JustPaste.it Share text & images the easy way

Zgrzytanie

Jest coś takiego jak informatical fiction. A jeśli nie - to Charyzjusz Chakier wkrótce to zmieni. I ja mu w tym pomogę.

Jest coś takiego jak informatical fiction. A jeśli nie - to Charyzjusz Chakier wkrótce to zmieni. I ja mu w tym pomogę.

 

/* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
* Ta strona mocno koresponduje ze wpisem "Hihot"
* i ośmioma poprzednimi z bloga prowadzonego przez
* Charyzjusza Chakiera.
* Jeśli dostałeś się tutaj inaczej niż przez stronę
* www.chakier.bblog.pl, lub nawet nie wiesz,
* o czym mowa, to leć tam czym prędzej zasięgnąć
* informacji.
* Jeśli nie masz podstawowej wiedzy na temat
* computer science, to zaglądanie na bloga niestety
* niewiele ci nie pomoże.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * */

Wpatrywałam się w skupieniu w literki migające na czarnym przyjemnym tle i nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie widziałam je ostatni raz. Właściciel komputera, a w zasadzie jego czasowy używacz wpatrywał się z nadzieją z kolei we mnie, oczywiście nic nie rozumiejąc z tego, co wyskakiwało na ekran. Komputer zamiast się włączyć wyświetlał komunikat o dobrze znanym mi rozmieszczeniu na ekranie (przecież nie będę go czytać, nie po to są komunikaty), że zdecydowanie czegoś jeszcze mu do szczęścia brakuje, a ja nie mogłam sobie przypomnieć, czego...
Nagle - olśnienie.
- Dyskietka - odezwałam się tonem wyrażającym niezadowolenie ze swojej - za przeproszeniem - błyskotliwości.
- E? - odpowiedział używacz przypominając mi, że jednak ja jestem tu fachowcem. Dzięki temu mój nastrój wrócił natychmiastowo do przyjemnej nirwany sprzed rozpoczęcia gapienia się w monitor.
- Proszę wyjąć dyskietkę ze stacji - powtórzyłam pełnym zdaniem.
Rozmówca schylił się.
- W stacji nic nie ma - stwierdził i patrzył na mnie dalej zaciekawiony, jak zareaguję.
- No jak nie ma..! - uśmiechnęłam się i spojrzałam, znów przestałam się uśmiechać - No rzeczywiście. Dziwne, nie ma - pomyślałam chwilę - Aaa... Może coś wam tam... ostatnio utknęło? I teraz komputer myśli, że jest dyskietka, a to... tylko coś.. innego..?
- Nooo... Chyba nie. Wczoraj się włączał, a nie pamiętam, żeby ktoś zgłaszał jakąś awarię. Może... jakaś mysz coś przegryzła?
- Mysz? - przebiegłam wzrokiem po okolicznych stolikach - Zdaje się, że wszystkie tutaj są na swoich miejscach. No, chyba że któraś zeskoczyłaby, przegryzła i wdrapała się... Ale widział pan kiedyś mysz wdrapującą się na stolik komputerowy? - i nie czekając na przewidywalną odpowiedź - Nie, nie, jego boli dyskietka.
- Aaaaha.
Spojrzałam zrezygnowana jeszcze raz na komunikat. Jak zwykle jedyne możliwe rozwiązanie nie działało i trzeba było szukać innego.
- A może... - przerwał mi używacz komputera - Nie chodzi mu o dyskietkę typu A.
- A jaką? Typu C?
Konieczność wyjęcia dysku głównego jako warunek uruchomienia komputera wydała mi się intrygująca.
Tymczasem mój towarzysz ponownie schylił się, nacisnął guziczek i z komputera wyskoczyło coś ze dwa razy większego od dyskietki typu A. Moje oczy zrobiły się również około dwa razy większe.
- Co - zapytałam ciepło, kiedy ochłonęłam - Unia nie daje dotacji?
- Dyrektor spóźnił się z papierkami - westchnął rozmówca udręczonym tonem - I dla niektórych wyciągnęli stary sprzęt z piwnicy. Ale większość pracowników Ratmount ma oczywiście nowe...
- No to nie ma pan szczęścia - spróbowałam udać współczucie - A jaki Windowsik?
- 3.0.
- Uuuóulallla...
Komputer grzecznie się zrestartował, a jego używacz zrobił mi zdjęcie z ekranem tytułowym. I z dyskietką też.

Wychodząc minęłam jeszcze kilku informatyków, za których uznałam wszystkich nieprzepisowo ubranych gości, którzy chodzili w tę lub z powrotem po korytarzach. To dość absurdalne, żeby pracownikom jednej z największych polskich (czy tam światowych, co za różnica) korporacji informatycznych potrzebny był helpdesk, ale widać chodzi o te 95% pracowników, którzy nie zajmują się tu programowaniem, tylko wypełnianiem arkuszy exelowych. Czy jakichś tam arkuszy, które odpalają się na Windowsie 3.0. Nigdy nie zrozumiem zasad funkcjonowania biznesu.
- O, pani też tu naprawia? - zatrzymał mnie jakiś pan w sensownym garniturze.
- Nom, w zasadzie - odpowiedziałam próbując ustalić, czy to dyrektor czy nie dyrektor - Ale tak właściwie to wyjmuję dyskietki typu B z komputerów. A przedwczoraj odkliknęłam komuś CapsLock, bo się nie mógł zalogować.
- Bardzo się cieszę, sami nie dalibyśmy sobie z tym rady.
- Widzę właśnie... - mruknęłam podziwiając go za to, że nie załapał dowcipu - Eee, dyrektor firmy Ratmount?
- Tak, we własnej osobie. Proszę mówić mi Stefan. To ja panią wezwałem. Niestety, nasz najlepszy informatyk zniknął do czasu nieokreślonego.
- „Zniknął”? - zapytałam zastanawiając się jednoczenie, czy czasem nie chodzi o słowo „zdezerterował”, „dał nogę” czy coś w ten deseń, bo by mi to pasowało do całości.
- Zniknął - westchnął Stefan - Otrzymałem od niego kilka dni temu pośpieszną informację, że wyjeżdża i tyle. Żadnych wyjaśnień, przeprosin, przypomnienia, jak się robiło reset komputera. Nic.
- Ale... jak to? - coś mi nie pasowało - Taka korporacja, tyle problemów i tylko jeden gość od naprawy?
- To nie jest zwykły ”gość od naprawy” - obruszył się nieco, po czym ściszył głos i lekko pochylił się do mnie z konspiracją - Powiem pani, że on jest... chakierem. Najlepszym na świecie.
Wlepiłam oczy w szepczącego i zaczęłam przetwarzać coś w swoim procesorku.
- Chakierem?
- Nie za głośno!
- Najlepszym na świecie?
- A żeby pani wiedziała.
- I wyjmuje u was dyskietki typu B?
Zapadła cisza. Zrozumiałam, że muszę szybko zmienić temat, żeby przypadkiem nie parsknąć, co już byłoby nie taktowne.
- No cóż... - dyrektor podrapał się w głowę - Czasem robi też inne rzeczy.
Znowu nie załapał, szkoda.
- Wie pan... - zaczęłam wreszcie nieśmiało - Ja chyba wiem, o kim pan mówi.
- Doprawdy? - zdumiał się szczerze - Skąd?
- Nooo, bo ten Chakier, Charyzjusz prowadzi bloga.
- Naprawdę?
- Nie mówił?
- Nie.
- Hmm... Prowadzi bloga i można sobie przeczytać, co się teraz z nim dzieje.
Pomrugał oczami.
- A co się dzieje?
- A więc na samym początku... - zmarszczyłam czoło grzebiąc w pamięci - Przyszła po niego jakaś grupa tajnych agentów czy policjantów... - powiedziałam i nie wiadomo dlaczego przypomniał mi się filmowy zwrot „Wypuszczać gołębie na kota” - Eeee... Schował się w magistrali CAN, a tamci walczyli z destufferem...
- Z czym?
- Z taaakim czymś, co usuwa niektóre bity.
- Walczyli z takim czymś, co usuwa bity? - Stefan bardzo zainteresował się problemem.
- Tak, bo... to coś pomyliło ich z bitami.
- A to ciekawe... - aż dawało się odczuć, jak jego wyobraźnia alokuje sobie nowe zasoby, ale wreszcie machnął ręką - Dobra, dobra, ale jak to się skończyło, kiedy wraca?
- Nie wiem, bo to się jeszcze nie wydarzyło.
- Ach, chronologia. To co się z nim dzieje teraz?
- Teraz... Aaaeee... Ktoś go próbował zastrzelić znowu... A! Leci kanałem szyfrowanym do centrum, a jakiś koleś w podkutych butach zamierza go tam zastać - dla efektu pomrugałam jeszcze oczami - A, i jeszcze co jakiś czas w tle wybucha jakiś opętańczy śmiech.
Zaczęłam rozważać, czy potrafiłabym się wypowiedzieć bez używania słowa „jakiś” i tym podobnych.
- Oj, to chyba źle... - zamyślił się, ale po chwili dodał z nadzieją - A może to Charyzjusz się śmiał?
- Niii...
- Czemu?
- Bo on się inaczej śmieje. Nie tak opętańczo, jak ten gość.
- A jak?
- No... Jakby połaskotać ropuchę.
- Kogo? - zdziwił się.
- Ropuchę - powtórzyłam po cichu próbując ustalić, skąd to wogóle wytrzasnęłam.
- No w sumie... faktycznie - przypomniał sobie - Albo taką małą żabkę - pomyślał jeszcze sekundę - Ale wróci?
- No jasne! Czemu miałby nie wrócić?
Pożegnałam się, zrobiłam w tył zwrot i z uśmiechem ruszyłam w stronę schodów wiodących do wyjścia.
W połowie schodów minął mnie jednak ktoś, kto nie był ubrany ani jak pracownik, ani informatyk. Zwolniłam niezauważalnie - czarny płaszcz, kapelusz i ciemne okulary w środku lata? Nie wiedzieć czemu tak właśnie ubierają się tajni agenci. Chodzi im o to, żeby być bardziej tajnymi, chociaż taki ubiór właśnie przyciąga całą uwagę i powoduje, że są widoczni na dwa kilometry. I jeszcze te głośne buciory... Odwróciłam się - to ten pierwszy tak tupał. Za nim dreptało równo jeszcze dwóch podobnie ubranych jegomości.
- Dyrektor Ratmount? - usłyszałam z trudem, po czym za cichym „tak” poszło jeszcze mniej wyraźne - Pójdzie pan z nami.
Stałam na środku schodów i chwilę sobie dywagowałam. Ciekawie byłoby zerknąć zobaczyć, co się dzieje... Tyle że zgodnie z prawem Murphiego, jeśli za nimi pójdę, to nic ciekawego się tam nie wydarzy. Po dwóch sekundach postanowiłam, że dla dobra firmy bardzo pozytywne będzie, żebym jednak poszła tam i zobaczyła.
Prawa Murphiego istnieją, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, problemem jest to, żeby odpowiednio wykorzystać je do własnych celów.
Niekiedy bardzo dużym problemem.
Cała czwórka przemaszerowała korytarzem na piętrze, a potem zniknęła w jednym z pokoi.
- Teraz wykręci pan numer Charyzjusza Chakiera i go tu ściągnie - odezwał się twardo niski głos w charakterystycznym powolnym tempie.
- Ale zaraz! - oburzył się słusznie Stefan - Co to za..!
- Ani słowa - zagroził ten sam głos - Jeśli zrobi pan grzecznie to, o co prosimy, to nic się nikomu nie stanie.
- LoL... - odezwałam się z kolei ja, niestety zdecydowanie głośniej niż ciszej, a że byłam dwa metry od drzwi...
W jednej sekundzie drzwi się otworzyły i ktoś spojrzał prosto na mnie - wyraźnie spodziewali się podsłuchiwacza za ścianą.
- Zapraszam panią do środka - powiedział do mnie z wrednym uśmieszkiem.
(Tutaj zrobiłabym przerwę, gdybym pisała bloga)

Prawa Murphiego mają to do siebie, że kiedy mogą się nie sprawdzić, to nie sprawdzają się napewno.
- Ale... - cofnęłam się pół kroku rozważając na szybko, co mam zrobić. Wyjścia były dwa, przy czym to drugie - uciekać - zapowiadało znacznie ciekawsze perspektywy. Po chwili jednak ujrzałam w dłoni nieznajomego pistolet, co okazało się argumentem wyraźnie przemawiającym za pierwszą opcją.
- Ale ja nic nie wiem! - trajkotałam wchodząc niechętnie do środka, kiedy gość z pistoletem zaczął mnie popychać - I o hakowaniu też nie mam pojęcia! Nawet na jednym forum hakerskim mam xywkę „niehakerka”..!
Drzwi zamknęły się. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
Rozejrzałam się mimowolnie. Pokój właściwie niczym się nie wyróżniał od tych, w których bywałam wcześniej, chociaż moją uwagę zwrócił teraz brak okien - paliła się jedna żarówka - i dużo mniejsza ilość przestrzeni. No i oczywiście komputery - były dwa, jednak nikt się nimi nie zajmował, stały niepozornie wyłączone pod ścianą naprzeciwko drzwi, czyli kompletnie poza moim zasięgiem.
Mniej więcej na środku pokoju na obrotowym krześle umieszczony był Stefan. Zajmował dziwnie mały fragment i tak niedużego siedzenia. Być może spowodowane było to tym, że sterczał nad nim ten ponury mężczyzna w płaszczu, a obok drugi - bez płaszcza i też z pistoletem - trzymał mu ręce na ramionach. Na biurku obok stał aparat telefoniczny.
- Może i nie, ale umiesz pewnie wykręcić numer policji, a tego byśmy nie chcieli - usłyszałam znajomy głos. Tak, to był ten w płaszczu - Przynajmniej na razie. Jak Chakier się tu zjawi, to już będzie bez znaczenia.
- Wiesz, kim jest Chakier? - zapytał mnie ten, którego głosu dotychczas jeszcze nie słyszałam, czyli drugi stojący obok krzesła jegomość bez cech szczególnych i bez płaszcza.
- Hmm... Chakier... Charyzjusz Chakier? - spytałam, znów stawiając hipotezę, że mam do czynienia z idiotami - Niii... Nie przypominam sobie - i od razu nie wytrzymałam - A czego od niego chcecie?
- Tak się składa, że stoi on na drodze do realizacji naszego planu - usłyszałam głos zza pleców.
- A. A jaki jest wasz plan?
- Panowanie nad światem! - odezwało się chórem dwóch agentów. Ten najważniejszy oczywiście milczał - to oznaczało, że mój krótki test inteligencji w jego przypadku wypadł pozytywnie, więc lepiej było uważać.
- Aleś wy wszyscy monotonni... - burknęłam do siebie pod nosem.
Milczący mężczyzna w okularach skierował swój wzrok z powrotem na główny obiekt zainteresowania.
- Dzwoń - rozkazał krótko.
Stefan dotychczas zadowolony z niezawracania sobie głowy jego osobą, teraz znów się skrzywił.
Pasowałoby coś zrobić. Ponownie rozejrzałam się po pomieszczeniu - naprawdę nic ciekawego, ani żadnego wazonu czy czegoś... Najbliższą rzeczą, która mogła się mi przydać były dwa wielkie tomy Symfonii C++ (a więc ten język może się jeszcze dzisiaj do czegoś przydać!) leżące na półce na przeciwko mnie, obok pstryczka elektrycznego. Za daleko. A może coś mam w zawsze nieodłącznej torebce? Zaczęłam sobie przypominać - poza dokumentami mogłabym tam znaleźć długopis, zestaw śrubokrętów i gumę do żucia. Do MacGyvera było mi daleko, więc zostawiłam ten temat. A, i był jeszcze stary pendrive bez obudowy! Wiąże się z nim długa i smutna historia, która w skrócie sprowadza się do tego, że ma on uszkodzoną tablicę alokacji i/lub kilka bad sektorów. I oczywiście kilka napisanych przeze mnie zniszczonych (fajnych) programów, które miały nieszczęście na nie trafić. Z sentymentu żal mi było wtedy tego wszystkiego formatować, więc wolałam nie myśleć o tym, co się tam teraz dzieje.
Stefan tymczasem zdążył wydedukować podobnie jak ja wtedy, że nie ma zbyt wielu alternatyw.
- To co mam powiedzieć? - jęknął niegłośno biorąc słuchawkę do ręki.
- Że macie bardzo... baaaardzo - podkreślił szef agentów - pilną awarię. I ma tu natychmiast być. I żadnych numerów - rzucił zerkając również na mnie.
No tak, czas się kończył, Stefan już wystukiwał numer (żeby zyskać na czasie udawał, że trzęsą mu się ręce i nie trafia w to, co trzeba), a ja nadal nie miałam pomysłu... Metody konwencjonalne zawiodły, więc postanowiłam poudawać mojego ulubionego bohatera science-fiction.
Założyłam rękę na rękę i nonszalancko oparłam się o najbliższą ścianę. Tak żeby mnie znowu zauważyli.
- Świetny plan - westchnęłam na głos bez przekonania i bez pośpiechu, ale z zamiarem szybszego gadania w okolicach pointy - Wy zadzwonicie. Chakier przyleci. Wy go zaskoczycie - przespacerowałam się w kierunku środka pokoju, tak że miałam głównodowodzącego agenta na metr od swojego nosa - Tylko jednej rzeczy nie dopracowaliście: Chakier nie przyleci.
- Co masz na myśli? - odezwał się ten mniej ważny obok mnie. Nie wiadomo, czy bardziej wzburzyło go moje natręctwo czy obawa, że mogę mieć rację.
- Chakier tu nie przyjdzie.
- Ale dlaczego?
- Poprostu. Nie przyjdzie. Z jednego bardzo prostego powodu.
Od kiedy tylko zaczęłam mówić, doskwierało mi, że mój mózg nie chce przejść w stan on-line. Teraz to uczucie sięgnęło apogeum. Cóż, konspektu tej prezentacji nie opracowałam w domu.
- Z takiego prostego powodu, że... - całkiem poradnie udawałam pewność siebie i wpadłam wzrokiem na Stefana, na którego twarzy malowała się ciekawa mieszanka nastrojów - Wiecie, że Chakier nic mu nie powiedział o tym, że wyjeżdża? - wymyśliłam nagle - Gdzie, kiedy, na jak długo?
- I co z tego? - odezwał się ten, który dotychczas czaił się za mną, ale teraz podszedł bliżej posłuchać.
- A to z tego, że... najwyraźniej to co się tutaj dzieje, mało go obchodzi - orzekłam robiąc kółeczka prawą ręką - Tylko pomyślcie: gdyby go obchodziło, to napewno ostrzegłby jakoś dyrektora czy powiedział coś więcej, tymczasem on poprostu zniknął! Myślicie, że jak on teraz zadzwoni i powie, że jest jakaś tam awaria z komputerami, że zacięła mu się dyskietka typu B... - w tym momencie z własnej nieprzymuszonej woli spojrzałam na najbliższą spluwę, żeby opanować wybuch śmiechu, który niewybaczalnie popsułby wypracowany przeze mnie nastrój i jeszcze odkaszlnęłam dla pewności - Że Chakier wtedy zaryzykuje swoje życie i powodzenie swojej misji, żeby tu wrócić?!
- Tak - odezwał się znowu ten najważniejszy całkiem zainteresowany moim wykładem - Odpowiednia perswazja i dyrektor wymyśli coś odpowiedniego...
„No tak” po cichu przyznałam mu w myślach rację „W sumie różne rzeczy się już tutaj wyprawiały...”
- A czy wziąłeś pod uwagę zdarzenia losowe? - robiąc kilka kroków w różne strony udałam, że rozważam na głos - Na przykład nieopanowane jąkanie się zastraszonego?
- Ooo, myślę, że takie szczegóły nawet dodadzą realizmu - uśmiechnął się złośliwie i zwrócił do Stefana z udawaną grzecznością - Czy nie jąkałby się pan, gdyby z... niewiadomych przyczyn nagle zaczęła palić się cała serwerownia?
Stefan całą swoją osobą potwierdził, że napewno by się jąkał.
„Niegłupi...” przemknęło mi, ale nadal nie rezygnowałam ze swojej (nie do końca dopracowanej) tajemniczej miny.
- Wbrew temu, co sugerujesz, przewidzieliśmy wszystko - kontynuował ten w płaszczu - Wzięliśmy pod uwagę nawet to, że ma on dużą przewagę, kiedy akcja dzieje się na jego własnym blogu, dlatego wyjątkowo nie umieściliśmy jej tam, ale w tym... jakimś całkiem obcym dla niego nieporadnie opisanym ogryzku.
Ogarnęła mnie rezygnacja. I zrobiłam taką minę jak Hagar, kiedy czuł się głupio. Tamten Hagar z komixu pod tytułem Hagar oczywiście.
Wciągnęłam powietrze. Ostatnia szansa. Potem już nie wiem, co mi przyjdzie do głowy.
- I myślicie, że tak wam tu wszystko ładnie pójdzie, jak będziecie tak sobie rozkazywać i wymachiwać spluwami? - podniosłam głos - Najmniejszy błąd i powiecie Charyzjuszowi „Hello, tu jesteśmy! Nie wiemy, jak cię złapać, więc jak nie przyjdziesz, to napewno nic ci nie zrobimy” - po czym niespodziewanie dodałam bardziej do Stefana niż do nich - A błędy mogą się zdarzyć, kiedy się wie, że za grzecznie wykonywanie poleceń nagrodą może być tylko kulka w łeb.
Reakcje były dwojakie. Stefan nagle pobladł (co, nie wiedział?), natomiast w tle dało się słyszeć ciche i nieco przeciągłe zgrzytanie zębami.
- Niekoniecznie - ciszę przerwał oczywiście mężczyzna w czarnym płaszczu. Jak zwykle wypowiadał się bardzo, bardzo powoli, ale tym razem nie, żeby pokazał swoją klasę, ale żeby ukryć narastającą wściekłość. Nie bardzo mu to wychodziło, widać że nie miał wprawy. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem powinnam się teraz zacząć bać i żałować, że w porę nie ugryzłam się w język, ale wbrew wszystkiemu zrobiło mi się bardzo przyjemnie - Nikomu wcale nie musi stać się krzywda. Bardzo się ucieszymy, jeśli szanowny dyrektor zadzwoni - zerknął na blednącego jeszcze bardziej Stefana - ale gdyby pan nie chciał... ma pan bardzo wielu podwładnych, którzy chętnie pana zastąpią. Podsumowując: naprawdę nikomu z tej firmy nie musi się nic stać, chodzi nam tylko o Chakiera - wreszcie obrócił się z powrotem do mnie - A pani... Pani tu chyba nie pracuje - zakończył bardziej stwierdzeniem niż pytaniem i w tej chwili w okolicach jego ręki usłyszałam subtelne metaliczne kliknięcie. Cóż, nie znam się na broni i nie mam pojęcia, jak się ono nazywa, ale w filmach ten dźwięk jest jednoznaczny. Poczułam, że moje włosy powstawały dęba i chyba szykują się do drogi.
- Aha... - miauknęłam biegając wzrokiem po lufie, po czym w jednej sekundzie znalazłam się przy upatrzonym uprzednio pstryczku pozostawiając resztę zgromadzonych w ciemności z krótkim błyskiem otwieranych drzwi na pożegnanie, a jednego dodatkowo z, jak wnioskuję, sporym siniakiem na twarzy wywołanym przez napotkanie na szybko poruszającą się Symfonię C++.
- Łapać ją!!! - usłyszałam wskakując na schody prowadzące piętro niżej.
(A tu zrobiłabym następną przerwę)

Zastanawiałam się w biegu, czy bardziej opłacalne będzie myśleć o tym, że jeden z nich za mną goni, o jego szaleńczych krokach jakieś dwadzieścia metrów za mną i o tym, że być może lada chwila zacznie strzelać (pobiegnę szybciej) czy może jednak nie myśleć (nie zlecę ze schodów). Podjęłam decyzję „nie myśleć” - wkońcu w wielu sprawach właśnie to wychodzi mi najlepiej. Facet nie strzelał, widocznie miał na względzie tych wszystkich ludzi, których pędem mijał i którzy popatrywali na nas z paniką, ale za to nie zamierzał stracić mnie z oczu. Trzymając się barierki pokonałam ostry zakręt i zaczęłam rozglądać się za jakimś otwartym pokojem, gdzie spodziewałam się znaleźć komputer, najlepiej włączony.
Nieźle - muszę się uratować, uratować Charyzjusza i do tego najlepiej jeszcze Stefana. Jakby to ujął mój tata parodiując francuski akcent - mar-ne szan-se.
Dopadłam jakiejś klamki, nacisnęłam, a że nie napotkałam na opór, wskoczyłam natychmiast do środka. Szkoda tylko, że nie było się czym zaryglować. Było jakieś krzesło, biurko... Parę sekund musiało mi wystarczyć, żeby jakoś to poustawiać, chociaż jak na złość tamtemu facetowi wyważenie tego zajmie pewnie jeszcze mniej czasu.
Rozejrzałam się zdyszana i nastawiłam uszy. Pięknie - dziesięć komputerów i wszystkie wyłączone. Miałam nadzieję, że szybko wskoczę do któregoś, dalej przez serwer i na zewnątrz... A może lepiej by było zaskoczyć tamtych na górze..? Ale to wszystko bez znaczenia, skoro będę musiała stracić co najmniej minutę na uruchomienie któregoś z nich.
Niebieska lampka w białej obudowie błysnęła, dyski zamruczały... Chyba byłam już wtedy niezdolna do myślenia, bo zamiast odłożyć sobie kilka sekund na obmyślenie jakiejś strategii wyjścia awaryjnego, to ja... odruchowo wyjęłam pendrive'a i wcisnęłam go w port USB. Byłam pewna, że gdybym miała choć chwilę więcej, nigdy bym tego nie zrobiła - bo po co?
Trzy, dwa, jeden... Krzesło z dźwięcznym łupnięciem uderzyło o podłogę metr dalej.
- I co to takiego miało być, co? - zapytał mężczyzna z już naszykowaną i ładnie wycelowaną bronią, również nieco zziajany. I z pokaźną czerwoną plamą na buzi. Tak, to był ten, który oderwał literaturą, nic dziwnego więc, że biło od niego coś na kształt rozgniewania.
- No tak, firewalla to nie przypominało - oceniłam, ale jeszcze nie wstając. Cały czas obserwowałam, jak maszyna przechodzi do stanu aktywności.
Agent od razu to zauważył.
- I co, myślisz, że zwiejesz siecią kablową? - zakpił - Tylko spróbuj, a zobaczysz, co stanie się z tym komputerem.
Posmutniałam wyraźnie. Może faktycznie mogło mi to zająć milisekundy, ale wcale nie musiało. Mogła zdarzyć się jakaś pomyłka, malutka chwilka zastanowienia... No a znając moją orientację w terenie...
Wstałam ostrożnie i z miną pokonanego uniosłam ręce, żeby nie strzelał.
- Spokojnie, najpierw jeszcze dostaniesz po głowie, to będziemy kwita - uśmiechał się wrednie.
- Ale ja do ciebie nigdy nie strzelaaaa..! - zamierzałam tylko cofnąć się, ale w tej chwili wyłożyłam się po całości na podłodze. Coś zaplątało się między moimi nogami... Kiedy zobaczyłam to coś, wybałuszyłam oczy, krzyknęłam i migiem odsunęłam się na czworakach (niekoniecznie w takiej kolejności). Mężczyzna sterczący nade mną postąpił bardzo podobnie, pistolet prawie wypadł mu z ręki.
Tego czegoś nie dało się poprostu opisać. Było czarną około metrowego wzrostu konsolą, po której bez przerwy biegały jakieś oszalałe znaczki. Bardzo pokrzywioną konsolą, z której teraz wystawało kilka chwiejnych nóżek i rączek bez ładu i składu. I jeszcze od czasu do czasu z tego czegoś tryskały elektryczne iskry i literki. I to coś niegdyś służyło do budowania struktury zwanej listą wielopoziomową, czyli Skip List.
- Sk_lista.exe... - jęknęłam blado gapiąc się na stworka.
Ale stworek nie patrzył na mnie, ale na zdziwionego mężczyznę z bronią, który nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ja mogłam. Tyle razy od ponad roku widziałam już Listę w takim stanie, tyle razy próbowałam odzyskiwać kod tego programu, kopiować drugą (środkową) brakującą uszkodzoną część... Nie zostało mi nic oprócz tego stworka - programu, który tylko bezmyślnie mrugał literkami po ekranie i sam nie wiedział, co robi. A może wiedział..?
Sk_lista.exe zrobił dwa zdecydowane kroki w kierunku faceta i zanim ten zdążył zebrać się do ucieczki, przewrócił i mimo szarpaniny i przy akompaniamencie panicznych krzyków... jakby tu powiedzieć... połknął pana z pistoletem.
Patrzyłam na to bez porównania bardziej przerażona niż wtedy, kiedy grozili mi tamci bandyci.
- Sk_lista.exe! - wydarłam się drżącym głosem - Co..? co ty..?!
- Po6ierayie akgu/entów - odpowiedział program grzecznie najpoprawniej jak tylko był w stanie. A kiedyś tak długo nad nim siedziałam i wybierałam, w jaki sposób ma wypisywać kolejne czy też wybrane elementy...
- No dobrze... - wzięłam głęboki oddech - Pobieranie argumentów... Tylko dlaczego przez referencję?! I wogóle kto ci pozwolił pobierać takie obiekty?? Przecież ty jesteś w C, gdzie ci do takich struktur!
- Brakt w p3mięxi - wydukał na usprawiedliwienie.
- No już dobrze - westchnęłam rozczulona zbierając się z podłogi - Mama się nie gniewa, mama wie, co się dzieje - zastanawiałam się, czy go może nie przytulić, ale zamiast tego spróbowałam jeszcze raz - Ale nie zwrócisz pana?
- Tyloo lic1by.
- O, a jednak coś pamiętasz, brawo! - zaklaskałam i z radości jednak przytuliłam maluszka.
Pobrał - nie pobrał, trudno. To mógł być jednak dobry sposób na rozwiązanie mojego problemu.
(Kolejna przerwa na reklamy)

Nie miałam pewności czy „pobrany argument” darł się wystarczająco głośno, więc przyspieszyłam w drodze po schodach, żeby coś mi nie umknęło, a Sk_lista.exe wtoczył się za mną. I słusznie - co prawda ten drugi, pozostały przy życiu agent zajęty był zaprowadzaniem porządku u tych pracowników korporacji, którzy zainteresowali się niedawno zaistniałym bałaganem, a więc automatycznie już nie zagrażał Stefanowi, jednak tamten jeden, gorszy, nadal tam był. Jak się okazało, coś podejrzewał, ale oczywiście nie miał zamiaru wyściubiać nosa z pokoju. Siedział i nasłuchiwał. Najwyraźniej planował, że ostatecznie rozprawi się z biednym Stefanem dopiero wtedy, kiedy tylko usłyszy strzał. Ale strzału nie było...
Mój program tymczasem nie miał zamiaru naciskać klamki...
Chrupnięcie wysysanych z zawiasów drzwi zrobiło wystarczające wrażenie na mężczyźnie w okularach.
- CO TO JEST?? - krzyknął zarówno on, jaki i Stefan widząc Sk_listę.exe, przy czym Stefan prawie wskoczył na oparcie.
- W sumie... - zaczęłam niedbale spoglądając na .exe'ka - Wiem, czym był kiedyś, ale czym jest teraz... W każdym razie zjadł... tamtego... - zwróciłam się do agenta w płaszczu wskazując palcem okolice schodów - No wiesz.
Zauważyłam, że ze wskazywanej przeze mnie strony biegnie już w moim kierunku ten drugi. Ale kiedy zobaczył Sk_listę.exe jego zapał jakby gdzieś uleciał. Stanął i gapił się to na mnie, to na niego. Wreszcie kiedy program zasyczał mimowolnie kilkoma iskrami, agent poprostu rzucił pistolet i w panice rzucił się do ucieczki.
Jedyny pozostały na miejscu obserwował znikanie swojego „podwładnego” za horyzontem. Nie robiło to na nim takiego wrażenia, jak powinno. Westchnął z miną przypominającą nieco pretensję „Z kim ja muszę pracować...”, bez pośpiechu zajął miejsce na najbliższym krześle i założył nogę na nogę. Uosobienie opanowania i spokoju. Szkoda, bardzo miło było popatrzeć, jak przerażony usiłuje się przepchać do wyjścia, jednak od początku nie wyglądał na takiego, po którym można byłoby tego oczekiwać. Nie było w nim śladu strachu, raczej jakiś rodzaj... podziwu. Mało brakowało, a on by mnie przestraszył.
Do tego bał się Stefan, który najwyraźniej zapomniał, po czyjej jestem stronie.
- Wyłącz go - rozkazał agent z pobłażliwym uśmiechem.
- Nie mogę - powiedziałam pusto - Zawiesi się - i dodałam zgodnie z prawdą - Nie wiem, co wtedy zrobi.
- To zrób z nim cokolwiek! - wydarł się Stefan.
Mężczyzna w płaszczu przyglądał się mi i programowi z zaciekawieniem. Wydawało się, że pewna kwestia nie daje mu spokoju. Nagle zdjął ciemne okulary i odłożył obok na biurku.
- Widzę, że dobrze znasz Chakiera... - mruknął nachylając się do mnie - Myślę, że możemy się dogadać.
Żeby oddać moje wrażenia po usłyszeniu takiej wypowiedzi muszę opowiedzieć pewną historię. Dawno temu, kiedy jeszcze nie wiedziałam za wiele o programowaniu (bardzo dawno temu) kolega napisał mi malutki programik o nazwie Jajecznica w C. Polegało to na tym, że on pytał o liczbę jajek na jajecznicę, użytkownik wpisywał tę liczbę, a program życzył mu „Smacznego!”. Ja natomiast, żeby się sprawdzić, dopisałam później warunek sprawdzający, czy liczba jaj nie jest czasem większa od 200 (czemu nie zaokrągliłam tego do jakiejś normalnej liczby jak 128 czy 256..?). Jeśli liczba była większa program wypisywał pouczającą frazę „Chyba cie pogielo”.
Otóż w tej oto chwili miałam ochotę go zacytować.
- Wiem, co masz na myśli - ciągnął dalej obserwując mnie uważnie - Ale...
- Wątpię - warknęłam - Ty raczej masz jakieś kodowanie do polskich znaków. Sk_lista.exe, zapomnij o wszystkim, co ci ostatnio mówiłam.
Odpowiedział mi pełny kpiny chichot. Czy może wręcz hihot.
- Skoro tak - odpowiedział łapiąc za okulary i błyskawicznie popychając na exe'ka krzesło ze Stefanem, po czym przeskakując w głąb pokoju za jedno z biurek - musimy się rozstać.
- Sk_lista, jego zostaw! - wytłumaczyłam szybko - Goń tamtego!
„Jeżeli teraz wyciągniesz broń” myślałam szybko „nie zdążysz strzelić. Sk_lista.exe ci nie pozwoli...”.
Ale on nie wyciągnął pistoletu. Wyciągnął mały szaro-biały prostokącik podobny nieco do kalkulatora czy pilota.
Zgłupiałam.
- Ctrl + Alt + Delete - powiedział na głos wciskając coś na swojej maszynce trzema palcami.
Zanim się obejrzałam poleciało polecenie „Zakończ proces” skierowane na mój programik.
- Nie... - jęknęłam.
- Tak - powiedział agent potwierdzając polecenie.
W jednej chwili pozostaliśmy w pokoju sami przeciwko ponuremu mężczyźnie w płaszczu. No, właściwie to - ja zostałam sama. Stefan jak tylko wyczuł okazję, od razu wyskoczył na korytarz. Mniemałam iż po to, żeby wezwać policję.
Agent schował „kalkulatorek” i wyjął z innej kieszeni coś podobnego do telefonu.
- Śpieszę się - wyjaśnił grzecznie i bardzo dobrze, bo byłam pewna, że zachowanie Stefana okaże się jak najbardziej uzasadnione i znowu ktoś będzie chciał mnie zastrzelić - Nie martw się, dorwę Chakiera tak czy inaczej, dopilnuję, żeby nie dotarł do celu - wyklikał coś w telefonie - Miałem szansę jak osiemdziesiąt tysięcy pięćset osiemnaście do trzynastu milionów dziewięciuset osiemdziesięciu trzech tysięcy ośmiuset siedemnastu, że złapię go tutaj, ale skoro nie... wracam do planu A. Spotkamy się w centrum.
Nie przestając mnie obserwować zamigotał na żółtawo i z krótkim „Żegnam” rozpłynął się w eterze.
Zostałam zupełnie sama w progu pokoju z wyrwanymi drzwiami.

17 i 18 oraz okolice (2010)