Wojna w Iraku

O wojnie... Tak trochę inaczej ;-) Przeczytaj, nie jest długie.

 

Wszyscy wiemy jak to się wszystko zaczęło. Najpierw było zagrożenie z daleka - nikt nie wiedział kto to, nikt tak naprawdę się nie orientował i mimo, że czasem widać było paru dziwnych fanatyków tu i tam, generalnie nikt się nie przejmował specjalnym zagrożeniem. Rząd coś tam mówił o walce z nimi, ale byli za daleko żeby ktokolwiek się przekonał.

Wtedy, pamiętnego dla wszystkich dnia, szok i przerażenie! Atak znikąd, z pustyni, przez prymitywów! Ameryka płonie, ludzie giną, a to wszystko przez NICH! Dlaczego to zrobili? Jakim cudem taka prymitywna "rasa" wręcz była w stanie ugodzić prosto w serce Ameryki? Nikt nie zadawał tych pytań. Nikogo to nie obchodziło. Wszyscy chcieli zemsty.

I zemsta nadeszła. Rząd USA rozpoczął walkę z tą plagą, by ją wytępić. Jeśli przyłączyłeś się do wojny, byłeś dobrym Amerykaninem i z dumą mogłeś nosić swoją koszulkę w biało-czerwone paski z gwiazdami na niebieskim tle. I ciężko było o jakąkolwiek inną reakcję - poparcie dla wojny z tak odległym, a jednocześnie takim bliskim i groźnym przeciwnikiem było ogromne.

Była wprawdzie grupka oszołomów którzy twierdzili że to rząd USA ukartował wszystko... ale kto by ich tam słuchał. WOJNA! U-S-A! U-S-A! Wszechobecna propaganda zrobi wszystko byś podjął odpowiednią decyzję i stanął po stronie swoich rodaków.

Rząd szybko przygotowuje plan. Decydująca strategia - Szok i Przerażenie. Wszyscy którzy chcą walczyć otrzymują karabin, ekwipunek i zostają wysłani w sporej grupie uderzeniowej prosto na pustynne tereny gdzie przeciwnik rezyduje. Trzeba wytępić to cholerstwo.

Statki pełne żołnierzy i ciężki ostrzał. Armia wyładowuje jednostki na pustyni. Siły przeciwnika miały być niewielkie i niezorganizowane, więc nikt nie pierdzielił się ze szczegółami taktycznymi - to tylko banda prymitywów.

Prymitywami może i byli, ale na Amerykańskie siły się przygotowali. Rzeźni, jaką zgotowali Amerykanom w pierwszych miesiącach wojny - zwłaszcza podczas pierwszego ataku - nikt nie przewidział. Nie tylko byli lepiej przygotowani, ale też mieli o wiele lepszą infrastrukturę - o ile tunele na pustyni można nazwać infrastrukturą - oraz w ogóle nie sprawiali wrażenia przerażonych.

Co robią Amerykanie? Bombardują, rzecz jasna. Z samolotów sypią się tysiące bomb, "napastnik" ginie w płomieniach, wojska piechoty dopełniają dzieło. Zwycięstwo demokracji!

A, zaraz. Coś jeszcze. Ich przywódca. No tak, zarówno jak gra w szachy nie kończy się dopóki król nie zostanie "zmatowany", tak i wojna nie kończy się dopóki dowódca nie zostanie zabity. Bądź schwytany, jak w tym przypadku. Na szczęście nie zajęło to wiele czasu, żołnierze szybko wytropili tego szczura w jakiejś norze w jaskini. Schwytany i osaczony, nie stanowi już zagrożenia.

Ale czy na pewno? W tej wojnie król może i upadł, ale jego armia nadal istnieje. Mimo iż został zabity, nadal istnieją wierne mu oddziały które teraz pałają żądzą zemsty i krwi niewinnych. Trzeba się bronić! Trzeba dalej walczyć! Więc jeśli jesteś prawdziwym Amerykaninem, zaciągnij się! Armia cię potrzebuje!

Uff... No dobra, to tyle jeśli chodzi o fabułę filmu Żołnierze Kosmosu :) (Starship Troopers)