Ślepa kura też dzióbie -

- i nawet czasem trafi na nie byle jakie ziarno.

 

e9740997287054609097b8318eb8b873.jpg


Wałbrzyska lekcja dla wyborców

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    11 sierpnia 2011

*

Wybory na prezydenta Wałbrzycha zakończyły się zwycięstwem popieranego przez Platformę Obywatelską pana Romana Szełemeja, który zdobywając ponad 60 procent głosów, wygrał je już w pierwszej turze. To, że któryś z czterech kandydatów te wybory wygra, było poza wszelką wątpliwością, a w tej sytuacji największą troską ultrasów demokracji, zarówno na miejscu, w Wałbrzychu, jak i w całym naszym nieszczęśliwym kraju, stała się frekwencja wyborcza. Ilu ludzi pójdzie głosować. Z punktu widzenia prawnego nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ nasi Umiłowani Przywódcy przezornie nie uzależnili ważności wyborów od frekwencji. Byłyby one zatem ważne również wtedy, gdyby do głosowania nie poszedł nikt, z wyjątkiem samych kandydatów z rodzinami. Wtedy oczywiście wygrałby posiadacz liczniejszej rodziny, a nie głosiciel najbardziej zbawiennego programu, to jasne. Oczywiście to jest możliwość czysto teoretyczna, bo zmiana na stanowisku prezydenta miasta pociąga za sobą ruch kadrowy od samej góry, aż do samego dołu, więc osób bezpośrednio zainteresowanych wynikiem jest znacznie więcej. Do tego dochodzą osoby zainteresowane pośrednio. Jak tam jest w Wałbrzychu, to nie wiem, ale myślę, że podobnie, jak gdzie indziej - a gdzie indziej po wyborach jest tak, że jedni ludzie zaczynają odbierać niezliczone i przymilne telefony, podczas gdy innym ludziom telefony głuchną.

Jedne damy zamawiają prenumeratę „Twojego stylu” - żeby wiedzieć z większą niż dotąd pewnością siebie, jak zachować się podczas rautów, gwautów i tym podobnych uroczystości, no i czy łyżeczki kłaść z prawej strony, czy też w poprzek, przed filiżanką. Wprawdzie wiadomo, że takie rzeczy wszyscy wiedzą, ale co to komu szkodzi swoją wiedzę skonfrontować i w ten sposób nabrać jeszcze większej pewności? Więc jedne damy zamawiają prenumeratę „Twojego stylu” i uczą się jeść bezę, a inne z prenumeraty rezygnują, przestają się pielęgnować, tyją i głupieją. A przecież na tym nie koniec, bo jedne przyjaciółki szykują się do objęcia pierwszorzędnych posad w sektorze publicznym, a nawet prywatnym - ale kontrolowanym przez władze publiczne, podczas gdy inne przyjaciółki przeliczają uciułane kapitały i robią przegląd znajomych w poszukiwaniu nowych przyjaciół. Zwłaszcza tych, którzy prawie mają już w kieszeni koncesje na hurtownie spirytusu, czy jakieś zamówienia publiczne - najlepiej z finansowym udziałem Unii Europejskiej. W takiej sytuacji nic dziwnego, że o frekwencję można się nie martwić; zawsze ktoś tam na wybory pójdzie zwłaszcza w sytuacji, gdy na skutek walki z biurokracją, jaką wszystkie rządy nieubłaganie prowadzą, liczba urzędników - a więc osób bezpośrednio lub pośrednio uzależnionych od wyborów - nieustannie rośnie i jak ten trend nadal się utrzyma - a nic nie wskazuje na to, by miał się załamać - to wkrótce na jednego płatnika podatków przypadnie jeden urzędnik i jeden emeryt. Co się będzie wówczas działo w naszym nieszczęśliwym kraju - to jest w stanie przewidzieć tylko kolega Ikonowicz, płomienny prorok rewolucji socjalnej, która zgodnie z nieubłaganymi prawami rozwoju, jakie ponad 160 lat temu wykryła słynna spółka dialektyków Marks&Engels (dzisiaj Marks&Spencer) - musi nadejść.

Że „musi”, to jasne, problem tylko - kiedy. Czy - mówiąc inaczej - do rewolucji socjalnej zdążymy jeszcze dożyć, by przekonać się po raz kolejny o słuszności spostrzeżenia propagowanego w Hitlerjugend, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, czy raczej tego eksperymentu już nie przeżyjemy. Swoją drogą warto byłoby kiedyś, w wolnej chwili policzyć, ilu to ludzi rewolucja socjalna wzmocniła, a ilu pogrążyła w niebycie; Aleksander Sołżenicyn twierdził, że tylko w XX wieku eksperyment komunistyczny pociągnął za sobą co najmniej 100 milionów ofiar, a więc znacznie więcej, niż bratni eksperyment nazistowski. Kiedy jednak uzmysłowimy sobie, że na świecie jest co najmniej 6,5 miliarda ludzi, to przestajemy się dziwić, że amatorów rewolucji socjalnej żadne głupie 100 milionów nie jest w stanie skonfundować, bo nie ma takich ofiar, których nie można by ponieść dla świetlanej przyszłości - zwłaszcza gdy doświadczenie życiowe poucza nas, iż zawsze umiera kto inny.

Więc w perspektywie zbliżającej się nieubłaganie rewolucji socjalnej wybory w Wałbrzychu, podobnie jak jesienne wybory parlamentarne nie warte byłyby nawet splunięcia, gdyby nie jedna okoliczność, która skłoniła mnie do zajęcia się tym problemem. Otóż wybory w Wałbrzychu były przedterminowe, ponieważ okazało się, że poprzednim wyborom towarzyszyła korupcja. Polegała ona na tym, że kandydaci mieli kaptować sobie poparcie elektoratu kupując wyborcom piwo, czy wódkę z zakąską, a nawet - w co już nie wierzę - wręczając im drobne kwoty pieniężne. Zostało to wykryte, a w związku z tym odkryciem trzeba było wybory przeprowadzić ponownie.

Przyznam się, że zupełnie nie rozumiem - dlaczego. Czynne prawo wyborcze jest uprawnieniem obywatela, który może z niego skorzystać, albo nie. Jeśli decyduje się z niego skorzystać, to może uczynić to według własnej woli i nie tylko w sposób przewidziany przez prawo, ale również - według własnej pomysłowości. Wprawdzie ordynacja wyborcza expressis verbis zakazuje kupowania głosów na przykład za pieniądze lub piwo czy wódkę, ale w moim przekonaniu taki zakaz jest niekonstytucyjny, bowiem stanowi niedopuszczalną ingerencję państwa w sferę prawa podmiotowego obywatela. Jestem absolutnie przekonany, że wprowadzenie do ordynacji wyborczej zakazu kupowania głosów jest podyktowane nikczemnym pragnieniem Umiłowanych Przywódców, by wyborcy z czynnego prawa wyborczego nie mogli odnieść żadnej korzyści, podczas gdy oni z biernego mogli odnosić korzyści nieograniczone. Jest to łajdactwo w postaci czystej, ale mniejsza już o to, bo o kwalifikacjach moralnych naszych Umiłowanych Przywódców od dawna mamy opinię ugruntowaną - ale taka asymetria jest jaskrawym i rażącym naruszeniem zasady równości obywateli wobec prawa; dlaczego jedni z czynnego prawa wyborczej nie mogą odnieść żadnej korzyści, podczas gdy inni swoje bierne prawo wyborcze mogą bez żadnych ograniczeń komercjalizować?

Gdyby nasz nieszczęśliwy kraj rzeczywiście był państwem prawnym, ta asymetria już dawno zostałaby zlikwidowana, ale w obecnej sytuacji próżno marzyć, by Trybunał Konstytucyjny odważył się na takie zuchwalstwo. A przecież oprócz prawno-konstytucyjnego aspektu sprawy, ma ona również swój aspekt cywilno-prawny, a nawet - moralny. Oto kodeks cywilny, podobnie jak i karny, piętnuje wykorzystywanie podstępu albo czyjegoś przymusowego położenia do nakłonienia go do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Per analogiam można by zastosować to do wymuszania niekorzystnego rozporządzenia własnymi prawami. Bo przecież ci, którzy swoje czynne prawo wyborcze komercjalizują na poczekaniu w zamian za piwo lub wódkę z zakąską, a najlepiej - jakąś sumę pieniędzy - zachowują się nieporównanie racjonalniej od tych, którzy zadowalają się wyborczymi obietnicami. Szczerze mówiąc, ci, którzy zadowalają się wyborczymi obietnicami, to po prostu durnie tout-court, podczas gdy ci, którzy próbują ominąć łajdacki zakaz i swoje czynne prawo wyborcze na poczekaniu komercjalizują jeszcze przed głosowaniem, robią z niego zdecydowanie lepszy użytek. Mają z tego przynajmniej piwo, wódkę z zakąską, a nawet jakąś drobną kwotę pieniężną, podobną do tej, jaką w swoim czasie można było uzyskać ze sprzedaży świadectwa udziałowego, wydawanego w następstwie ustawy o narodowych funduszach inwestycyjnych i ich prywatyzacji - o której sam pan Janusz Lewandowski delikatnie mówił, że była „niewypałem”, podczas gdy tak naprawdę była gigantycznym przekrętem. Praworządni zaś obywatele nie mają ze swojego czynnego prawa wyborczego dosłownie nic - bo czyż poddanemu ustąpi pragnienie, jeśli król, czy dajmy na to - nawet prezydent miasta się za niego napije?

Stanisław Michalkiewicz


e8282626e2739f4959745ba0424b71e1.jpg

 

 

Autor: Stanisław Michalkiewicz

Licencja: Domena publiczna