Żywe trupy.

Najpierw o żywych trupach, dopiero potem o czymś strasznym.

Kiedyś było tak, że trupy jeździły sobie po całym znanym świecie i cała znana gawiedź ogromnie się z tego cieszyła. Przepadała za tymi trupami. Poza wojną i podatkami były one bardzo ważną rozrywką dla gawiedzi. Pod względem oglądalności te trupy ustępowały może tylko temu, gdy robiono z kogoś prawdziwego trupa, na przykład ćwiartując go publicznie. Wtedy tej gawiedzi inne trupy nie interesowały.

A te żywe trupy, które mam na myśli, one składały się z aktorów. Jeździły sobie po znanym świecie i występowały. Żyły zaś dosyć kiepsko z tego, co jeden z nich, zwykle najbardziej ucieszny, zebrał do czapki łażąc pomiędzy gawiedzią.

Trwało tak znacznie długo, przez spory szmat historii. Dopiero potem ktoś wymyślił teatry i wszystkie trupy z jeżdżących stały się miejscowe. Każde miejsce bardzo się starało, czasem aż przesadnie, żeby mieć najlepszy teatr, zaś o trupach w ogóle przestano mówić. Właściwie, to nawet mówienie takie stało się obelżywe.

A gawiedź w teatrach raczej nie bywała, miała już inne rozrywki. Zaczęto jej wmawiać, że nawet z wojną nie jest do końca w porządku. W to jednak nie do końca gawiedź uwierzyła, co zresztą widać na świecie. Tylko podatki traktowane są nadal jako śmiertelne zagrożenie.

Poza tym, zmieniły się obyczaje. Żaden aktor nie łaził już z czapką pomiędzy gawiedzią – nie, gawiedź stała się gawiedzią  wyższego sortu, sama kupowała bilety, nawet miewała już te, jak im tam, abonamenty. Byle jakie łachy w teatrach nosili już tylko aktorzy, gawiedź zaś ubierała się koniecznie w to, co miała najlepszego, a jeśli chodzi o brylanty, to i najdroższego. Tak, tak, najdroższe w teatrach stały się właśnie żony i kochanki, najchętniej je pokazywano. I to, co najważniejsze, nie na scenie się działo. Rozumiecie, mam na myśli kuluary. One zaczęły być najważniejsze.

Jednak z grzeczności zwracano uwagę także na aktorów.

To też dość długo trwało: gawiedź pokazywała się z najlepszej strony, aktorzy pracowali na sławę, wiele teatrów wymieniało się trupami. Te wymiany bywały indywidualne albo całotrupowe, zwane wtedy festiwalami. Teraz te festiwale, rzecz jasna, bardzo podupadły, jak zresztą teatry też.

Winni są, oczywista sprawa, komuchy. Oni są wszystkiemu winni. Nie ma takiej sprawy, żeby nie byli jej winni. W tej akurat sprawie zawinili tym, że wyrżnęli tę gawiedź wyższego sortu, w związku z czym najpierw do teatru zaczęli się wpychać byle łachudry i byle jak ubrane, chociaż tak samo z kochankami i żonami. Tyle, że oni już nie mieli ani czego pokazywać, ani tym bardziej kogo. Komuchy pokradły brylanty, z żonami łachudry mają kłopoty od razu po ślubie, kochanki zaś, choć jest ich teraz znacznie więcej, stały się bardziej tajne. Jeśli chodzi o aktorów, to oni przegrali z kretesem wobec kolegów, którzy występują w filmach.

No! Właśnie o to chodzi: nastała epoka filmów, teatralne trupy wymierają naprawdę, choć przed śmiercią wykazują jeszcze niejaką inicjatywę. Ona polega na tym, żeby jeździć. Myślę, że jeżdżenie aktorzy mają gdzieś w genach zapisane. Wprawdzie to trupie geny, ale niezmienne: jeździć i łazić z czapką w garści. Widuję to na własne oczy, wcale nie rzadko, w końcu ja też tak jeżdżę.

Komuchy także chciały przez pewien czas ożywić te geny. Wysyłały całe trupy aktorów, jak to mówili, w lud, czyli do różnych stodół i strażackich remiz, żeby ten lud łyknął nieco kultury. Lud, nie powiem, łykał, ale kulturą to ja bym tego łykania nie nazwał, choć zawartość bywa oszałamiająco kulturalna: taki Chopin, dla przykładu. Zresztą, w te podróże komuchy wysyłały przeważnie albo prawie trupy, albo wręcz przeciwnie, rzec można, embriony. Nie dało rady nie łykać. Dlatego ten pomysł upadł, komuchy zaraz potem.

A teraz będzie coś strasznego, tak jak obiecałem.

Po upadku komuny wybuchła u nas wolność. Nie, żeby w samej wolności było coś strasznego, chodzi raczej o to, że ta wolność wszystkim strasznie we łbach pomieszała. Ona zburzyła dogłębnie cały porządek świata.

Kiedyś było jasne: aktor jest aktorem, gawiedź jest gawiedzią. O żadnych tam wyborach nikomu się nie śniło. Przyjeżdżała trupa, dawała przedstawienie. Każdy wiedział z góry, co będzie grane. Starczyło skręcić za róg byle kamienicy, żeby to, co grane, nie miało na człowieka najmniejszego wpływu.

Wolność, demokracja i wybory postawiły wszystko nogami do góry. Szczególnie wybory, jakby się kto pytał. Niesłychany pomysł, że gawiedź może wybierać aktorów, by odgrywali role – tyle, że nie na scenie. Znaczy, owszem na scenie, ale politycznej. Przyznacie, że to już wielki horror. Szczególnie w tych kuluarach.

Głosować na aktora, żeby odgrywał rolę poza teatrem – jeśli chodzi o mnie, w głowie się nie mieści. Może mam głowę za małą. Inni głosują, nic im to nie przeszkadza. A straszność polega na tym, że jest coraz mniej takich, którym cokolwiek przeszkadza. Nawet to, że oni kompletnie nie kapują, na czym polega wolność, a na czym wybory.

Zaś przed tym, co jest grane, nigdzie nie można się schować.