A ᴛʏ ᴢᴀśɴɪᴊ﹐
ɴɪᴇᴄʜ ᴘʀᴏʙʟᴇᴍʏ
ᴄɪę ɴɪᴇ ᴅʀęᴄᴢą.
A ᴛʏ ᴢᴀśɴɪᴊ﹐
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━
Aktualnie
Obudziłem się gwałtownie oblany potem po powrocie do rzeczywistości z sennego koszmaru. Usiadłem na łóżku i przetarłem jeszcze dłońmi jeszcze dość zaspaną twarz. Nie lubiłem kiedy moja podświadomość podsyłała mi takie obrazy w snach. Źle się czułem widząc przed oczami te wszystkie sceny, przez kolejne kilka dni. Zawsze w tedy mam wrażenie, że wszytko to działo się zaledwie kilka godzin temu, a w rzeczywistości od tamtych wydarzeń dzieli mnie już kilka lat. Jeszcze jedną różnicą jest to, że nie widzę wyraźnie twarzy martwego przyjaciela... Jest tylko zamazana, cielista plama, bez ust czy oczu. Nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądał, a nawet jakbym miał jego zdjęcie przed sobą, pewnie i tak dość szybko mój umysł zacząłby zamazywać szczegóły i wróciłby do punktu wyjścia.
2009 rok
Sylwetka stojącego przede mną mężczyzny stawała się coraz bardziej wyraźna, aż w końcu nie musiałem się domyślać kto właśnie próbuje zamordować mnie spojrzeniem. Nie był w mundurze, a sądziłem, że choć raz będzie dane mi go w nim zobaczyć. Najwyraźniej zdążył się przebrać po wyjściu na przepustkę. Jednak po co się tutaj zjawił? Jakoś nie wierze, że nagle ruszyła go wiadomość o moim nagłym zniknięciu. Często znikałem i zaszywałem się gdzieś na kilka dni i nikt z tego nie robił jakiegoś większego problemu. W końcu sam z siebie wracałem i dalej funkcjonowałem jak gdyby nigdy nic. Nikogo to nie dziwiło. Każdy potrzebował takiej odskoczni i chwilowego zniknięcia z kart tworzących nic nieznaczącą historię. A tu proszę. Taki raban o kilka dni nieobecności w rzeczywistym świecie. Lista obecności jest, czy jak? Przecież nie muszę się co chwila meldować, że żyję. Jestem zwykłym człowiekiem... a raczej jego wrakiem... a nie jebanym prezydentem, żeby trzeba było mnie sprawdzać. - Miewam, szkoda tylko, że masz w nich cholernie szpetną mordę. - wydukałem zwieszając głowę pomiędzy, opartymi o kolana, ramionami. - Nie żebyś na co dzień był zabójczo piękny. - Ach ten mój cięty dowcip. Wyostrza mi się po używkach.
- No nie pierdol - mruknąłem. Zdegustowany stwierdziłem, że chłopak mnie podniósł co skutkowało cofnięciem się mojego śniadania, którego i tak nie jadłem, ale i tak poczułem nieprzyjemny kwaśny posmak w ustach. - Weź mnie zostaw, co? - zaprotestowałem, ale moje ciało chyba bardziej słuchało się gościa obok niż swojego właściciela, przez co bez większych oporów z mojej strony, zaprowadził mnie na piętro do łazienki i wrzucił do wanny. Jedynie głucho uderzyłem o porcelanę wlepiając spojrzenie w biały sufit. Już jestem w psychiatryku? Miałem wrażenie, że w miejscach gdzie moja skóra styka się z zimną wanną, zostają wbite szpilki. Po chwili są wyciągane i znów wbijane, tym razem głębiej. Jedna przy drugiej wsuwane są w skórę, sprawiając mi wyimaginowany ból, na który jednak mógłbym zareagować, gdyby jednak był odpowiednio większy. W pewnym momencie poczułem na sobie strumień lodowatej wody. Początkowo przeszły mnie jedynie ciarki, które bardzo powoli zmieniały się w odczucie bólu, jednak miałem wrażenie, ze jest on spowodowany uderzeniem wody, a nie jej temperaturą. Niespodziewanie przeszył mnie ten dziwny ból, na co wręcz zawyłem i wyskoczyłem się z wanny jak poparzony. W momencie stałem w pionie, na silnie wyprostowanych nogach, rękach ciasno przywartych do moich boków, z zaciśniętymi pięściami i szczęką. - Kurwa. - jęknąłem krótko i cicho, a czując jak cofa mi się zawartość żołądka, bardzo szybko wylądowałem w objęciach muszli klozetowej zwracając szczątkową ilość jedzenia i śliny. Nic przyjemnego. Do tego wszystkiego zaczęło mi się kręcić w głowie, co znaczyło mniej więcej tyle, że faza się kończy. Szybkie te osiem minut.
- Z pieniędzy ma większy pożytek niż ze mnie. - wypaliłem, kiedy doszło do mnie co chciał mi przekazać. W końcu wstałem z podłogi, wypłukałem usta i sięgnąłem po puchaty ręcznik, którym momentalnie się owinąłem. Zimno mi nie przeszkadza, ale w takich momentach jest ono mało przyjemne. Oparłem się tyłem o umywalkę i spojrzałem na przyjaciela. Było mi wstyd, że musiał mnie widzieć w takim stanie i jeszcze doprowadzać do względnego stanu ogarnięcia życiowego. Było mi po prostu wstyd, że stoczyłem się tak nisko i nie potrafiłem się podnieść samemu. - Po co przyjechałeś? - zapytałem, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że mój postój w wysyłaniu mi listów był jedynym tego powodem.

━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━