Wraz ze zwycięstwem Solidarności skończył się priorytet zaciskania pasa i wyłoniła się przestrzeń do wybujałej konsumpcji, coraz częściej ponad stan.
Nie mów nic zabawa trwa. Te banalne słowa popularnej ongiś piosenki najlepiej oddają beztroskę postsolidarnościowych elit zarówno tych trzymających władzę jak i tych gorszego sortu usiłujących im tę władzę wydrzeć za wszelką cenę.
W Warszawie tyka nieustannie licznik prezentujący zatrważającą dynamikę narastania długu publicznego. Widoczny znak spróchniałych fundamentów państwa zainstalowano w stolicy z inicjatywy profesora Balcerowicza tego samego, który przed dwudziestoma laty uruchomił proces szalonej prywatyzacji prowadzący do bezprzykładnego zaniżenia wartości majątku narodowego.
Wraz ze zwycięstwem Solidarności skończył się priorytet dla zaciskania pasa a wyłoniła się przestrzeń dla wybujałej konsumpcji, coraz częściej ponad stan. Niestety upadająca gospodarka nie była w stanie udźwignąć ciężaru społecznych oczekiwań, więc z konieczności kolejne rządy finansowały rosnące wydatki budżetu środkami uzyskanymi z wyprzedaży majątku narodowego i emitowania papierów dłużnych.
Nowe długi rosły w milczeniu. Nagłaśniano natomiast ponad miarę ciężar długów zaciągniętych przez Edwarda Gierka nie informując o wartości majątku, jaki został wygenerowany dzięki zagranicznym kredytom przeznaczonym w lwiej części na unowocześnienie polskiej gospodarki. Nikt z wieszających psy na komunie nie zająknął się, że kosztem niskiego poziomu życia obywateli kraj spłacił wierzycielom równowartość zaciągniętych pożyczek a wielkość pozostała do spłacenia to koszty obsługi długu w postaci lichwiarskich często odsetek.
Ze spirali zadłużenia udało się wyjść dzięki z trudem wynegocjowanej rezygnacji komercyjnych banków z części zysków od powierzonych Polsce kapitałów. Patrząc na przykre doświadczenia należało powstrzymać się od ponownego zadłużania państwa, ale nowa prawie demokratyczna władza nie tylko roztrwoniła srebra rodowe, lecz nie umiała też powstrzymać rosnących żądań wpływowych grup społecznych w obawie przed utratą elektoratu, rozbudowując przy okazji biurokrację do granic absurdu.
Prorządowi ekonomiści obiecywali, że równolegle do wzrostu gospodarczego będzie się zmniejszał deficyt budżetowy. Stało się dokładnie odwrotnie. Pożyczanie pieniędzy na sfinansowanie bieżących wydatków nabrało cech systemowych. W ślad za generującym coraz większe zadłużenie budżetem państwa ochoczo poszły samorządy wydając pożyczone pieniądze na prawo i lewo, często na sfinansowanie zadań o charakterze propagandowym.
Jak się bawić to się bawić? Coraz liczniejsze i bogatsze banki po przechwyceniu całości obrotu pieniężnego z tytułu wynagrodzeń pracowniczych rzuciły się udzielać kredytu każdemu, kto zapragnął, bez sensownych zabezpieczeń. Szeroką falą wróciła zmarginalizowana przez komunę lichwa. Zaroiło się o lombardów i firm pożyczających gotówkę na drakońskich warunkach. Miejsce przegranych ideologii zajął prymitywny konsumpcjonizm, zjawisko o cechach religii bez Boga.
Wyznaniem wiary stało się kupowanie a świątyniami ogromne sklepy pełne towarów w większości naznaczonych cechami zbędnego balastu. W stosunkach miedzy ludzkich dawną rzetelność zastąpiło cwaniactwo a wyłudzenie awansowało do rangi metody prowadzenia działalności gospodarczej.
Co stało się etosem, który przyświecał przed laty koalicji, która zapoczątkowała demontaż światowego systemu komunistycznego? Kto dziś jest depozytariuszem ideałów, które legły u podstaw potężnego zrywu społecznego z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku?
Na pewno nie Kościół zafascynowany posiadaną władzą i uwikłany w gromadzenie dóbr doczesnych. Na pewno nie historyczni przywódcy Solidarności, którzy po latach obrośli w tłuszczyk i są wyobcowani z ludu wcale nie mniej niż przywódcy partyjni, których obalili.
To może dźwigają etos wzbogaceni gdańscy liberałowie? A może dziennikarze karmiący się skandalami albo tysiące celebrytów zaludniających miliony telewizyjnych okienek i okładek kolorowych czasopism. Nie mów nic, dobrze jest zabawa trwa. O, sancta simplicitas!