Toksyczny pesymizm

Może ten artykuł uratuje kogoś, kogo jeszcze można uratować.

 

Są takie chwile, dni, nastroje, kiedy dopada nas totalny smutek czy chandra. Musimy się wtedy z kimś podzielić tym, co zalega w naszym organizmie. Zwłaszcza, jeżeli sami nie potrafimy się tego pozbyć, a co może spowodować stan depresyjny, z którego często bardzo trudno samemu wyjść. Często taka rozmowa działa jak cudowny eliksir, chociaż bywa i tak, że mimo tego, że pozbędziemy się ciężaru, coś tam jeszcze w świadomości pozostanie.

I to jest NORMALNE.

Ale, kiedy ktoś wystarczy tylko, że otworzy oczy, a wszystko widzi w szarych lub czarnych kolorach i próbuje wszystkim dookoła wmówić, że innych kolorów nie ma, to NIE jest NORMALNE.

Życie jest, jakie jest i albo je sami zmienimy albo musimy pogodzić się z tym, że nie jest tak jak sobie to wymarzyliśmy. Człowiek nie powinien zarażać innych swoim pesymizmem, bo to nie rozwiąże problemów, może je jedynie nasilić.

Kiedy wiem, że muszę spędzić jakiś czas w towarzystwie osoby, która zanim otworzy oczy, po nieprzespanej (lub przespanej) nocy już wie, że dzień będzie do kitu, to boję się.

Tak BOJĘ SIĘ. Boję się tego, że te zalegające toksyny w umyśle tej osoby mogą przejść na mnie. Dlaczego tak wiele osób jest niezadowolonych z WSZYSTKIEGO.

Życie do łatwych nie należy, ale albo je sobie ulepszymy, albo je sobie kompletnie spieprzymy.

PRACA.

Moja praca nie należy do łatwych i przyjemnych. Pracuję za „przysłowiowe grosze” i wiem, że wiele osób nigdy nie zdecydowałoby się na " taką pracę, za takie pieniądze".Ale ja jestem zadowolona. Wprawdzie to, co robię nie zrobi ze mnie milionerki, ale daje mi sporo satysfakcji, a to już jest chyba plus. Gorzej byłoby, gdybym zarabiała tyle ile zarabiam i chodziła do pracy tylko z musu. Zdaję sobie sprawę z tego, że mimo wykształcenia, podejścia do obowiązków, i dyspozycyjności w moim wieku nie znajdę innej pracy, zwłaszcza takiej, która dałaby mi przede wszystkim duże pieniądze. Mam pracę, co już jest powodem do zadowolenia, w porównaniu z tysiącem innych ludzi, którzy żyją na garnuszku państwa albo umierają z głodu. Zatem, dlaczego mam być niezadowolona?

ZDROWIE

W ciągu pół wieku mojego życia 6 razy miałam spotkanie z chirurgicznym skalpelem. Nie mam połowy organów, ale żyję. Moja aktywność fizyczna jest jaka jest. Dzięki przestrzeganiu pewnych norm i reguł zdrowotnych staram się żyć tak, jak osoba, która nigdy nie miała okazji zachorować (mam na myśli poważną chorobę, nie przeziębienie). Dlaczego mam narzekać na moje zdrowie, skoro nie jeżdżę na wózku inwalidzkim, mam w miarę sprawny umysł, potrafię prawie wszystko wokół siebie (i innych) zrobić i nie jestem uzależniona od osób trzecich. Czuję się zdrowa, bo chcę być zdrowa. Narzekanie nie zwróci mi tego, co zabrały choroby.

DOM

Nie mieszkam w willi z basenem i ogrodem, chociaż bardzo bym chciała. Moje mieszkanie nie należy do super luksusowych. Mieszkam na peryferiach miasta, gdzie „diabeł mówi dobranoc”. Aby dojść do autobusu często muszę brnąć po kolana w błocie, ale lubię mój dom i moją okolicę. Mam dach nad głową, i w miarę ciepło - zimą, chociaż opał z roku na rok coraz droższy. Latem budzi mnie śpiew ptaków i zapach pól. Nie muszę nocować pod mostem ani w schronisku. Dlaczego mam narzekać?

Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność, ale po co?

Znam wiele osób, które materialnie i zdrowotnie są w dużo lepszej kondycji jak ja, ale kiedy się z nimi nie spotkam, to tylko słyszę ich chroniczne narzekania. Wszystko jest złe – pogoda zła, praca do kitu, zarobki marne, rząd do d…, państwo do d…, mąż nie taki, dzieci nie takie itd.

Omijam te osoby jak mogę, i chociaż straciłam przez to kilku dobrych znajomych, to myślę, że było warto. Jeżeli po spotkaniu wracałam przepełniona całym złem tego świata i sprawami na które nie mam absolutnie wpływu, to po co mam sobie zaśmiecać głowę?