Wstawanie. Etap drugi.

Problemy samotnego. Wstawanie. Etap 2.

 

   Dalej leżę, choć już z otwartymi oczami, które jednak ukradkiem, jakby w tajemnicy przed sobą zamykam na jakiś czas. A poza tym nie chcę doznać szoku przyjmując zbyt dużą dawkę tego nieprzyjaznego świata. Radio niby coś tam gada, ja niby słucham i tak oszukujemy się wzajemnie. Ale ileż można? Szarzyzna świata już najwyraźniej wsączyła w mój umysł wystarczającą porcję obłudnych obiecanek, że oto wstał piękny dzień, że być może szczęście się dzisiaj do mnie uśmiechnie:

     -  Wstawaj leniu, wszystkie szanse świata wyciągają do ciebie ręce!

   Nieśmiało, centymetr po centymetrze wysuwam stopę zza kołdry. Brr! Jak nieprzyjemnie. Demon zwątpienia i niepewności wydziera się już głośno:

     -   Czyś ty zwariował? Po co będziesz wstawał, przecież i tak nic na ciebie nie czeka. -  Pewnie ma rację. Posłusznie cofam stopę. Rozsądek i ochota buntu jednak bierze górę.

     -   Zamknij się! - Teraz ja wydzieram się na demona, czy to z przekory czy zdając sobie sprawę ze swojej bezsilności i ewidentnego upadku – A jednak wstanę!

   Najczęściej się to u mnie odbywa na zasadzie skoku na głęboką wodę. Po trwających w nieskończoność pyskówkach z adwokatami „za” i „przeciw”, postanawiam nagle: teraz albo nigdy i zamykając oczy, uszy i zatykając nos, odrzucam kołdrę i staję na baczność w całej swojej gołej okazałości. Miękki szlafrok już jakby sam podbiega do mnie i otula swoim szorstkim frotte’.

   Wstałem! Victoria! Zastępy odegrały hejnał o porażce, a Staruszek zmarszczył brew niezadowolony.