JustPaste.it

SINNERS HEAVEN IV

User avatar
xSHAIDENx @xSHAIDENx · Nov 27, 2021 · edited: Mar 22, 2025

1000066037.png


CHAPTER IV

Pierwszy wieczór w mieście grzechu zapowiadał się bardziej niż obiecująco. Zaczęło się od omówienia przy powitalnym drinku najważniejszych zagadnień ich misji, w trakcie czego Roche opowiedział Cajunowi o rakszasie - demonie będącym celem ich misji. LeBeau lubił konkrety i wolał dokładnie wiedzieć z kim, lub czym ma do czynienia. Doświadczenie nauczyło go, że poleganie wyłącznie na jednej wersji planu mogło okazać się zgubne; zawsze warto było mieć kilka zapasowych liter alfabetu. Nie mając wcześniej styczności z taką istotą, chciał być świadomy, czego mógł się spodziewać i móc przygotować sobie taktykę działania, w razie gdyby coś poszło nie tak. Rzecz jasna nie wątpił w umiejętności swojego demonicznego towarzysza, zwyczajnie wyznawał zasadę, że 'przezorny jest zawsze ubezpieczony’.

Wkrótce najważniejsze ustalenia, a także wybór ‘pamiątek’ z Caesars Palace były już za nimi. Jako że do rozpoczęcia misji mieli jeszcze kilka luźnych godzin, postanowili wykorzystać je lepiej niż siedząc w hotelowym pokoju przy whisky. Ruszyli więc na wycieczkę krajoznawczą, by zapoznać się z tutejszymi atrakcjami. Zaczęli oczywiście od ich luksusowego hotelu i znajdującego się w nim kasyna, oferującego szeroką gamę najróżniejszych rozrywek dla miłośników gier hazardowych i nie tylko. Remy w takich miejscach czuł się jak ryba w wodzie, a z racji tego, że już jakiś czas minął od kiedy odwiedził Las Vegas po raz ostatni, z wyraźną przyjemnością podążał wraz z Nicolasem od maszyny do maszyny, zahaczając po drodze też stół z blackjackiem i ruletką. Grę w pokera postanowił zostawić sobie na deser, gdy już przyjdzie do realizacji ich zadania.

Im dłużej tak spacerowali, tym bardziej rosła skórzana nerka, którą Cajun nosił przypiętą do paska. Ta, wypchana wygranymi żetonami, tylko czekającymi aż wymienią je na szeleszczące banknoty, niemal pękała w szwach. Taaak... półczart zdecydowanie miał rację stwierdzając, że trafili do raju dla tych, którzy zawsze wygrywali. Bo tak się składało, że kapryśna kochanka zwana Fortuną, dzisiejszego wieczoru obdarzyła ich swoimi względami wyjątkowo hojnie.

Z upływem czasu rósł także poziom alkoholu w ich krwi, a także wianuszek skąpo ubranych tancerek, które towarzyszyły im umilając czas, podsuwając kolejne drinki, a nawet cygara. Czego można było chcieć więcej? Zaproszenia na after party po ich występie? Proszę bardzo, nawet i ono się pojawiło, a wizja imprezy nad basenem w takim towarzystwie była wyjątkowo kusząca.

Zanim jednak miało do tego dojść, na kambiona i mutanta czekały inne rozrywki, już poza murami Caesars Palace. Bo dlaczego mieliby się ograniczać tylko do hotelowego kasyna?

Pozbycie się ograniczeń związanych z miejscem, w którym się znajdowali, poszło dalej i objęło także sprawy kulinarno-alkoholowe. Gambit, będąc posiadaczem znacznie szybszego metabolizmu niż typowo ludzki, nie musiał specjalnie przejmować się wchłoniętymi wraz z kolejnymi drinkami procentami. Wiedział jednak, że jakaś granica istnieć musiała, toteż nie pozwalał sobie na częstowanie się żadnymi mocniejszymi specyfikami, a przynajmniej do czasu aż nie zajmą się interesami, w sprawie których przybyli do Nevady. Ze względu na swoje zamiłowanie do adrenaliny i poszukiwań nowych podniet, LeBeau miał na koncie kilka przygód z różnymi używkami, z czego najbardziej przypadła mu do gustu Biała Dama. Sprawiała, że wszystko stawało się bardziej wyraziste, barwne, a także otwierała umysł na doznania. Nie umawiał się z nią jednak często, ot, traktował ją jako miłą odskocznię raz na jakiś czas, jeśli akurat trafiła się wyjątkowa okazja.
Tym razem najwyraźniej ktoś inny uznał, że właśnie dziś wypadła ta wyjątkowa okazja i bez wiedzy przybyszy z Nowego Orleanu postanowił dość konkretnie uatrakcyjnić im pobyt w Las Vegas.

Wszystko zaczęło się podczas spektaklu w Colosseum. Całkiem przyjemne występy akrobatyczno-taneczne po jakimś czasie przeszły z tematyki brazylijskiego karnawału pełnego kolorów i jasnych świateł w mroczny motyw zbliżającego się wielkimi krokami Halloween. Był to ciekawy zabieg, któremu Remy przyglądał się z zaciekawieniem, podziwiając wijące się w tańcu smukłe kobiece postaci. Prędko jednak jego uwagę przykuł demoniczny przyjaciel który, nie wiedzieć czemu, opuścił swoje miejsce wraz z grupką przyprowadzonych wcześniej z baru towarzyszy, udając się w kierunku sceny.

Nico...?

Cajun uniósł brwi i nawet wstał, by zainterweniować, gdy zobaczył, że kambion z pomocą paru osób wspina się na znajdującą się na scenie wielką figurę szczura. Jednak jakaś nieznana siła zmusiła go do powrotu na siedzenie, a nogi odmówiły posłuszeństwa, nagle ciężkie niczym odlane z ołowiu.

Nico! – krzyknął do półczarta, jednak ten już zdołał wspiąć się na szczurzy łeb, z którego po chwili zawisł, zaś ktoś z dołu próbował do niego doskoczyć i złapać go za nogę. Gambitowi wydało się to wyjątkowo zabawne, parsknął więc głośnym śmiechem, tym głośniejszym, gdy tłumkowi spod rzeźby udało się po paru chwilach w końcu ściągnąć Nicolasa na dół.

Nie przestając się śmiać, zamrugał kilka razy, próbując nie stracić ostrości widzenia, co było w obecnej chwili niełatwym zadaniem – miał wrażenie, że błyszczące w ciemnościach wzory namalowane specjalną farbą na ciałach tancerek, zaczęły wirować mu przed oczami w jakimś dzikim tańcu, układając się na koniec w dziwaczne twarze. Twarze otwierały usta, zdając się coś do niego mówić, jednak mimo starań nie usłyszał nic, poza dudniącą, niespokojną muzyką. Potrząsnął głową, znowu chcąc wstać i w tej samej chwili poczuł, że spada ze swojego fotela. Leciał tak jakiś czas otoczony wirującymi fosforyzującymi twarzami, a lot ten zakończył się dość niespodziewanie głośnym pluskiem. Poczuł jak otoczyło go mokre gorąco, a gdy wreszcie udało mu się otworzyć oczy, zdał sobie sprawę, że znajdował się w jednym z hotelowych basenów. Odgarnął z twarzy wilgotne włosy i rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem Nicolasa, jednak jedyne co zobaczył koło siebie, to cztery skąpo ubrane tancerki. A może dwie? Nie był pewien, czy dwoiło mu się w oczach, czy po prostu kobiety były do siebie bardzo podobne. Mówiły coś do niego, rozchylając w uśmiechach pełne, mocno czerwone usta. Im bardziej starał się je zrozumieć, tym gorzej mu to szło. Spróbował więc wyjść z basenu, zauważając, że wciąż miał na sobie garnitur. Jak przez mgłę zobaczył unoszącą się na wodzie karteczkę, będącą wizytówką namolnego tatuatora, którego spotkali kila godzin wcześniej, a także kilka żetonów z rozpiętej nerki. Potem na moment znowu zapadła ciemność, a gdy się rozjaśniła, złodziejowi ukazał się czerwony sufit i dwa dające przytłumione światło przysufitowe kinkiety. Zmrużył oczy, zauważając, że leżał na wznak w poprzek jakiegoś łóżka. I nie był na nim sam. W następnej chwili zawisła nad nim uśmiechnięta twarz ciemnoskórej chyba tancerki oraz jej obfite, nagie piersi, które zakołysały mu się tuż przed nosem. Wydawało mu się, że coś powiedział, a przynajmniej powiedzieć chciał, jednak nie miał pewności, czy kobieta go słyszała. Sam za to usłyszał jej śmiech, zanim zniknęła mu z pola widzenia ograniczonego jego pozycją leżącą. Spróbował się podnieść, jednak całe ciało wydawało mu się tak ciężkie, że nie był w stanie tego zrobić. Zaklął pod nosem po francusku, a po chwili mógł poczuć jak znowu robi się gorąco i mokro, tym razem jednak nie dzięki wodzie, a ustom mulatki, która właśnie przed momentem rozpięła mu spodnie.

Westchnął gardłowo i odchylił bardziej głowę, zauważając, że obok znajdowało się drugie łóżko, a na nim czarnoskóra kobieta o poskręcanych w drobne sprężynki włosach, dosiadająca jakiegoś mężczyznę. Mimo że patrzył do góry nogami, bez problemu rozpoznał w owym mężczyźnie swojego demonicznego towarzysza. Na ten widok uśmiechnął się szeroko i aż z tej radości zaśmiał, ciesząc się, że wreszcie udało mu się znaleźć Nicolasa. Parę chwil później całkiem odleciał i znowu zrobiło się ciemno oraz cicho.

 

P... szę... an... a...

Remy ściągnął brwi, mając wrażenie, że ktoś coś do niego mówi. A może tylko mu się wydawało?

Pr... szę pa... na... ni... est?

Natarczywy głos znowu się powtórzył, a do nieprzytomnego powoli zaczynało docierać coraz więcej dźwięków i coraz wyraźniejsze słowa.

Proszę pana. Nic panu nie jest?

Nad leżącym w zaułku, pod ceglaną ścianą jakiegoś budynku Gambitem, nachylało się dwoje młodych ludzi: dziewczyna z ufarbowanymi na różowo kucykami i chuderlawy, skośnooki chłopak.

Nie mając pojęcia, co tak właściwie się stało i gdzie oraz dlaczego był, mutant otworzył oczy i zamrugał kilka razy.

O kurwa...! – zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Azjata krzyknął i dosłownie odskoczył w tył. Jego towarzyszka zareagowała nie mniej donośnie, bo także wrzaskiem, niezaprzeczalnie bojąc się czegoś, co zobaczyła. Cajun jednak nie zdążył zapytać, co ich tak wystraszyło, bo oboje w jednej chwili wybiegli z uliczki.

Co do...? – mruknął sam do siebie, z trudem podnosząc się do pozycji prawie siedzącej i powiódł wkoło nieco już przytomniejszym wzrokiem. Okolica w ogóle nie przypominała Las Vegas Strip. Gorszy był jednak fakt, że miał kompletną pustkę w głowie i za nic nie wiedział, co w ogóle się stało. Ostatnim co pamiętał, był spektakl w koloseum, który w trakcie trwania zmienił się w coś dziwnego, co porównać można było do ostrego tripa narkotykowego. I tym najpewniej właśnie było.

Nico? – zapytał i raz jeszcze rozejrzał się wkoło, jednak nic nie wskazywało na to, by kambion znajdował się gdzieś w pobliżu.

Nico?! – krzyknął głośniej, jednak rezultat był taki sam jak poprzednio, czyli żaden. Powoli usiadł i przytrzymując się ściany wstał, zauważając, że gdzieś zniknęła jego marynarka oraz większość guzików od wymiętej obecnie koszuli. Krawat, wyglądający jakby coś odgryzło z niego kawałek materiału, smętnie zwisał. Upaprane czymś spodnie prezentowały się nie lepiej.

Złodziej przetarł dłońmi twarz i odgarnął z niej włosy, które pozbawione związującej ich gumki próbowały żyć swoim życiem, po czym wyszedł z zaułka. Przypadkowe spojrzenie w witrynę apteki, obok której przechodził, dało mu odpowiedź na wcześniejsze pytanie odnośnie do niezrozumiałej paniki dwójki małolatów, którzy go obudzili. Odkrył mianowicie kolejny brak wizerunkowy, a konkretniej, brak jednej ze specjalnych holo-soczewek, przez co, delikatnie mówiąc, wglądał dość niepokojąco z jednym okiem niebieskim i drugim czerwonym o czarnej twardówce.

Merde... – zaklął pod nosem i rozejrzał się wkoło, jednak niestety w pobliżu nie było żadnego sklepu z okularami przeciwsłonecznymi, ani choćby optyka. Na szczęście nie było też zbyt wielu ludzi, a ci, którzy akurat szli czy przejeżdżali obok, zajęci byli własnymi sprawami.

Nie mając na chwilę obecną lepszej alternatywy, Cajun po prostu zamknął lewe oko i zaczął się zastanawiać, gdzie znowu zgubił kambiona. Spojrzenie na zegarek, który jakimś cudem przeżył przesłonięte jeszcze mgłą amnezji zdarzenia, uświadomiło mu, że jeśli ma znaleźć Nicolasa i zdążyć do kasyna, to powinien zrobić to szybko.

Zdjąwszy pozostałości krawatu machnął go do pobliskiego kosza, po czym rozpiął do końca i tak pozbawioną większości guzików koszulę, a następnie ruszył przed siebie chodnikiem, starając się zorientować, gdzie się znajdował i jak daleko było stąd do Caesars Palace. Jako że bywał już wcześniej w Las Vegas, wystarczyło kilka chwil, żeby mógł ustalić swoją lokalizację. Okazywało się, że do hotelu był stąd spory kawałek, więc należało zorganizować jakiś środek transportu. Zaczął się rozglądać za czymś, co mógłby 'pożyczyć'. Okazja do rozpoczęcia bardziej mobilnych poszukiwań półczarta natrafiła się dość szybko, w postaci parkującego pod jednym ze sklepów po drugiej stronie ulicy pickupa. Parking znajdował się w głębi działki zajmowanej przez sklep monopolowy, co dawało Gambitowi nieco spokoju i czasu na podprowadzenie samochodu.

Jak okazało się po tym, jak dostał się na parking, za jednym razem udało mu się znaleźć nie tylko auto, ale i Nicolasa.

Nico! – złodziej nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak ucieszył się na widok półdemona, nawet jeśli ten wyglądał, podobnie zresztą jak on sam, niczym przeżuty i wypluty przez psa. Nie mieli jednak czasu na powitalne czułości, toteż Remy od razu po znalezieniu się na parkingu, dopadł do pickupa.

Gdzieś ty był? Chociaż lepiej byłoby zapytać, gdzie obaj byliśmy... – pokręcił lekko głową, chwytając za klamkę. Samochód co prawda nie był zamknięty, ale jego właścicielka zabrała ze sobą kluczyki. Dla Cajuna jednak nie stanowiło to większego problemu.

Wsiadaj, opowiesz mi po drodze – rzucił do kambiona, przykładając palec wskazujący do stacyjki. Jego dłoń zabłysła od gromadzącej się energii, która przelała się przez palec na wspomnianą stacyjkę i dalej, w głąb obwodów elektrycznych samochodu aż do rozrusznika. Nieco dłuższa chwila i najpierw dało się słyszeć jak włączyło się radio, domknęły niezamknięte szyby, a w końcu uszu siedzących w wozie mężczyzn doszedł także pomruk silnika – wszystko zupełnie jak przy przekręceniu kluczyka.

Voilà – wyszczerzył zęby w zadowolonym z siebie uśmiechu i usiadł wygodniej za kierownicą, a widząc, że jego towarzysz już zainstalował się na siedzeniu pasażera, nie pozostało nic innego jak zwolnić ręczny i wcisnąć gaz do dechy. Nie mieli już wiele czasu na powrót do hotelu, a przecież jeszcze musieli doprowadzić się do stanu używalności i jakoś wyglądać.

Nie zapomnij o pasach – z rozbawieniem przestrzegł kompana na moment przed wyjazdem z parkingu. W tej samej chwili otworzyły się drzwi sklepu, z których wybiegła właścicielka pickupa, wrzeszcząc coś i wymachując rękoma.

Pardon, madame, ale autostopowiczów nie zabieramy – rzucił pod adresem kobiety, choć ta rzecz jasna nie mogła go już usłyszeć.

Wyjechawszy na drogę przyspieszył, mając nadzieję, że pamiętał rozkład tutejszych ulic na tyle dobrze, by jak najszybciej dowieźć Nicolasa i siebie do Caesars Palace. Na ich szczęście niełatwo było przegapić tak znaną ulicę jak Las Vegas Strip więc, po wzięciu kolejnego zakrętu, mogli podziwiać za oknami już bardziej znajome widoki.

Zostawimy go gdzieś po drodze, a resztę trasy pokonamy pieszo – stwierdził, gdy przejeżdżali obok Bellagio Fountains, które to miejsce wydało mu się idealnym, by móc bez większych konsekwencji porzucić tam pickupa. Mimo zamkniętych okien, do wnętrza auta wdarła się Cher wyśpiewująca "Believe", w rytm którego, na powierzchni rozległego basenu, podświetlane wielobarwnymi światłami, wybuchały kolejne mniejsze i większe gejzery fontann wystrzeliwujące w nocne niebo.

Gambit zjechał na przeciwległy pas jezdni i skręcił w uliczkę biegnącą wzdłuż murku okalającego olbrzymi basen. Z obydwu stron uliczka ta obsadzona była pokaźnymi krzewami, co zapewniało im trochę spokoju i osłonięcie przed niepożądanymi spojrzeniami kierowców oraz pieszych, przemierzających główną ulicę. Złodziej zwolnił, by obaj mogli bez problemu wysiąść z leniwie toczącego się pickupa, który dalej podążył przed siebie wjeżdżając na niewielki trawnik w końcu alei, by ostatecznie zatrzymać się na jakimś murze.

Dobra, mamy jeszcze nieco czasu, powinniśmy zdążyć – rzucił do towarzysza po zerknięciu na zegarek, po czym obaj ruszyli przed siebie, kierując się w stronę hotelu.

Ledwie wyszli z alejki, a dosłownie obok przemknął radiowóz, jadący szczęśliwie w przeciwnym kierunku do tego, w którym sami zmierzali. Gambit nie wiedział, czy to przypadek, czy właścicielka ‘pożyczonego’ pickupa miała taki dobry refleks, jednak zdecydowanie wolał się o tym nie przekonywać osobiście. Zdawał sobie sprawę, że ich wygląd nie dodawał im powagi ani wiarygodności i prędzej można było wziąć ich za meneli, niż gości luksusowego hotelu, dlatego też warto było, żeby się pospieszyli.