Transerfing rzeczywistości - zarządzanie własnym życiem

Na początek krótki cytat z samego Zelanda:

Pierwszorzędną potrzebą jest samodzielne kierowanie własnym życiem przynajmniej w jakimś stopniu - oto na czym polega fundamentalna zasada leżąca u podstaw zachowania wszystkich istot żywych. Cała reszta, w tym instynkt samozachowawczy i dążenie do zachowania gatunku, to konsekwencje tej zasady. Innymi słowy - cel i sens każdej istoty polega na zarządzaniu rzeczywistością.

Ale jak zarządzać, jeśli świat istnieje niezależnie ode mnie? Świat jest wielki, ja jestem mały; świat posiada nieograniczone możliwości, moje możliwości są zaś nieduże; świat to nieograniczony wręcz potencjał, mój potencjał natomiast wystarcza raptem do tego, by z trudem przepychać dzień za dniem. A marzy mi się, żeby trzymać świat pod kontrolą. Chcę skręcić w prawo, a ściąga mnie w lewo; pragnę być dobrym dla innych, a krzywdzę ich stale. Paradoks sformułowany przez św. Pawła nic nie stracił na aktualności: "Czynię zło, którego nie chcę, a nie czynię dobra, którego pragnę".

Gra ze światem zaczyna się w momencie, kiedy zaczynamy go modelować. Ten konkretny kształt rzeczywistości nie podoba mi się, więc spróbuję go zmienić; ten konkretny przejaw zewnętrznego otoczenia nie jest właściwy, zatem dokonam takiej modyfikacji, która będzie zgodna z moimi dążeniami, pragnieniami i zamiarami.  Świat bardzo chętnie podejmuje tę grę, zaprasza do zielonego stolika, a nawet daje bonusowe żetony. Każdy otrzymuje na początku fory. I jak w każdej grze, są zawodnicy słabi, od razu przegrywający bonusy, i są zawodnicy mocni, potrafiący zrozumieć szybko reguły i wykorzystać je na własną korzyść. Wreszcie są mistrzowie, którzy doskonale znają psychologiczne i metafizyczne uwarunkowania gry. I tylko oni są w stanie wygrać. Różnicę pomiędzy nimi postaram się pokazać na przykładzie "poczucia krzywdy". Pierwsza grupa zawodników będzie reagować zgodnie z utrwalonymi w pamięci genetycznej schematami zachowania: krzywda - odwet. Krzywdziciel jednak jest przygotowany na taką właśnie reakcje i następnym razem uderzy jeszcze mocniej i, w związku z tym, poczucie krzywdy przewierci psychikę jeszcze bardziej. W tej grze nie można wygrać, ponieważ rządzi tutaj logika zerojedynkowa. Wchodząc w nią, skazujesz siebie na klęskę.

Zawodnik mocny zareaguje na poczucie krzywdy inaczaj (ściślej na krzywdziciela). Nie będzie to bezrozumny odwet. Krzywdziciel zostanie pozostawiony w spokoju na jakiś czas, a kiedy nastanie właściwa pora, nagromadzona siła negatywnej emocji wystarczy, by go powalić. Nazywam to strategią wyczekiwania, ponieważ pokrzywdzony czeka na moment, gdy krzywdziciela pozycja ulegnie takiemu osłabieniu, żeby można go będzie kopnąć bez ryzyka oddania. Ten zawodnik wygrywa. Nie mam co do tego cienia wątpliwości. Znam ludzi, którzy całymi latami potrafili hodować w sobie zemstę, by w odpowiedniej chwili wziąć odwet i w ten sposób wynagrodzić sobie tyle upokorzeń. Problem jednak w tym, że wygrana jest pozorna. Nie ma tu bowiem symetrii; długo hodowana chęć zemsty wpija się w psychikę jak tkanka nowotworowa. Odwet na słabym już krzywdzicielu nie przynosi spodziewanej ulgi. Zemsta przywraca może naturalny rytm światu, ale jej podmiot do normy już nie powróci.

Mistrz przebaczy, chęć odwetu zastąpi współczucie dla krzywdziciela, i to współczucie właśnie będzie dla niego największą karą. Mistrz nie zareaguje zgodnie z utrwalonymi w pamięci genetycznej schematami zachowania. Dla krzywdziciela będzie to nieznośny dysonans poznawczy. Jeżeli w psychice nie zakorzeni się poczucie krzywdy, pocisk, który miał trafić w drugiego, zostanie odbity i rykoszetem trafi w tego, kto go wypuszcza. Mistrz nie wygrywa dlatego, że świetnie pojął zasady gry, ale dlatego, iż był w stanie narzucić w tej grze własne reguły. To właśnie czyni go niepokonanym. Tajemnicą sukcesu Mistrza jest odwrócenie znaków emocjonalnych. Pragnienie odwetu to zła emocja, współczucie to emocja dobra. Dobrze znał tę tajemnicę Jezus z Nazaretu.

Gra ze światem to nie jest beztroska zabawa. Tak bywa jedynie w przypadku dzieci, które w sposób naturalny postrzegają rzeczywistość jako swego sprzymierzeńca. I zgodnie z zasadą Zelandowską otrzymują to, w jaki sposób widzą. "Jeżeli widzisz mnie jako swego przyjaciela, będę twoim przyjacielem". Tylko tyle i aż tyle. Później coraz większą rolę zaczyna odgrywać umysł, który liczy, analizuje, planuje, nakłada własną logikę na coś, co tej logice wyraźnie się wymyka. I tu powstaje kłopot, ponieważ próba narzucania Kantowskich kategorii rozumowych na otaczającą rzeczywistość jest jednocześnie próbą narzucenia jej swoich praw i zasad. Umysł wypacza obraz świata, a my ten wypaczony obraz bierzemy za prawdę. Nie dostrzegasz już świata, ale jego wypaczony obraz i z tym obrazem wchodzisz w interakcję. Nie należy się dziwić, w związku z tym, że relacja ta nie opiera się na trwałych fundamentach. Nie generuje też żadnej prawdy. Są ludzie, którzy tak bardzo odkleili się od empirycznej rzeczywistości, że żyją wyłacznie własnymi wyobrażeniami i biorą je za prawdę. Jeżeli spróbujesz perswadować komuś takiemu, że się myli i wykażesz mu to czarno na białym, to i tak pozostanie przy swoim. "Jeżeli fakty przeczą moim wyobrażeniom, tym gorzej dla faktów" - moglibyśmy strawestować znane powiedzenie.

Następny rozdział już niebawem!

Licencja: Creative Commons - użycie niekomercyjne