Z Archiwum X : Chcę wierzyć - recenzja filmu

Nowe „Archiwum X” nie miało łatwo. Przede wszystkim jego premierę zaplanowano na środek lata, kiedy w kinach prezentowane są głównie blockbustery o wysokim budżecie...

 

Aby ich twórcy mogli liczyć na kolejną dobrą propozycję pracy, każdy musi zarobić minimum 200 mln. dolarów. Chris Carter, twórca serialu „Z Archiwum X” a także reżyser i współscenarzysta kinowej wersji, liczył zapewne, że przyciągnie do kin fanów serialu. Dość rozsądnie obmyślił fabułę tak, aby i niewtajemniczeni w „iksową” mitologię zrozumieli jej sens. Wszystko jednak wskazuje na to, że oglądamy parę naszych ulubionych agentów po raz ostatni. I nie ma to nic wspólnego z jakością filmu. Bo ten jest dobry, a na tle superprodukcji naszpikowanych akcją i CGI (Computer Generated Images) - nawet wyjątkowy.

Przyznaję, że najbardziej lubiłem serialowe odcinki z „Potworem Tygodnia”, czyli kolejnym stworem/artefaktem/fenomenem ponadnaturalnego pochodzenia, którego tajemnice wyjaśniali (albo nie) Dana Scully i Fox Mulder. Groźba „New World Order”, sprokurowana przez kosmitów wraz ze zdrajcami rasy ludzkiej, niezbyt mnie emocjonowała. Oglądałem to jakby z obowiązku, czekając aż moi ulubieni agenci FBI pojadą wreszcie gdzieś w teren, by stawić czoła kolejnemu niewytłumaczalnemu zjawisku. Pomysłowość scenarzystów w kwestii „Jakiego to stwora dzisiaj wypuścimy” była naprawdę niewyczerpana, czego zresztą dowodzą rozliczne zestawienia „10 najlepszych potworów z „Archiwum X””. Wątek spiskowy był za to obecny w filmie sprzed 10 lat „Z Archiwum X: Pokonać przyszłość”, który należał, do letnich blockbusterów i dobrze prezentował się w tej kategorii.

Akcja najnowszego filmu zaczyna się sześć lat po zakończeniu akcji serialu. Fox Mulder ukrywa się, Dana Scully robi karierę lekarską. Nie dane jest jej w spokoju pracować, bo zgłaszają się do niej agenci FBI: Whitney (Amanta Peet) i Drummy (Alvin „Xzibit” Joiner), którzy w zamian za pomoc w śledztwie proponują zmazanie dawnych win. Co prawda Muldera i Scully nikt nie ściga, ale przecież chodzi o to, by znów zobaczyć naszych bohaterów w akcji. Sprawa jest trudna – zaginęła agentka FBI, a kluczem do rozwiązania sprawy wydaje się być ex - ksiądz, Joseph Crissman (Billy Connolly) skazany za pedofilię. Doznaje on dziwnych wizji, pozwalających mu wskazywać części ciał rozrzucone po stanie Wirginia przez porywacza i mordercę kobiet. Dlaczego tak się dzieje i jaki jest związek księdza z psychopatą? Czy w ogóle jakieś ponadnaturalne fenomeny mają tu miejsce? Czy uda się uratować porwane? Wiadomo, że szanujący się thriller takich pytań nie zostawia bez odpowiedzi, a zatem Mulder wyjdzie z ulubionego pokoiku a Scully odłoży (nie na długo, co prawda) przygotowania do eksperymentalnej terapii dla swego małoletniego pacjenta.

W moim odczuciu największym atutem filmu jest przekonanie się, co ciekawego dzieje się u moich ulubionych agentów. Niby niewiele się zmieniło – Mulder wciąż dowcipkuje i jest otwarty na wszelkie dziwne teorie a Scully tradycyjnie pozostaje chłodna, poważna i sceptyczna w kwestii możliwości udziału sił nadprzyrodzonych w sprawie. Konieczność współpracy ze skazanym pedofilem wyraźnie jej nie odpowiada, niezależnie od tego, jak bardzo jest on godny pożałowania. W dodatku w pracy – jej eksperymentalna terapia spotyka się z oporem ze strony przełożonych, przeciągających na swoją stronę rodziców chłopca. Mulder, jak zwykle, zdaje się za to dobrze bawić, najwyraźniej Duchovny`emu granie tej postaci nadal sprawia dużą przyjemność. To oczywiście prowadzi naszych bohaterów do kolejnego sporu o pryncypia. Tym razem kwestią nie jest natura danego zjawiska ani czyje wyjaśnienie jest lepsze. Scully zastanawia się, jak długo jeszcze możne żyć w świecie pełnym dziwnych stworów/artefaktów/fenomenów niewiadomego pochodzenia, bo ona, w przeciwieństwie do Muldera, ma o wiele więcej. To prawda, chciałoby się dla lubianych bohaterów czegoś lepszego niż kolejna pogoń za czymś, w co i tak nikt nie uwierzy. Stąd moja aprobata dla scenki w napisach końcowych, mimo że do klimatu filmu ma się ona nijak. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że jeśli ktoś widzi „Archiwum X” po raz pierwszy w kinie, to takie niuanse zainteresują go o tyle, o ile bohaterowie wydadzą się odpowiednio ciekawi i sympatyczni.

Drugim atutem filmu jest jego pewna staroświeckość. Nie ma tu rozszalałej akcji czy fajerwerków. To przyzwoicie nakręcony thriller bardzo dobry wizualnie i muzycznie (Mark Snow, kompozytor w serialu). Osadzając akcję w ośnieżonej Wirginii, twórcy ułatwili sobie sprawę – zima na ekranie zawsze wygląda fajnie – ale co z tego? W porównaniu z „Hancockiem” czy rozbuchanymi wizualnie „Wanted”, nowe „Archiwum…” wygląda ubogo, jednak nie konkuruje z nimi. Tempo, jak to w thrillerze, jest poprawne – ani za wolne, ani za szybkie, w trakcie kilka dobrych zwrotów akcji i podsycanie napięcia za sprawą dobrze zastosowanego montażu równoległego zamiast obowiązkowego „łup!” po chwili ciszy i spokoju. Być może rozwiązanie jest za szybko do przewidzenia, sądzę jednak, że widzowie, którzy do tej pory nie zasnęli, na pewno zrozumieją o co chodziło. Fani „Archiwum X” będą naturalnie uprzywilejowani – to dla nich przeznaczone są smaczki i mrugnięcia okiem, jednak nie obeznani z serialem także powinni być usatysfakcjonowani. Pod warunkiem, że będą świadomi tego, że w nowym „Archiwum…” środki typu: CGI, szalony montaż i różnokolorowe filtry na kamerę nie występują.

Mimo tych zalet, jak wspomniałem na początku, to prawdopodobnie ostatnie spotkanie z duetem M&S w kinie. Kosztujący zaledwie 30mln $ film, po dwóch tygodniach wyświetlania zarobił w USA zaledwie 17 mln. $. Wsparty przez wyniki zza granicy i późniejszą dystrybucję na DVD film najpewniej się zwróci i trochę zarobi, ale będzie dla wytwórni sygnałem, że kolejne części lepiej kierować od razu na domowe nośniki. Ale nie jestem pewien, czy Duchovny i Anderson zgodzą się wtedy wziąć w nich udział.  
 
 
Artykuł pochodzi z serwisu Getonline.pl - Publicystyka w internetowym wydaniu.




 

Źródło: Rafał Chyży