Socjalizm jako wypaczenie chrześcijaństwa

fa5629ac3c4b5919d9c3b08108667d1b.jpgTeologia uczy, że Szatan me może nic stworzyć - potrafi jedynie małpować dzieła boskie, kopiować je i przepoczwarzać. Jeśli więc ktoś wierzy w istnienie Szatana - a taka wiara na pewno nie jest bardziej śmieszną, niż wiara w istnienie Boga - to za typową dla niego robotę uznać musi socjalizm, będący przecież niczym innym, niż przepoczwarzeniem chrześcijaństwa.

Każde z haseł socjalistów, każda głoszona przez nich idea wydaje się być zaczerpniętą z Ewangelii - i każda różni się od tego wzorca w jakimś szczególe, z pozoru drobnym, a w istocie zmieniającym dobro w zło. Ewangelia błogosławi ubogich, ostrzega bogaczy, że trudno im będzie - jako nazbyt przywiązanym do swego dobytku - wejść do Królestwa Niebieskiego. Zaleca zatem bycie „ubogim w duchu” i udzielanie jałmużny.

 

Pominąwszy warstwę metafizyczną i kwestię nagrody w życiu pozagrobowym, socjaliści mówią z grubsza to samo. Idą tylko odrobinę dalej: przyznają ubogim prawo, by jałmużnę wzięli sobie sami - jeśli się nie da inaczej, to i siłą.

Pisze tu “socjalizm” i “socjaliści”, ale w gruncie rzeczy sprawa dotyczy wielu orientacji ideowych, w mniejszym lub większym stopniu czerpiących z myśli lewicy. Stosunek do problem ubóstwa wydaje się identyczny także u chadeków czy różnej maści pseudo-konserwatystów w rodzaju lewego skrzydła amerykańskich republikanów albo naszej “prawicy”. Różnice pomiędzy nimi nie dotyczą zasadniczych założeń a jedynie stopnia radykalizmu w ich egzekwowaniu.

 

Komuniści twierdzili, że biedni powinni bogatych własnoręcznie pozarzynać i podzielić ich dobro pomiędzy siebie; socjaliści - że wystarczy im wybrać swoich przedstawicieli do parlamentu, a ci już ustalą tak mordercze podatki, przeznaczone na tak szerokie subwencje, że po pewnym czasie nikt nie będzie bogatszy od bliźniego swego.

 

Zdaniem chadeków, owo zabieranie bogatym należy ograniczyć, a wspierać tylko naprawdę biednych (ale jakich kryteriów użyć? - amerykański biedak jest wszak w oczach Etiopczyka Krezusem!), zaś postępowi soc-liberałowie skłonni bywają zorganizowaną „redystrybucję dochodów” motywować potrzebą stabilizowania gospodarki.

W sumie jednak za każdym razem chodzi o to samo - o uczynienie ewangelicznej zasady miłości bliźniego przymusem. Proszę zwrócić uwagę, że wszelkiej maści lewacy niczego nigdy nie nienawidzili tak bardzo, jak… dobroczynności.

Filantropia dziewiętnastowiecznych mieszczan mierziła i ojców - założycieli bolszewii i poetów pokroju Jakuba Brela. Fakt, że ktoś, kto dorobił się majątku, z własnej woli wspiera biednego, doprowadza lewicowców do furii. Jałmużna ich zdaniem tego, kto ją bierze, upokarza, a wszak w istocie po prostu się ona ubogiemu należy!

 

U podstaw wszystkich tych ideologii legło założenie identyczne, jak to, które zrodziło naukę Chrystusa - uczynić świat lepszym.

Zdefiniować trapiące go zło nie jest oczywiście trudno, znaleźć środki zaradcze - z pozoru jeszcze łatwiej. Świat byłby rajem, gdyby ludzie nie czynili zła, lecz dobro (prawda, jakie to proste?). Spójrzmy teraz, jak niewiele różni naukę chrześcijańską od poprawiania świata metodami świeckimi.

Otóż chrześcijaństwo każe po pierwsze, czynić dobro samemu - po drugie zaś namawiać innych, by je czynili. Od czasów oświecenia natomiast cywilizacja europejska zaczęła skłaniać się ku rozwiązaniu z pozoru skuteczniejszemu:

 

Czynienie dobra należy po prostu nakazać! Zmusić tych cholernych bogaczy, by się dzielili z ubogimi swoim dostatkiem, a który by nie chciał, to go w łeb!

Ów sposób myślenia dotyczy zresztą nie tylko kwestii ubóstwa i przymusowej jałmużny. Przecież i bez nędzy świat jest pełen cierpienia. Jakże szlachetną rzeczą wydaje się mu zapobiec! A jeśli owo cierpienie jest skutkiem popełnionego błędu? Ano - niech mi kto powie, że nie jest to szatańskim podszeptem! - należy uniemożliwić ludziom popełnianie błędów. Dla ich własnego dobra.

Nie jest to niczym innym, niż odbieraniem człowiekowi wolnego wyboru - a więc najbardziej podstawowego z praw, jakimi go Stwórca obdarzył i fundamentu jego wolności. Rzeczywiście, gdyby nie ów wolny wybór, nie byłoby przecież zbrodni, wojen i wszelkich innych plag ludzkości.

(Nawiasem mówiąc, jest to chyba główny zarzut stawiany Bogu przez ateistów - że dopuszcza do zła, zamiast stworzyć ludzkość złożoną z dobrotliwych kukieł).

 

Wszystkie społeczeństwa od czasów pogańskich starały się uniemożliwić człowiekowi wyrządzanie krzywdy innym - ale uniemożliwić mu wyrządzanie zła samemu sobie stało się dopiero hasłem czasów najnowszych.

Tkwimy stale w konkretach, w codziennym użeraniu się z lewicowymi publicystami i politykami, w ripostowaniu na rozmaite ich zagrywki. Czasem - sądzę - warto się od tego oderwać i przypomnieć sobie, dlaczego właściwie swoją pracę wykonujemy. Nawet jeśli ma to być praca beznadziejna - nie taję, że czasem taką się wydaje - wykonywać ją trzeba, bo wynika z wiary w sprawy najważniejsze, wiary, bez której żyć można, ale nie warto.

Świat roi się od facetów, pragnących poprawić spaprane ich zdaniem dzieło Stwórcy. Jesteśmy od nich znacznie skromniejsi, i zarazem odważniejsi - pragniemy wyłącznie, aby wszystko wyglądało tak, jak sobie tego Stwórca zażyczył. Ze wszystkimi konsekwencjami - również tymi przykrymi…

 

Źródło: Rafał Ziemkiewicz