Wierzę, że to był cud

Czy to było zmartwychwstanie? Ocenę pozostawiam czytelnikom.

 

Romana mieszka w Stalowej Woli. Należy do niewielkiego chrześcijańskiego Kościoła. W swoim życiu kilka razy otarła się o śmierć, ale — jak wierzy — miała też okazję doświadczyć potęgi Tego, który ma władzę nad śmiercią, Jezusa.

 

Po raz pierwszy ledwo uszła z życiem podczas porodu swego piątego dziecka w 1991 roku. Kolejne doświadczenia były boleśniejsze, gdyż dotyczyły jej i nie tylko jej dzieci.

W lipcu 1992 roku pod Myślenicami pijany kierowca na oczach rodziców najechał swoim samochodem na jej 9-letnią córeczkę, Renatkę. Dziecko nie oddychało. Zdaniem Romany, nie żyło. W tym straszliwym doświadczeniu, wraz z mężem prosiła Boga o moc do wytrwania. Po raz pierwszy w życiu, właśnie wtedy, nie ludzi wołała na ratunek, lecz Boga. Po około trzydziestu minutach dziecko ponownie zaczęło dawać oznaki życia. Jak twierdzi Romana, zostało wskrzeszone.

Ale to nie koniec cudu. Gdy przyjechała karetka pogotowia ratunkowego, dziecko było w tak ciężkim stanie, że lekarz stwierdził, że może nie przeżyć drogi do szpitala. Jednak po trzech dniach Renatka została wypisana ze szpitala, a lekarze zgodnym chórem stwierdzili, że takiego cudu nigdy wcześniej nie widzieli.

Niestety, to nie był koniec trudnych doświadczeń Romany. Pół roku później, Robert i Sebastian, jej synowie, też cudem uniknęli śmierci w wypadku drogowym. Jechali fiatem 126p z Chrzanowa do Suchej Beskidzkiej, gdy naczepa tira dosłownie odcięła górną część ich samochodu na wysokości kierownicy. Obaj siedzieli z przodu. Właściwie powinni być bez głów, a mimo to wyszli z wypadku bez szwanku.

Kolejny raz Bóg zamanifestował swą opiekę nad Romaną w lipcu 2001 roku. Była piękna upalna sobota. Wraz z przyjaciółmi z Kościoła postanowiła udać się nad wodę. Zabrała ze sobą trójkę dzieci swojego znajomego. Po jakimś czasie beztroskiej zabawy w wodzie, jedno z dzieci oddanych jej pod opiekę, to najmłodsze — Konradek — zaczyna tonąć.

Niemal natychmiast zostaje przez kogoś wyciągnięty z wody, a ktoś inny rozpoczyna reanimację. Bez skutku. Cudem tego dnia na plaży wypoczywają dwaj lekarze — ordynator oddziału chirurgicznego szpitala w Stalowej Woli, dr Łopatka, z synem — i przejmują akcję ratowania życia. Mija około pół godziny. Dziecko jednak nie daje oznak życia.

Byłem już przekonany, że je straciliśmy. Całe było sine. Brak oddechu. Niewyczuwalne tętno i ciśnienie — relacjonuje to wydarzenie dr Łopatka. — Nagle, ku mojemu zdziwieniu, złapało oddech.

W tym samym czasie Romana się modli.

Nie potrafiłam mówić nic innego, jak tylko: „Panie, ratuj!” Świadomość, że było to dziecko oddane mi pod opiekę, dobijała mnie. I wtedy, gdy już byłam przekonana, że wola Boża jest inna, że dziecko nie wróci do życia, przypomniał się mi cud sprzed dwunastu laty — wskrzeszenie mojej własnej Renatki.

Romana uklękła i powiedziała: „Panie Jezu, wskrześ go! Ty masz taką moc! Możesz to uczynić!”

Zaraz po ostatnich słowach jakiś skurcz wstrząsnął małym ciałkiem Konradka. Dziecko zaczęło odkrztuszać, a po jakimś czasie normalnie oddychać. Pogotowie ratunkowe wzięło je do szpitala na oddział intensywnej terapii. Resztę dnia, noc i następny ranek Romana spędziła wraz z przyjaciółmi na kolanach, dziękując za to, co Bóg już uczynił, i modląc się o jeszcze więcej — o całkowite uzdrowienie Konradka.

Cieszyłem się tam na plaży, że go odzyskaliśmy, ale w szpitalu przygotowywałem rodzinę na to, że w takich sytuacjach, na skutek długotrwałego niedotlenienia mózgu, chłopiec może już na zawsze być fizycznie upośledzony — wspomina dr Łopatka. — To, że wyszedł z tego bez szwanku, kolejny raz mnie zdziwiło. Jestem przekonany, że można to uznać za cud.

Po kilku dniach Konradek, całkowicie zdrowy, opuścił szpital. Na karcie leczenia, jako przyczynę pobytu w szpitalu, napisano: „utonięcie”(!). W następną sobotę, podczas nabożeństwa, chłopiec czytał Psalm 30:

Wysławiać cię będę, Panie, bo wyciągnąłeś mnie z toni (...).
Panie, Boże mój,
Wołałem do ciebie i uzdrowiłeś mię.
Panie! Podniosłeś z otchłani duszę moją,
Ożywiłeś mnie pośród tych, którzy schodzą do grobu.
Wysławiajcie Pana, święci jego,
I wyznawajcie święte imię jego! (...)
Wieczorem bywa płacz, ale rankiem wesele (...)
Panie, Boże mój, będę cię wiecznie wysławiał
.

Romana nie ma w tej sprawie wątpliwości. Wierzy, że to był cud zmartwychwstania, że Pan Jezus Chrystus i dziś może wskrzeszać ludzi tak, jak kiedyś zrobił to ze swoim przyjacielem, Łazarzem.

Nie jestem w stanie opisać wdzięczności, jaką do Niego żywię, za wszystkie te cuda, jakich dał mi doświadczyć w życiu moim i moich bliskich — mówi.

M.C., A.S.

 

[Artykuł ukazał się w miesięczniku „Znaki Czasu” 4/2004].