Steve Jobs - biografia która nie pozwala pozostać obojętnym.

Obowiązkowa lektura dla każdego kto myśli właśnie o swojej firmie, projekcie czy nowej wizji....

 

 

Po raz kolejny już przeczytałam biografię Steva Jobsa i poczułam, że muszę przelać na ekran kilka nieustępliwych myśli. Czytam nie tylko o Jego geniuszu ale również o wszystkich Jego wadach, uporze, zajadłości i czuję, że go lubię i rozumiem. To oczywiście jest dużo łatwiejsze teraz, kiedy umarł. Śmierć jest jak filtr który zamienia irytację w wyrazistość pozwalając na dostrzeżenie wszystkiego co stanowi drugą i trzecią warstwę człowieka, warstwę której zazwyczaj na skutek wad Jego codzienności nie umiemy dostrzegać za życia.

A biografia Jobsa jest jak chwile z reklamy - bezcenna.

Opis Jego "pola zniekształcania rzeczywistości" oraz firmy jaką stworzył wpisując w nią tak silnie swój kod genetyczny stają się w moich oczach obowiązkową lekturą dla każdego kto myśli właśnie o swojej firmie, projekcie czy nowej wizji....

Nie był wzorem szefa ani może nawet człowieka, z pewnością nie był gotowym przykładem do naśladowania. Prześladowany przez swoje demony potrafił doprowadzić do furii bądź rozpaczy ludzi którzy go otaczali. Gwałtowny choć wrażliwy, bezlitosny choć sentymentalny, porywający choć pełen wad - a jednak czytając tę biografię znalazłam w jego decyzjach dziesiątki chwil które zmusiły mnie do refleksji, które otworzyły mi oczy na masę własnych wad i co ważniejsze niewykorzystywanych możliwości...

W Jego obecności rzeczywistość była zmienna. Potrafił namówić każdego do wszystkiego. Niebezpiecznie było wpaść w to pole zniekształcania rzeczywistości będące niepojętym połączeniem charyzmatycznej retoryki, niezłomnej woli i skłonności do naginania faktów tak aby służyły bieżącym celom. Coś na wzór mechanizmu unikania faktów i odrzucania rzeczywistości. Coś co wbrew jakiemukolwiek rozsądkowi pozwalało mu przekonywać innych aby wierzyli w Jego wizję. A jeśli rzeczywistość nie przystawała do Jego woli - ignorował ją....

Uważał siebie za artystę i zachęcał wszystkich aby również tak na siebie patrzyli. Potrafił tchnąć w pracowników Apple trwałą pasję do tworzenia produktów przełomowych i wiarę w to że są w stanie dokonywać niemożliwego. I tak z silnej potrzeby zaimponowania mu przekraczali własne granice.... Tylko On potrafił logicznym informatykom przedstawić konkurowanie z IBM-em jako "duchowe zmagania" i osobliwą krucjatę o innowacyjność, wolność kreacji i swobodę nowatorskiej otwartości na zmiany.

Budował zespół ludzi twórczych, wściekle inteligentnych i z żyłką buntownika. Swoistą "jednostkę specjalną"  wykonującą super-ważne zadania. Mówił o nich - architekci idei i wierzył, że są odzwierciedleniem tego co robią a Jego wiara dodawała im skrzydeł...

Nie przetrwamy jeśli nie staniemy się chociaż trochę szaleni - powtarzał każdego dnia.

Założenie do pierwszej reklamy Apple po jego powrocie do firmy brzmiało : Za tych co szaleni. Za odmieńców. Buntowników. Awanturników. Niedopasowanych. Za tych, co patrzą na świat inaczej. Można się z nimi nie zgadzać, wysławiać lub zniesławiać - ale nie można ich ignorować. Bo to oni zmieniają świat i popychają ludzkość do przodu. I choć niektórzy mogą widzieć w nich szaleńców, my (Apple) dostrzegamy w nich geniusz. Ponieważ tylko ludzie wystarczająco szaleni by sądzić, że mogą zmienić świat naprawdę go zmieniają....

Autor : 4kropki.blog.onet.pl

 

 

Źródło: http://4kropki.blog.onet.pl

Licencja: Creative Commons - bez utworów zależnych