Wyzywam Cię, Ateisto! :)

czy jesteś PRAWDZIWYM ateistą?

 

Czytam wiele artykułów ludzi, którzy deklarują się jako ateiści, agnostycy, czy też wierzący - niepraktykujący (swoją drogą brzmi to trochę jak "abstynent - niepraktykujący"). Wielu autorów tych artykułów może nawet chciałoby spotkać Żywego Boga, ale mają wiele pytań, na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Lwia część tych wywodów ma tytuły "10 pytań do wierzących", "Straciłem wiarę w Boga", "dlaczego nie wierzę". Po drugiej stronie "barykady" są ludzie wierzący. Ci, skolei, piszą artykuły dlaczego wierzenie jest lepsze od niewierzenia, jakie są historyczne, czy też naukowe "dowody". Przepraszam, czy nie można jakoś prościej?

Tytuł tego artykułu może zdawać się dość kontrowersyjny. Ma on "wyzwać" ateistów, aby zmierzyli się z tym, wydawałoby się, ciężkim do zgryzienia orzechem. Czy chcę ateistom coś zabrać? Czy chcę przekonać ich własnymi argumentami? Czy chcę zachęcić ich aby zaczeli chodzić do kościoła? Nie, nie, nie.

Śmieszne jest to, że tak jak w wielu innych dyskusjach (nie koniecznie religijnych), wielu z Was, pewnie nawet w połowie nie przeczyta tego tekstu, zanim skomentuje. Szkoda. Zależy mi na tym, abyście naprawdę, przeczytali chociaż ten jeden artykuł, który jest pisany przez osobę wierzącą (nie ukrywam się z tym).

W zasadzie chcę Ci powiedzieć tylko o jednej, drobnej, prostej kwestii. Zanim o niej napiszę chcę Cię o coś zapytać, więc skup się:

Czy odczułeś kiedyś miłość Boga?

Czy poczułeś się kiedykolwiek o kilka kg lżejszy z racji wybaczonych Tobie win?

Czy widziałeś kiedyś na własne oczy cuda, uzdrowienia?

Czy doświadczyłeś kiedyś na własnej skórze cudu, uzdrowienia?

Czy przeczytałeś kiedyś Biblię, która jest przecież nudna i na pewno nic tam nie ma, bo tak mówią w tv? (pytam o Biblię, a nie o jej obrazkową wersję)

Czy doświadczyłeś kiedyś całkowitej zmiany życia? (180 stopni)

Czy kiedykolwiek zostałeś uwolniony "ot tak" (w jednej chwili) z różnego rodzaju uzależnień?

Jeśli na wszystkie, lub prawie wszystkie pytania odpowiadasz "NIE", to nie dziwię się, że nie wierzysz. Raczej zdziwiłbym się, gdybyś wierzył (chociaż zdaża się to - serio!). W takim razie mam do Ciebie szacunek - jesteś szczery ze sobą i całym społeczeństwem jakie Cię otacza (które przecież ma na Ciebie duży wpływ). Wielu ludzi tylko udaje, że wierzy. Nie są szczerzy nie tylko przed Bogiem, przed znajomymi, ale i przed sobą - to straszna męczarnia - tylko współczuć takim "wierzącym".

Co w takim razie zrobić aby naprawdę uwierzyć?

Czytasz to? Naprawdę? No nie poznaję Cię, mój drogi Ateisto :) Oby Cię nikt nie przyłapał! Mam dla Ciebie dobrą informację - żeby uwierzyć, najpierw trzeba... nie wierzyć, więc jesteś na dobrej drodze. Nie można zacząć biec, gdy biegło się wcześniej. Zaczynamy bieg od marszu lub stopu. Ty jesteś w "STOPIE". To dobra pozycja wyjściowa.

Drugi krok to chęć. Czy chcesz uwierzyć? A co wtedy, gdy się okaże, że Bóg naprawdę jest? Może lepiej nie wierzyć, co? Zastanów się dwa razy. Jedno jest pewne - jeśli teraz się wycofasz, nie będziesz mógł się już dłużej nazywać ateistą. Gdy się wycofasz będziesz po prostu człowiekiem, który NIE CHCE WIERZYĆ. To jest różnica. Człowiek, który nie chce wierzyć jest po prostu tchórzem, albo leniem i nawet nie próbuj mówić mi, że jest inaczej.

9b1c49651858b88be7dfadb283db312d.jpg

Jeśli podjąłeś rękawicę i nadal tu jesteś to znaczy, że prawdopodobnie stoisz przed najważniejszą decyzją w swoim życiu. Spójrz na zegarek, zapamiętaj dzień i okoliczności. Być może będziesz to opowiadać... no dobra - na pewno będziesz to opwiadać (na tym etapie nie musisz się ze mną zgadzać, zaufaj mi!).

Jak TO zrobić? Proste  - potrwa to pewnie kilka minut (to chyba nie jest wiele jak na najważniejszy moment w  życiu, co?) - skiń głowę i wyżal się przed Bogiem (który jest przecież osobą) dlaczego nie wierzysz. Jeśli byłeś ze mną szczery, to z pewnością nie omieszkasz też powiedzieć Bogu, że gdyby istniał, to chciałbyś w Niego uwierzyć. Na pewno nie obraził byś się, gdyby zesłał Ci jakiś znak (zwykle tego nie robi, ale zdarza Mu się - żeby nie było, że nie ostrzegałem). Najważniejsze: Oddaj Mu swoje życie, swoimi słowami. Biblia mówi:

"Jeśli ustami swymi wyznasz, że Jezus jest Panem i w sercu uwierzysz - zbawiony będziesz" Rz. 10:9

ups.. zacytowałem Biblię! Przepraszam, ale zdaje się, że było to kluczowe. Tutaj nie ma żadnych kruczków, przypisów, gwiazdek. Nie ma żadnego "ALE". Jeśli uznasz Jezusa za swojego Pana, czyli oddasz Mu swoje życie - będziesz zbawiony. Bo zbawienie jest z wiary, a nie z uczynków (szok, nie?). W tej krótkiej rozmowie, warto też przeprosić Boga, za swoje dotychczasowe winy. "choćby twoje winy były jak szkarłat - nad śnieg wybieleją".

Zdradzę Ci w tajemnicy, Przyjacielu, że "Bóg się pysznym przeciwstawia a pokornym łaskę daję" (heh, to też z Biblii! coś tam jednak jest...).

Wiem, że wielu ateistów przed uwierzeniem skutecznie odpycha czy to Rydzyk, czy to Watykan, czy to ksiądz z parafii, czy to czy tamto. Nie to jest przedmiotem mojego artykułu. Piszę o Bogu. Tylko i wyłącznie. Jak Go już poznasz, to cała reszta naprawdę nie będzie specjalnie miała wplywu na Twoją wiarę. W końcu piszę o wierze w Boga, a nie wierze w ludzi (to już jest zadanie Boga).

Kończę już mój krótki artykulik, który nazwałem wyzwaniem. Napisałem go bo sam byłem ateistą, byłem też agnostykiem, wierzyłem w newage i jakiś czas w magię, aż.... nie spotkałem  żywego Boga :) Na koniec powiem Ci tylko, że człowiek, który nie słyszy, nie rozumie ludzi, którzy tańczą. Wyciągnij stopery!

ps. nie dam się wciągnąć w komentarzach w dyskusje o teoretycznych aspektach. Głupio jest kłócić się o Tego, który jest Miłością.