Widziałem wolny naród

Dzisiaj Węgry idą pod prąd niszczącej Europę antycywilizacji, jej napór staje się coraz mocniejszy

 

 

cb6234ec117ed0bdcb926e5ad2b61fef.jpg

W górze biało-czerwone flagi, transparenty, skandowanie "Viktor Orbán!", palce wyciągnięte w kształcie litery "V". Owacja Węgrów, okrzyki "Polska!", "Bratanki!", "Dziękujemy!". W oczach wdzięczność, radość i łzy. Ręce wyciągnięte do nas, dłonie w uściskach, młodzież i starsi z siwymi włosami. Ci ostatni muszą przecież pamiętać rok 1956. To wtedy Zbigniew Herbert pisał: "Stoimy na granicy/ wyciągamy ręce/ i wielki sznur z powietrza/ wiążemy bracia dla was...".
Chwilę później wychodzimy z placu, pamiątkowe fotografie, młoda dziewczyna dzwoni do Polski: "Tego nie da się opowiedzieć, nie mogę mówić...". 
W Budapeszcie byliśmy tylko osiem godzin, ale to było jak zaczerpnięcie świeżego powietrza. Staliśmy na ulicy Konstytucji wśród tysięcy ludzi, którzy nie zmieścili się na placu Kossutha i oglądaliśmy uroczystości na telebimie. Po ich zakończeniu wraz z innymi Polakami powoli ruszyliśmy do przodu. Wtedy dziesiątki tysięcy Węgrów się rozstąpiło i zaczęło bić brawo...
Kolejne pokolenie wolnych Polaków w sercu wolnego narodu węgierskiego w dniu jego święta narodowego - 15 marca 2012 r. - dopisało następną kartę naszej wspólnej historii. Poza nią stanęli ci w Polsce, którzy podjęli decyzję, aby inicjatywę "Wielkiego wyjazdu na Węgry" klubów "Gazety Polskiej" wspartą przez Stowarzyszenie "Solidarni 2010" i Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przemilczeć, pomniejszyć lub po prostu wykpić jej znaczenie.

"Orbán gut! Bruksela kaputt!"
Już z parkingu w pobliżu parlamentu wyszliśmy w niewielkiej grupie z biało-czerwonymi flagami. Na pustym jeszcze przed południem placu Kossutha od razu zaczęli podchodzić Węgrzy, okazując nam sympatię. Klaksony samochodów, kierowcy zatrzymują się, machają. Na moście uściski dłoni, prośby o wspólne zdjęcia, kilka słów po polsku: "Polak, Węgier - dwa bratanki".
W Budzie na wzgórzu zamkowym coraz więcej Polaków. Dwujęzyczne transparenty "Niech żyje Viktor Orbán!", "Wiara - Patriotyzm - Rodzina", "Solidarność", po angielsku "Polska popiera Węgry", "Rządzie Węgier - zachowaj wiarę!". Częstują nas ciastkami, wręczają pamiątki, dwóch Węgrów śpiewa "Boże, coś Polskę", podchodzą kolejni, barierę językową przełamują krótkie hasła "Orbán gut! Bruksela kaputt!". 
Chwilę później stajemy za huzarami, już setki biało-czerwonych flag, nazwy dziesiątek miast. Ruszamy, nie widać końca pochodu, nad Dunajem czeka grupa z warszawskiego pociągu. Jest nas chyba kilka tysięcy, coraz więcej Węgrów. Za mostem gęsty szpaler, burza oklasków, nad głowami transparenty: "Witajcie, polscy bracia", "Dziękujemy za solidarność polskim braciom". I tak już będzie do końca kilkukilometrowego - coraz liczniejszego marszu. Delegacje z całego kraju, ludowe stroje. Rytm wybijają dobosze, Węgrzy śpiewają dumne pieśni, daleko się niesie "Kossuth Lajos azt źzente" ("Lajosz Kossuth wzywa nas")...
Okoliczne ulice wypełnione ludźmi, na telebimach widać zapełniony plac - 250-300 tys. przybyłych. Proporcjonalnie do liczby ludności, w Warszawie 11 listopada musiałoby się zebrać ponad milion Polaków! W morzu węgierskich flag wszędzie biało-czerwone wyspy. Poseł do parlamentu europejskiego wita nas, Polaków, w odpowiedzi burza oklasków. 
Na mównicę wychodzi premier Viktor Orbán. Mamy wyjątkowe szczęście, bo za nami stoją młode Węgierki - studiowały w Krakowie. Tłumaczą "na żywo" fragmenty wywołujące owacje. To zupełnie inny świat - takich słów nie powie - nie odważy się - żaden z rządzących obecnie Polską polityków i służących im dziennikarzy największych mediów. U nas takie poglądy codziennie są przedmiotem szyderstw, kpin. Na Węgrzech, głosząc je, zdobywa się 61 proc. głosów, a w ich obronie na ulice wychodzą setki tysięcy Madziarów.

Męstwo, uczciwość, wierność, miłosierdzie
"Jesteśmy politycznymi i duchowymi spadkobiercami roku 1848. Polityczny i duchowy program tamtego czasu: nie będziemy kolonią! Program i pragnienie Węgrów w roku 2012: nie będziemy kolonią!" - mówi węgierski premier. I dalej "Węgrzy nie będą żyli pod dyktatami obcych, nie oddadzą swej niezależności ani wolności; nie poddadzą swojej konstytucji".
Viktor Orbán cytuje słowa poety Sándora Petöfiego: "Na Boga Węgrów przysięgamy, przysięgamy, że już więcej nie będziemy niewolnikami!". Podkreśla znaczenie godności, wolności świadczących o sile narodów: "Z nami jest również wiele dziesiątków milionów w ciszy cierpliwej, ukrytej Europy, która żywi przywiązanie do narodowej suwerenności i wciąż wierzy w chrześcijańskie cnoty, które kiedyś wynosiły nasz kontynent na szczyty światowe, wierzy w odwagę, męstwo, w uczciwość, w wierność i w miłosierdzie". 
Przywołuje powstanie 1956 i mówi, że tak jak wtedy, dzisiaj Węgrzy są gotowi bronić się przed unijnym dyktatem. "Nie potrzebujemy też niechcianej pomocy obcych, którzy prowadząc nas za rękę, chcą sterować naszymi poczynaniami. Dobrze znamy naturę nieproszonej pomocy towarzyszy. Umiemy ją rozpoznać nawet wtedy, gdy skrywa się ona nie za postawnym mundurem, ale dobrze skrojonym garniturem". Te słowa wywołują aplauz - w tłumie widać transparenty: "1956 - sowieckie czołgi; 2012 - zachodnie banki"... "Dotknięta" tym porównaniem Bruksela nazajutrz wyda oświadczenie... A my słyszymy: "Tylko silne narody na nowo mogą uczynić Europę wielką". 
Gdy Orbán mówi, że Węgrzy nie są sami, gdyż są z nimi też "polscy Bemowie" i inne narody, rozlega się owacja. Wtedy jeszcze dodaje: "Niech Bóg błogosławi Polskę" i po polsku: "Za wolność naszą i waszą". 
Takich słów nie usłyszymy od rządzących Polską, żeby je wypowiadać, trzeba być mężem stanu, trzeba czuć wspólnotę z własnym narodem, a nie nim gardzić i go upokarzać. Takich słów nie usłyszymy w europejskich stolicach. Dlatego wielkiego święta wolności w Budapeszcie nie zobaczyły miliony Polaków w "publicznej" telewizji. Przez lata doświadczali tego politycy orbanowskiego "Fideszu". Dlatego premier Orbán nie ma złudzeń i mówi podczas uroczystości: "Nie dajcie się zwieść, jeśli jutro w światowych gazetach przeczytacie, że tu, na placu było tylko kilkaset osób, a i te protestowały przeciwko rządowi". Znamy doskonale ten mechanizm, znów działa sprawnie jak w czasach PRL za prezesa Macieja Szczepańskiego.

Duchowa wspólnota narodów
Serdeczności, z jaką przyjęli nas Węgrzy od pierwszych chwil pobytu na ich ziemi, nie da się wyreżyserować medialnymi kampaniami, zadekretować "resetami", "nowymi otwarciami"... Ona kształtowała się od pokoleń, żeby wspomnieć św. Kingę, króla Ludwika Węgierskiego, św. Jadwigę, Władysława Warneńczyka, Władysława Jagiellończyka, Barbarę Zápolyę, Stefana Batorego, gen. Józefa Bema... W 1920 r. transporty broni z Węgier pomogły zwyciężyć nad bolszewikami pod Warszawą, a po klęsce 1939 r. gościnna ziemia węgierska przyjęła dziesiątki tysięcy polskich, wojskowych uchodźców. Symbolami tej wojennej polsko-węgierskiej przyjaźni pozostali m.in. premier Pál Teleki, József Antall, płk Zoltan Baló, ks. Béla Varga czy gimnazjum w Balatonboglár. Niespełna dwie dekady później rok 1956 - biało czerwone-flagi na ulicach Budapesztu i słowa młodego poety György Gömöriego: "Wszyscy Węgrzy chodźcie z nami, pójdziemy za Polakami", a w Polsce konwoje z krwią i lekarstwami dla ofiar rozjeżdżanego sowieckimi czołgami Powstania... Długo można by wymieniać postacie, wydarzenia, a dzisiaj choćby węgierską kaplicę w łagiewnickim sanktuarium Bożego Miłosierdzia... To z okazji jej otwarcia bł. Jan Paweł II napisał: "Przychodzą na myśl właśnie sięgające wieków braterstwo i duchowa wspólnota narodów polskiego i węgierskiego".
Dlatego pojechaliśmy do Budapesztu. "Niezorganizowani", spontanicznie, z potrzeby serca, ale też z głębokim przekonaniem, żeby być razem z Węgrami. Narodem, który 11 kwietnia 2010 r., nazajutrz po naszej narodowej tragedii pod Smoleńskiem (mieszkańcy węgierskiego miasta Tatabánya już cztery miesiące później - jako pierwsi - uczcili jej ofiary pomnikiem), w wolnych wyborach oddał pełnię władzy ugrupowaniu na czele z premierem Viktorem Orbánem. Dzięki ogromnemu społecznemu poparciu uchwalono nową konstytucję rozpoczynającą się słowami: "Boże, pobłogosław Węgrów", deklarując w niej: "Jesteśmy dumni, że nasz pierwszy król, święty Stefan przed tysiącem lat osadził węgierskie państwo na trwałych fundamentach, a naszą ojczyznę uczynił częścią chrześcijańskiej Europy. (...) Zobowiązujemy się, że będziemy chronić i pielęgnować nasze dziedzictwo, węgierską kulturę, niepowtarzalny język. (...) Wyznajemy, że najważniejszymi ramami naszego współistnienia są rodzina i naród, a podstawowymi wartościami naszej jedności pozostają wierność, wiara i miłość. (...) Odrzucamy przedawnienie nieludzkich zbrodni dokonanych przeciwko narodowi węgierskiemu i jego obywatelom przez rządzące dyktatury: narodowych socjalistów i komunistów...".

"Wszyscy jesteśmy Węgrami"
Wierność temu ideowemu przesłaniu - całkowicie obcemu rządzącym dzisiaj najpotężniejszym siłom w Europie - nadała nowy kształt węgierskiej polityce: budowy suwerennych Węgier - niezależnych ekonomicznie oraz politycznie od ponadnarodowych struktur. To wywołało reakcję Unii Europejskiej, która podjęła polityczne i finansowe naciski na Budapeszt. W takiej sytuacji pragnęliśmy pokazać - co napisano na jednym z polskich transparentów - że dzisiaj "Wszyscy jesteśmy Węgrami".
Przybyliśmy, aby, mimo że jesteśmy rządzeni przez formację, której bliżej do Brukseli, Berlina i Moskwy niż Budapesztu, przez ludzi będących całkowitym zaprzeczeniem - i to w każdym wymiarze - premiera Viktora Orbána - dać wyraz temu, że to właśnie jego rządy stanowią dla nas inspirację i nadzieję na zmiany. 
Dzisiaj Węgry idą pod prąd niszczącej Europę antycywilizacji, jej napór staje się coraz mocniejszy. Nad Dunajem udało się powstrzymać jej marsz, ale do zwycięstwa jeszcze daleko. W Polsce, niestety cały czas się cofamy, ostatnio jakby nieco wolniej, powoli jednak zbieramy siły. Ci, którzy widzieli Budapeszt 15 marca 2012 r., mają ich więcej. Tylko czy starczy ich na tyle, aby z ust polskiego premiera móc usłyszeć słowa: "Nie będziemy kolonią", a od prezydenta: "Polacy nie będą żyli pod dyktatami obcych, nie oddadzą swej niezależności ani wolności"? Nie wiem. Zapamiętajmy jednak słowa Viktora Orbána: "Feudalizmu nie zniszczyli lennicy, a komunizmu zaś nie zburzyli sekretarze. Podobnie panowania finansowych spekulantów nie wyeliminują spekulanci lub biurokraci, i to nie oni wyciągną później z rowu wykolejony wóz pogruchotanej Europy. Nie oni, lecz ci europejscy obywatele, którzy żyją z własnej pracy, z własnych wysiłków, gdyż teraz jest czas, by nadszedł ich świat. Jeśli tak się nie stanie, będzie to oznaczać koniec Europy".

 

Źródło: Jarosław Szarek