Once upon a time...
Nathaniel od dłuższej chwili siedział w kuchni wpatrując się w parujacy kubek kawy. Było wcześnie, ale miał sporo do zrobienia przed szkołą. Musiał przyszykować śniadanie dla Alex, zaprowadzić ją do szkoły, przypomnieć matce o lekach, a potem w końcu mógł ruszyć samemu do szkoły, czytając w autobusie książkę, z której miał mieć dziś test. W dodatku musiał znosić ciągłe uprzykrzanie mu życia przez innych uczniów tego jakże "zacnego" liceum. Jaka była radość chłopaka, gdy udało mu się do niej dostać. Wymagało to od niego sporo wyrzeczeń i pracy, sporo samozaparcia i wielu nieprzespanych nocy, ale udało się. Dostał się do dobrego liceum, w którym uczyły się dzieciaki największych szych w szkole. Był dość bystry, a dzięki wysokiej średniej dostał stypendium naukowe. Na niewiele ono wystarczało, ale to było zawsze coś.
- Dasz radę, Nate - powiedział do siebie, gdy w końcu dopił kawę.
Szykował skromny posiłek dla siostry, gdy zaspana kilkulatka weszła do kuchni, witajac go szerokim uśmiechem. Alexandra była chyba jedyną osobą dzięki której miał siłę wstawać codziennie rano. Gdyby nie ona, rzuciłby wszystko w cholerę. Dziewczynka jednak zasługiwała, według niego, na lepsze życie niż on miał, gdy był w jej wieku. Szczególnie teraz, gdy ich matka chorowała, a większość pieniędzy pochłaniało jej leczenie. Nathaniel zdawał sobie sprawę z tego w jak tragicznej sytuacji się znajdowali, ale nidgy nic nie mówił. Nauczył się nie narzekać. Martwił go fakt, że dziewczynka widziała go czasami jak wracał ze szkoły z kolejnymi siniakami na żebrach, rozwaloną wargą czy brwią. Nigdy nie mówił jej prawdy. Czasami zwalał na pracę, że uderzyła go skrzynka czy po prostu miał jakąś stłuczkę na wf'ie.
- Dobra, młoda, do szkoły - rzucił po kilkunastu minutach.
Przed wyjściem przypomniał matce o lekach, które zostawił na jej szafce nocnej. Teraz trzeba zaprowadzić Alex do szkoły. Na nie szczęście podstawówka do której chodziła młoda Fitzroy była oddalona od liceum do którego uczęszczał Nate. Czasem przez to zdarzało mu się spóźnić na zajęcia. Jednak był na tyle spokojnym i pilnym uczniem, że nauczyciele nic nie mówili. Oni w ogóle rzadko na coś reagowali, a tym bardziej na to co dzieje się podczas przerw. Nathaniel był jednym z tych nieszczęśników, który nie miał najłatwieszego życia. Szczególnie etraz, gdy ktoś, jakiś cholernym cudem dowiedział się, że Fitzroy był homoseksualny. Sam młodzieniec nie obnosił się w żadnej sposób ze swoją orientacją. Z nikim się nie spotykał, nikogo nie podrywał, nie rzucał dwuznacznych tekstów i spojrzeń w stronę innych uczniów. On po prostu był i to najwidoczniej denerwowało innych. Szczególnie tych z drużyn sportowych. Z jednym możne jakoś dałby radę, pewnie by zwiał, ale to też coś. Jednakże, gdy pojawiała się cała grupa - z niewyjaśnionych dla niego powodów sportowcy zawsze chodzili całą bandą - było gorzej. Jeden trzymał, reszta biła. W pewnym sensie chłopak już przywykł do tego, że miesza się go z błotem czy katuje na przerwie. Zaczął nawet uczęszczać na siłownię, by jakoś nadrobić brak siły. Nie miał na to zbyt wiele czasu. Szkoła, praca, opieka nad matką i młodszą siostrą, to zabierało niemal cały wolny czas Nathaniela.
Na pierwszą lekcję wpadł kilka minut przed dzwonkiem. Na szybkiego przypomniał sobie co było na poprzednich zajęciach i zajął miejsce w swojej ławce. Doczytał lekturę, o której przypomniał sobie wczoraj po pracy - a wrócił z niej po godzinie 22. Zerwał noc na odrabianiu lekcji i choć częściowym przeczytniem książki. Najchętniej nie szedłby dziś do szkoły, ale w porównaniu do innych nie mógł sobie ot tak pozwolić na dzień wolny. Ziewnął, a gdy zaczęła się lekcja starał się skupić i notować wszystko. Nathaniel był na prawdę pilnym uczniem, wierzył w swojej naiwności, że dzięki nauce i wiedzy dojdzie w końcu do czegoś w życiu. Miał plany, chciał wiele zrobić, musiał jednak na wszystko pracować mocniej niż inni. Nie wszyscy mają w końcu nadzianych rodziców, czyż nie? Pierwsza lekcja minęła wyjątkowo spokojnie.
Miał nadzieję, że cały dzień, oczywiście mylił się i przekonał się o tym jak tylko przekroczył próg klasy i wyszedł na korytarz. Większość szkoły nadal żyła plotkami na temat Nate'a, a on starał się po prostu przeżyć ten dzień. Skierował swoje kroki w stronę szafki, by wrzucić do niej niepotrzebne zeszyty i książki.Starał się wtopić w tłum, jednak to było zbyt trudne, gdy już etraz miało się prawie 190 cm wzrostu! Na pierwszy rzut oka chłopak nie wyglądał na geja, o których wszyscy mówią. Nie ubierał się w obcisłe spodnie i kobiece bluzeczki, nie robił makijażu. Ot był zwykłym, nieco wycofanym z życia szkoły nastolatkiem.
Zajęty szukaniem książki od fizyki nie zauważył, że podeszła do niego cała banda drużyny piłkarskiej. Przekonał się o tym, gdy zatrzaśnięto mu drzwiczki szafki przed nosem. Potem wszystko poleciało zbyt szybko. Jeden cios w brzuch, drugi w szczękę. Jeden udało mu się zablokować i nawet raz komuś udało mu się przyłożyć. Nauczyciele nigdy nie zwracali na to uwagi co się dzieje, w końcu "bawiły się" dzieciaki bogatych rodziców, sponsorów nowej sali gimnastycznej czy innej pierdoły o której Fitzroy nie miał pojęcia.
Czuł smak krwi z rozwalonej wargi. Oczywiście, zawsze starał się bronić, ale co on jeden miał poradzić całej grupie? No własnie, nic. Nie był najlepszy w walkach, dobra, nie umiał się walczyć. Bronił się po swojemu, na tyle na ile potrafił. Jednak było to trudne, gdy ktoś trzymał go, a inny bił. To była jedna z tych chwil, w których chciał rzucić wszystko i zniknąć. Po raz kolejny musiałby wymyślić jakąś wymówkę dla matki i siostry, które zadawały nieprzyjemne pytania. Co miał im powiedzieć? Że daje się lać jak skończony frajer? Że nie potrafi się obronić? "Boże, Nate, brzmisz jak skończona kluska..". Kolejny cios w brzuch sprawił, że poczuł swoje śniadanie w przełyku. Nie było to przyjemne. Słyszał nad głową obraźliwe epitety lecące w jego stronę. Nie przejmował się słowami, niech gadają co chcą. Był przygotowany na następny cios, jednak ktoś odepchnął jego oprawcę od niego. Podniósł wzrok na potencjalnego wybawcę, ale widząc przed sobą Rocky'ego Montrose, przeklnął w myślach. On raczej nie bawił się w superbohatera. Nie ktoś taki jak on. Jednak tym razem, Nate zobaczył w jego oczach wściekłość - i to wcale nie skierowaną w stronę młodego homoseksualisty. Gdy kolejny z oprawców go puścił, oparł się plecami o szafki, starając się nie paść jak kłoda na podłogę. Obserwował z nieukrywanym szokiem jak Montrose staje w jego obronie i daje niezły łomot jego oprawcom. Starł wierzchem dłoni krew z ust i brody.
- Dziękuję - rzucając krótkie i niezbyt mrawe w stronę młodzieńca.
Był mu wdzięczny, chyba pierwszy raz ktoś stanął w jego obronie. A teraz po prostu był. Nie wiedzieć czemu, Rocky pomógł mu z oprychami, a teraz doprowadzić się do względnego porządku. Nathaniel nie znał za dobrze Montrose, chodzili na kilka wspólnych zajęć, ale nigdy nie zamienili ze sobą słowa.To był specyficzny początek specyficznej przyjaźni.
Well, today.
Przyjaźń Nate'a i Rocky'ego była bardzo specyficzna. Jeden wyciągał z dołka drugiego. Wspierali się w najgorszych chwilach i w najgłupszych pomysłach. Nathaniel śmiało mógł powiedzieć, że młody Montrose był dla niego jak brat, którego nigdy nie miał. Życie Fitzorya zmieniło się przez te lata, nie był już taką ofiarą, jaką był, gdy poznał przyjaciela. Jak to mówią, przeciwieństwa się przyciągają. Rocky nauczył Nate'a jak się bronić, stał się dla niego bratem, którego nigdy nie miał. Zaś Nate widział w nim coś więcej niż bogatego sukinkota, który zawsze wpada w kłopoty. Niektórzy uważali, ze Fitzroy przyjaźni się z Rockym tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Obydwoje jednak mieli to w głebikim poważaniu.
Nate był sceptycznie nastawiony do pomysłu jaki kilka lat temu przedstawił mu przyjaciel. Wstąpić do gangu? W sumie pasowało to do Rocky'ego. Sam Nathaniel chciał zostać lekarzem, by pomóc ludziom w takiej sytuacji jak jego matka. Z czasem wszystko się zmieniło. Zwaliło się jak cholerny domek z kart. Właśnie był jede z takich dni, kiedy Fitzroy nie miał kompletnie sił by podnieść się z łóżka, i nawet myśl, że Alex zaraz pewnie spali kuchnię mu nie pomagała do wstania. Ostaniego czasu nie miał sił na nic, nie kontaktował też zbytnio, był przemęczony i przepracowany, że nawet już nie wyśmierwał pomysłu dołączenie do gangu. Wymacał komórkę spod poduszki i wysłał do przyjaciela wiadomość z prośbą by podrzucił mu jakieś chińskie żarcie dla Alex, bo on nie ma sił wstać z łóżka.
Tak, wyglądało to jakby go wykorzystywał, ale Rocky i tak zawsze wpadał pogadać.
