Sąd nieostateczny

Każdy z nas boi się śmierci. Ja też się bałem. Ale teraz już nie. Dedykuję mistrzowi gatunku, mojemu Przyjacielowi HUSSAIROWI.

 

Budziłem się powoli, zupełnie jakbym z głębi trzęsawiska wydobywał się na powierzchnię, niemrawo poruszając kończynami. Poczułem, że mam otwarte oczy i przerażająca myśl przemknęła mi przez głowę, wybitnie przyspieszając proces dochodzenia do świadomości:

– Jezu! Nie! Oślepłem!?

Nawet w najczarniejszej, najgłębszej nocy jakieś resztki odbitego promienia gwiazdy, poblasku chmur dają się zauważyć.

A tu nic!

Jednocześnie czułem powiew wiatru na policzku, zapach trawy i woń kwiatów, więc nie mogłem być w jaskini albo jakiejś piwnicy, gdzie czerń otaczająca mnie wokół byłaby wytłumaczona.

– No to koniec – chlipnąłem. – Nigdy więcej czytania, widoku obłoków, ekranu komputera, obrazów Malczewskiego...

Poczułem łzę spływającą mi po policzku.

W tejże chwili, w tej przerażającej, czarnej pustce wokół rozległ się GŁOS. Był wszechogarniający, potężny niczym Dzwon Zygmunta, onieśmielający, groźny i łagodny zarazem.

– I co ja mam z tobą zrobić? – zapytał GŁOS, zapewne retorycznie. – Zasadniczo, wcale tu nie powinieneś jeszcze być... A ściślej: nie ty...

Wysiliłem wszystkie zmartwiałe ze strachu szare komórki i w olśniewająco szybkim procesie dedukcji pojąłem: jestem u bram raju! Stąd ten zapach traw i kwiatów i miły wietrzyk. A ciemność pewnie z piekła rodem! Dobrze jeszcze, że żadna smoła nie bulgocze.

Ale jak umarłem? Co się stało? Dlaczego przedwcześnie? Żadne wspomnienie nie rozjaśniało ciemności, że użyję takiej niejasnej metafory.

Zdecydowałem się podjąć negocjacje.

– To może wrócę? – zasugerowałem nieśmiało. Nikomu nie powiem, obiecuję...

– Jestem pewien, że nie powiesz - w GŁOSIE z pewną ulgą usłyszałem nutkę rozbawienia. Wspaniale! Może uda się go rozśmieszyć i mnie puści do domu?

W tym momencie przypomniało mi się moje życie. No, może nie całe, jak to w książkach piszą, ale przynajmniej najważniejsze jego części. Żona, na którą już nawet patrzeć nie mogę, teściowa z jej wiecznym wtrącaniem się i obliczem starej ropuchy, rozwydrzone bachory wysysające jak pijawki resztki moich sił i nerwów. Nie wspominając o pieniądzach.

A dalej – wredny lizus Kazio, który wiecznie włazi w tyłek temu idiocie szefowi. I nigdy nie zaniedbuje oczerniania mnie...

– I właśnie dlatego – zagrzmiał GŁOS - jesteś tutaj. Już za życia przechodziłeś piekło. A przynajmniej czyściec.

Oj, niedobrze, pomyślałem. Wygląda na to, że GŁOS czyta w myślach... I od razu przypomniało mi się, jak świsnąłem ojcu dychę, żeby iść na lody, a w liceum uwiodłem Kryśkę, twierdząc, że się z nią ożenię, choć nie miałem najmniejszego zamiaru. Chociaż – rozgrzeszyłem się w myślach – na te jej cycki, to nawet święty by poleciał!

ae5c04857d56c0063f5addcd8a8e9683.gif

– Grzeszysz! – zawył GŁOS, a ja zmartwiałem cały. Już też nie miałem kiedy przypominać sobie o biuście Kryśki! Poczułem jakby zapach rozgrzanej smoły...

– Zdaje ci się. Już od dawna nie używamy paliw stałych. Gaz jest bardziej ekonomiczny. A od czasu kiedy podjęliśmy wydobycie z łupków, to naprawdę niedrogo wychodzi...

– Jak to „my”? To, przepraszam, z kim rozmawiam? Myślałem, że z Bogiem?

– Zgadza się. To ja - w GŁOSIE wyraźnie usłyszałem nutkę samozadowolenia.

– Ale ja sądziłem, że smoła, to znaczy gaz do piekła, to raczej Lucyfer...

– Ha! ha! ha! – w śmiechu było jednak coś diabolicznego – przecież od samego początku wiadomo, że JAM JEST WSZYSTKIM. A skoro wszystkim, to także i Szatanem! Rozumiesz - zniżył GŁOS - typowe rozdwojenie jaźni, ale to tak: między nami.

W tym momencie przypomniałem sobie jeszcze coś i aż skóra ścierpła mi na grzbiecie. Przecież jestem ateistą! Całe życie wojowałem z klerem i kościołem!

– Ja też ich nie lubię – GŁOS zszedł aż do konfidencjonalnego szeptu, co i tak brzmiało jak dźwięk armat pod Austerlitz. Albo pod Stoczkiem.

– Te klechy do szału mnie doprowadzają - ciągnął GŁOS. – Co bym nie powiedział, to zaraz przekręcą po swojemu, pomataczą i na koniec zawsze wychodzi, że same sprzeczne prawa ustanowiłem. Ja mówię „kochajcie się i rozmnażajcie”, a oni „celibat”, Ja „nie kradnij”, a oni...

Obaj zafrasowaliśmy się głęboko...

– No trudno – usłyszałem po chwili. – I tak na poczekaniu tego nie zmienię. Gorzej, że nie wiem, co z tobą zrobić. Zasadniczo, to wysłałem Śmierć po twoją żonę, a nie po ciebie. Ale ta cholerna Kostucha znowu gdzieś zachlała po drodze i pomyliła osoby. Trzeba to będzie naprawić...

– A dlaczego moja żona? Przecież jeszcze w kwiecie wieku – spytałem zaskoczony.

– No tak, ty tego nie wiesz... To ona na spółkę z twoją teściową uwarzyły wyciąg z muchomora, tojadu, belladony, szaleju i wilczej jagody i podały ci w piwie, które wypiłeś przed snem. Można powiedzieć „snem wiecznym” – zażartował GŁOS.

– No, dobra – podjął po chwili – zjeżdżaj z powrotem. I żebym cię tu nie widział przynajmniej z pół wieku!

– Obiecuję, że nikomu nie powiem – zdążyłem jeszcze krzyknąć.

– A mów, sobie, mów. I tak ci nikt nie uwierzy...

* * *

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się wokół. Od płomyczków zapalonych gromnic, szedł ciepły powiew, a trumna wydała mi się zdecydowanie za krótka. Na dodatek, kiedy jej się bliżej przyjrzałem, stwierdziłem, że jest tandetnie wykonana i ledwo tknięta lakierem. „No, proszę” pomyślałem „ta larwa sknerzy nawet na mojej śmierci!”.

Jednym szybkim ruchem uniosłem się do pozycji siedzącej. Zgromadzeni żałobnicy zamarli ze zgrozą w oczach. Nawet ksiądz, stojący z kropidłem w ręku zbielał jak płótno.

A moja małżonka fajtnęła na wznak! I nie pomogła reanimacja. Tym razem Kostucha się nie upiła.

 

Kiedy już policja zabrała teściową, a obsobaczone należycie dzieci solennie obiecały poprawę i poszły spać, zadzwoniłem do Kryśki, której jeszcze piękniejszy niż go zapamiętałem, biust rzucił mi się w oczy zaraz po zmartwychwstaniu.

– Nie wpadłabyś na drinka? Poradzisz mi, co mam – jako wdowiec – zrobić z dalszym życiem. Może się znów ożenię...