby kiedykolwiek mieli się wynieść. James właściwie przestał liczyć na to już dawno temu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Bucky poczuł nagłe pragnienie, jakby nie pił od co najmniej kilku godzin. Lecz postanowił, że zanim je ugasi, to najpierw skontaktuje się z Hill.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀
⠀⠀
⠀
Kilka godzin później,
granice Latverii.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Logo Hydry zalśniło w słońcu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes był duchem. Legendą, której mroczne opowieści wyprzedzały go o krok, bądź dwa. Był zwiastunem śmierci, niosąc ją na własnych barkach, bądź krocząc z nią tuż obok, jak z nieodłączną towarzyszką. Był jednym z Czterech Jeźdźców Apokalipsy i gdy Wojna, Głód i Zaraza szalały gdzie indziej, bawiąc się hucznie, on zakradał się niczym cień i odbierał to, co jemu należne. Był Śmiercią.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Pod sztandarem Hydry, tam gdzie jego koszmary.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀To było niemal tak proste, jak kiedyś. Naruszył czułe elementy, odpowiadające za bezpieczeństwo, a później czekał, aż ktoś przyjdzie to sprawdzić. Wtedy właśnie zabił agenta Hydry i zabrał mu odznaczenia oraz dokumenty, potrzebne do misji, resztę miał przy sobie. Niewielkie urządzenie na jego nadgarstku zmieniło jego twarz, zamaskował też biomechaniczną rękę. Nie mógł się przejrzeć, musiał zaufać na słowo Starkowi, choć robił to niechętnie. Musiał też zaufać swojej intuicji, a ta nie krzyczała, że coś jest nie tak. Wszystko było w porządku, musiał tylko się tam zakraść, a raczej wrócić, jakby nigdy nic, jakby wracał z rutynowego patrolu, zaraportuje o błędzie, każąc później Doomowi się tym zająć. Być może podniesie głos dla lepszego efektu, pokazując swoją domniemaną wyższość.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Victor von Doom. Jedna z niewielu osób na całym świecie, która wiedziała, że Barnes żyje. To właśnie z jego powodu znalazł się właśnie tutaj. Bo nikt więcej nie mógł wiedzieć, bo Doom nie mógł nikomu o tym powiedzieć, a gdyby to zrobił... Barnes wiedział, że nie ustaliby, dopóki by go nie znaleźli. A posiadali technologię, Bucky widział to, krocząc korytarzami, zaglądając do pomieszczeń, zamienionych w prowizoryczne biura, niemal czuł ją w naelektryzowanym powietrzu.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Nie musiałeś sprawdzać tego sam, herr Langos. — Niespodziewany głos zza jego pleców zatrzymał go w miejscu. — Trzeba było kogoś oddelegować.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes powoli odwrócił się w stronę mężczyzny.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Wolałem sprawdzić to osobiście, lubię mieć pewność — odpowiedział, unosząc zadziornie podbródek. Mężczyzna skinął głową i nie poruszył więcej tego tematu. Miał szczęście, choć Bucky nie wiedział, czy bardziej odnosiło się do niego, czy do stojącego naprzeciw mężczyzny.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Raporty czekają — powiedział tylko agent, a James skinął głową. Musi znaleźć swój gabinet. Przez krótką chwilę objął go strach, nie poruszył się z miejsca. Na szczęście mężczyzna tak samo jak wcześniej okazał się opresją, tak teraz go z niej wyciągnął. — Idziesz, herr Langos? Muszę i tak wziąć poprzednie i zanieść. — Po tym odwrócił się i ruszył prawdopodobnie w upragnioną przez Bucky'ego stronę. Poszedł za nim.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Gabinet okazał się zwykłym pokojem, przekształconym za pomocą biurek, na których walał się wszelaki sprzęt i papiery; na jednym z nich na głównym miejscu stał monitor. Barnes podszedł do stołu i usiadł, mężczyzna przestał zwracać na niego uwagę, jedynie z biurka obok wziął kilka teczek i chwilę później wyszedł. Bucky odetchnął z ulgą, kiedy zamknął za sobą drzwi. Odpalił komputer, a później zatonął w ilości danych. Jego wzrok prześlizgiwał się po linijkach tekstu, wyłapując takie słowa jak „chip”, „pełna kontrola”, „nowy program”, „zmiana rzeczywistości”, „Doom”. Połączył wszystko w całość, którą ukazał mu wyświetlony na ekranie dokument. Było gorzej, niż się spodziewał – Victor von Doom był pod ich pełną kontrolą.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀
⠀⠀⠀
⠀⠀
⠀⠀⠀⠀⠀⠀
Jakiś czas później,
Latveria, zamek Doktora Dooma/baza Hydry.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Barnes przemierzał ciemne korytarze, po raz pierwszy doskonale wiedząc, gdzie iść. Pamiętał to miejsce z tamtego razu, kiedy ujawnił się przed Doomem, kiedy ten dowiedział się, że James wciąż żyje, a opowieść o duchu jest niczym więcej jak tylko kolejną legendą bez pokrycia. Wszedł do pomieszczenia i zobaczył go, zasiadał tam, gdzie zawsze, jak władca swojego królestwa, które teraz wyszarpnęli mu z rąk, choć był tego zupełnie nieświadomy. Barnes wiedział, jak to jest widzieć wszystko inaczej, widzieć tak, jak tego chcą. Doom był tylko kolejną ofiarą, jedną z wielu, ale jakże istotną.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Jak się dziś czujesz, Viktorze? — zapytał po prostu. Czytał raporty napisane przez Langosa, rozmowy, które przeprowadzał z Doomem. Wiedział wszystko, teraz musiał jedynie wtopić się w swoją rolę. Zmienić tożsamość, stać się Hansem Langosem, nie zacierając przy tym Jamesa Barnesa. — Słyszałem, że chciałeś ze mną porozmawiać. Czy jakaś sprawa ostatnio cię niepokoi?
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Patrzył na tę twarz, zamkniętą za maską. Patrzył i czekał, co przyniesie to spotkanie. Musiał wybadać, jak bardzo Doom był pod ich kontrolą, na jakiej zasadzie działa chip, który mu wszczepili. I przede wszystkim – jak go zneutralizować. Musiał też dopilnować, żeby nic niepożądanego nie wymknęło się z jego ust. Niech James Barnes jeszcze przez jakiś czas pozostanie martwy.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Wiesz przecież, że ze mną możesz porozmawiać o wszystkim, wysłucham cię. A później postaram się zaradzić na twoje bolączki. Masz we mnie oddanego sojusznika.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀Słowa zdawały się palić gardło, wypełniać kwasem wnętrze jamy ustnej, przepalać język. A mimo tego nic nie dał po sobie poznać, stojąc przed Doomem prosto, z założonymi do tyłu rękami, jakby chował w nich sztylet, którego ostrze tylko czeka na kolejną ofiarę. Ale jego dłonie były puste, za to umysł pełen wątpliwości.
⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀⠀— Czy chodzi o niedawną sprawę, o której już rozmawialiśmy? Niepokoi cię twój lud? — drążył dalej, opierając się na tym, co wyczytał. — Powiedz mi, Viktorze. Powiedz mi. Wiesz, że to najlepsze rozwiązanie.



