JustPaste.it

Nathaniel miał mętlik w głowie. Wiedział czym zajmował się jego przyjaciel, sam jednak nie za bardzo pchał się do półświatka. Był jednak na tyle zdesperowany, że musiał podjąć sięwyzwania i przyjąć propozycję Rocky'ego. Zadanie pewnie było ryzykowne, ale trzymiesięczna kasa była czymś czego potrzebował w tej chwili. Na prawdę potrzebowali pieniędzy. Był jednak zbyt dumny by prosić kogokolwiek o pomoc, nauczył się samemu walczyć o swoje, ciężko pracować na to co miał.

Zmarszczył brwi, słysząc słowa przyjaciela, a potem skrzypienie podłogi. Alex. Oczywiście, ten dzieciak zawsze musi wszystko podsłuchiwać. Dlatego właśnie Haniel nie lubił przyprowadzać kogokolwiek do domu, gdy jego siostrzyczka w nim była. Spojrzał na Alexandrę, gdy ta weszła po chwili do jego sypialni. "Cholera, zapomniałem", pomyślał i miał ochotę palnąć się w czoło. Wrócił przed kilkoma godzinami, jego mózg nie zdązył się rozbudzić na tyle by ogarnąć nawet, jaki jest dzień tygodnia. Po słowach dziewczyny zorientował się, że sobota. No tak, przecież ma dziś wolne. Za dużo się dzieje, za dużo ma na głowie. Posłał przyjacielowi niemal pełne wdzięczności spojrzenie, gdy zaoferował się, że zabierze młodą do przyjaciółki. Prychnął jednak, słysząc, jaki to piękny dzień mają.

- Chrzań się - rzucił jedynie.

Gdy wyszli siedział na łóżku przez kilka minut, by w końcu wstać. Znalazł w szafie czyste ubrania, po czym skierował się w stronę łazienki. Szybki zimny prysznic rozbudził nieco młodzieńca. Obiecał sobie, że odeśpi wszystko na następny dzień. Alex nie będzie, matkę ma odwiedzić dopiero jak wróci jego siostra, więc spokojnie będzie mógł przespać całe przedpołudnie. Na wszelki wypadek wyciszy telefon, by jutro nikt mu nie przeszkadzał. Rocky i tak wiedział, że Fitzroy trzyma zapasowy klucz, więc pewnie sam sobie wejdzie jak będzie chciał.

- Stary, ogarnij się - powiedział do siebie, wychodzac spod zimnego strumienia wody.

Ogarnął się, przebrał w świeże ciuchy, w kuchni wypił kubek mocnej czarnej kawy. Pozostało mu czekać na Montrose. Znał pojęcie "godziny: przyjaciela, i ta "godzina" nigdy nie trwała 60 minut. Nigdy. Dopił resztki swojej kawy, po czym dźwignął się z miejsca, kierując kroki do korytarza. Zarzucił na siebie skórzaną kurtkę, która swoje najlepsze lata miała już za sobą i ubrał buty. Kończył się ubierać, kiedy pojawił się jego przyjaciel. Spojrzał na niego, zapinając kurtkę.

- Gotowy. I póki co, nie rozmyśliłem się, więc chodźmy. - powiedział, wychodząc z domu.