Smarzowski i Polaków problem własny

Pilch – a za nim, choć w zupełnie inny sposób – Smarzowski pokazują wielkie polskie wyparte. Alkohol.

 

Pilch – a za nim, choć w zupełnie inny sposób – Smarzowski pokazują wielkie polskie wyparte. Alkohol.

Spróbujcie kiedyś zabawić się w antropologa i jak Malinowski uprawiać obserwację uczestniczącą wśród tubylców. To znaczy: wśród pijących Polaków.

Grill, 14, piwo na nikim nie robi wrażenia. Podobnie w scenerii górskiej: na szlaku wyciągamy piwo i hejże na wysokie szczyty. Kiedy zapytasz tubylca, dlaczego pije alkohol, zdziwi się: „Jaki alkohol? Przecież to tylko piwo!”. Tylko piwo  jest uznawane za taki sam napój jak herbata czy sok: po prostu jest tańsze w knajpach. Popijane cały boży dzień nikomu przecież nie szkodzi: przecież nikt się nie upija piwem!

Sytuacje codzienne to jedna rzecz, druga to imprezy. Wejdźmy znów w środowisko tubylców. Abstynenci tu nie występują. Jeśli się odważą, spotykają się w ostracyzmem („Boże, nie pije na ślubie własnej siostry…”). Abstynent dla pijących nie jest neutralną postacią: jest wrogiem, bo zabiera im przyjemność z picia. Dlaczego? Bo odważa się pokazać, że umie robić to samo, co oni (tańczyć, rozmawiać, dobrze się bawić) zupełnie bez alkoholu. Jak to? Jego inność mąci obraz alkoholowej sielanki, nawet jeśli ów odszczepieniec nic nie robi. Jego soki i herbaty budzą złość.

b53a4b6b6d6a00d1b6f1ed8ba8eccbec.jpg

Sposób, w jaki Pilch w "Pod mocnym aniołem" ukazał alkoholizm, ma w sobie coś z tragifarsy: mimo rozpoznania cierpienia i bólu głównego bohatera zachwyca nas jego deliryczno-braokowa fraza, pijacka błyskotliwość, czarny humor straceńca. Jednak dopiero film Smarzowskiego i potężna kampania marketingowa wokół niego rozpętała dużą dyskusję nad problemem alkoholowym w Polsce.

Smarzowski bowiem w swojej adaptacji Pilcha nie chce wierzyć narracjom bohatera: nie chce widzieć w butelce koloru uda kubańskiej dyskobolki, nie chce wskazywac na zażegnywanie fenomenu obojętności świata, nie dba o erotyczne uniesienia. Próbuje pokazać chorobę: zarzygane twarze, obesrane majtki i cierpienie. Wątpi też w romantyczno-optymistyczne zakończenie książki: czy miłość może realnie ocalić?

Rzecz w tym, powiada Smarzowski, że alkoholizm przenosi nas w inny świat, w zupełnie odmienną rzeczywistość, która rządzi się prawami niezrozumiałymi dla niepijącego. Nie można ich pojąć. Skoro nie ma komunikacji jak może zaistnieć prawdziwa miłość?

Reżyser pokazuje fizjologię choroby i sposób, w jaki separuje ona jednostkę od życia. Jest w nim może nawet coś z subtelnej agitki, ale przede wszystkim poważny zarzut w kierunku naszej kultury: czy sposób, w jaki pokazujemy alkohol i alkoholizm nie jest wielkim zakłamaniem? Czy nie upiększamy go notorycznie, by maskować jego przerażające dno?

Smarzowskiemu zarzuca się często epatowanie obrazami Polski pijącej, ale może w tym właśnie jest metoda zbiorowej terapii: odrzeć polskie picie, picie w ogóle, z otaczających je osłonek. Pokazac je w przerażającej prawdzie.