Zbigniew Papiński: To on wygrał na kryzysie!

6547672a7ab4a33e832da6a6966ff3a9.jpgNiewiele osób w Polsce słyszało o Johnie Paulsonie, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi, którzy nie są związani na co dzień z ekonomią czy giełdą. Znacznie bardziej znani są tacy miliarderzy jak Bill Gates czy Warren Buffett. Tymczasem właśnie Paulson tylko w 2007 roku zarobił3,7 mld dolarów przede wszystkim obstawiając pęknięcie bańki spekulacyjnej na amerykańskich nieruchomościach, a potem kłopoty amerykańskich banków w kolejnym 2008 roku. Tym samym przeszedł do historii Wall Street jako człowiek, który otrzymał najwyższe jednorazowe wynagrodzenie.

3,7 mld dolarów to około 11,8 mld złotych. Ciężko nawet sobie wyobrazić taką sumę. Bugatti Veyron za 4,5 mln zł jawi się na takim tle jako tani sportowy samochodzik do relaksu po ciężkiej pracy, a apartament w Sopocie za 2 mln zł jako skromne, wakacyjne mieszkanko dla ascetycznego miliardera.

W jaki sposób Paulson zarobił taką górę pieniędzy? Wykorzystał instrumenty pochodne do zwielokrotnienia dźwigni na swoich inwestycjach, które prowadzi w ramach funduszu hedgingowego. Jeden z jego pracowników podał przykład, że za opcje (a właściwie CDSy), za które zapłacił 22 mln dolarów dostał po rozliczeniu transakcji aż 1 mld dolarów. Paulson posiadał taką przewagę nad innymi, że zaczął spekulować na pojawienie się kryzysu zanim zagościł on na dobre, trafnie przewidując, że jego skala będzie równie potężna jak poprzedzająca go spekulacja na rynkach nieruchomości i akcji.

Rodzi się tu jednak pewien problem natury moralnej. Czy etyczne było na przykład stawianie na to, że upadnie bank Lehman Brothers, albo, że amerykańscy pożyczkobiorcy, którzy kupowali domy znajdą się w takich tarapatach? Czy nie powinien publicznie przestrzegać przed nadchodzącą katastrofą, zamiast po cichu obstawiać olbrzymie sumy przewidując rychłe kłopoty Ameryki i w efekcie całego świata? Tu możemy się roześmiać i powiedzieć, że fundusz hedgingowy ma zarabiać pieniądze dla swoich klientów, a nie ratować ludzkość. Jednak prawdziwym hitem wydaje się, że oficjalnym doradcą funduszu od stycznia 2008 roku jest nie kto inny tylko niedawny szef Banku Rezerwy Federalnej Alan Greenspan. Ciekawe czy wcześniej nie konsultowano z nim decyzji inwestycyjnych?

Stany Zjednoczone są uważane za kraj demokratyczny o przejrzystych przepisach prawnych i jasnych regułach w biznesie, ale proszę chwilę pomyśleć i wyobrazić sobie co w Polsce działoby się, gdyby jakiś fundusz zarobił miliardy na spadkach na giełdzie, a potem zatrudnił ustępującego prezesa NBP, który jak Greenspan przyznałby, że prowadził błędną politykę monetarną. Czy to nie wyglądałoby co najmniej niezręcznie?

Zarabiający na nieszczęściu innych nie należą do ulubieńców tłumów i dlatego Paulson raczej trzyma się na uboczu i stara się unikać rozgłosu medialnego, tym bardziej, że jego piskliwy głos nie wzbudza zaufania. Jednak pozory mylą i za twarzą dobrodusznego wujka kryje się prawdziwy bezwzględny rekin.

Kiedy zakładał swój fundusz w 1994 z 2 milionami dolarów i jednym pracownikiem nawet nie marzył o sukcesie jaki ostatecznie odniósł. W trakcie rynku byka zarabianiejest zwykle proste i większość pomnaża bez trudu mniejsze czy większe pieniądze. W takich czasach nikt nie interesuje się małymi funduszami, skoro duże instytucje gwarantują naprawdę solidne stopy zwrotu.

Paulson zwrócił uwagę na siebie i przyciągnął dużo klientów dopiero, gdy jego przewidywania co do rychłego pęknięcia bańki internetowej w latach 2000-2001 okazały się nadzwyczaj celne i co ważniejsze zyskowne. Przez piętnaście lat jego fundusz poniósł tylko raz stratę w 1998 roku. Nic dziwnego, że po ostatnim fatalnym roku dla większości obracających pieniędzmi klientów, Paulson jako jeden z niewielu cieszy się napływem nowych środków powierzonych mu w zarządzanie.

Jakie są jego przewidywania na najbliższą przyszłość? Uważa on, że recesja przeciągnie się co najmniej do połowy przyszłego roku, a stopa bezrobocia w USA skoczy do minimum 9%. A co należy w takim razie robić z pieniędzmi w najbliższym czasie? Jego zdaniem powinniśmy starać się zmniejszyć nasze zadłużenie, gromadzić gotówkę, omijać rynki akcji i szukać okazji w przecenionych obligacjach korporacyjnych. Ta ostatnia sugestia niestety jest dość trudna do zrealizowania dla przeciętnego Polaka.

W trakcie krachu i spadków cen na giełdzie czy kryzysu gospodarczego poszukujemy kozłów ofiarnych. Czy rzeczywiście należy winić takich ludzi jak John Paulson, czy przyczyna leży zupełnie gdzie indziej?

Zobacz też

 

Źródło: Zbigniew Papiński