Różaniec rozważania

Maria Valtorta. Rozważania Syna Jezusa o Maryi

 

img-0079-3.jpg

1. Zdrowaś Maryjo
2. Łaski pełna
3. Pan jest z Tobą
4. Błogosławionaś miedzy niewiastami
5. Błogosławiony owoc żywota Twojego
6. Teraz i w godzinie śmierci
7. Maryja ewangelizowała uśmiechem
8. Kontemplować Maryję
9. Cała piękna
10. Miasto Dawida
11. Z Nazaretu do Betlejem
12. Znak światłości
13. Miłować Maryję
14. «A Jego ojciec i Matka dziwili sie...» (Łk 2,33)
15. «Któż jest Moją Matką?» (Mt 12,48)
16. Moje Dzieciątko
17. «Mamo!» - «Synu!»
18. «Niewiasto, oto syn Twój!» (J 19,26)
19. Drugi pocałunek Ducha
20. Wspomnienie w bólu o radości Bożego Narodzenia
21. Nazywajcie Mnie „Mamą"!
22. «Niewiasto, cóż nam odtąd do Siebie?» (J 2,4)
23. «Nowa Ewa była we wszystkim posłuszna Bogu»
24. «Ja, Maryja, miałam udział w odkupieniu niewiasty dzięki Memu Boskiemu macierzyństwu...»
25. Maryja może być nazwana drugorodną Córką Ojca
26. «Bedąc bez skazy, nie została nigdy pozbawiona wspomnienia Boga...»
27. «Jej dusza ukazuje się piękna i nieskalana, jaką była w zamyśle Ojca




Zdrowaś Maryjo...

Mówi Jezus:
«„Zdrowaś, Maryjo". Błogosławione te usta i te kraje, w któ­rych się mówi: „Zdrowaś, Maryjo".

Zdrowaś: pozdrawiam cię. Od najmłodszego do najstarszego, od dziecka do rodzica, od podwładnego do zwierzchnika, [wszys­cy] zobowiązani są - według zasad ludzkiego wychowania - wy­powiadać pozdrowienie często, z należnym szacunkiem, z miłoś­cią, stosownie do okoliczności. Mój brat nie może więc odmówić aktu miłości i szacunku wobec Mamy doskonałej, którą posiada­my w Niebie.

Zdrowaś Maryjo - to pozdrowienie oczyszczające usta i serce. Nie można bowiem wypowiadać tych słów świadomie i z uczu­ciem, a nie odczuwać, że stajemy się lepsi! Jest to jak przybliże­nie się do źródła anielskiego światła i do oazy rozkwitłych lilii.

Zdrowaś - to słowo anioła wolno wam wypowiedzieć, żeby pozdrowić Tę, którą z miłością pozdrawiają Trzy wieczne Osoby. To wołanie zbawia. Miejcie je coraz częściej na ustach. Jednak niech to nie będzie bezwiedne poruszanie [wargami], w którym nie uczestniczy dusza, lecz poruszenie ducha pochylającego się przed królewską godnością Maryi i kierującego się w stronę Jej matczynego serca.

Gdybyście potrafili w szczerości ducha wypowiedzieć te słowa - choćby tylko te dwa wyrazy - bylibyście lepsi, bardziej czyści i bardziej miłosierni. Oczy waszego ducha byłyby wtedy skierowa­ne na Maryję i dzięki tej kontemplacji Jej świętość weszłaby do waszych serc. Gdybyście umieli [dobrze] je wypowiadać, nie by­libyście nigdy zrozpaczeni. Maryja jest bowiem źródłem łaski i miłosierdzia. Drzwi Boskiego Miłosierdzia otwierają się nie tylko wtedy, gdy popycha je ręka Mojej Matki, lecz już wtedy, gdy Ona ogarnie je prostym spojrzeniem.

Ponownie powtarzam: błogosławione usta i kraje, w których mówi się: „Zdrowaś, Maryjo", ale wypowiada się te słowa tak, jak należy. Jeśli bowiem prawdą jest, że Boga nie można wyszydzić, tak prawdą jest również i to, że Maryi nie da się oszukać.

Pamiętajcie zawsze, że Ona jest Córką Ojca, Matką Syna, Ob­lubienicą Ducha Świętego i że Jej zjednoczenie z Trójcą jest doskonałe. Dlatego posiada od Swego Pana moc, inteligencję, mądrość. I posiada te [dary] w całkowitej pełni.

Daremne jest przychodzenie do Maryi z duszą splamioną zep­suciem i nienawiścią. Ona jest waszą Matką i wie, jak leczyć wa­sze rany. Chce jednak, żeby było w was przynajmniej pragnienie wyleczenia się z nich.

Czemu służy uciekanie się do Maryi, Najczystszej, jeśli - od­chodząc od Jej ołtarza lub kończąc wymawiać Jej imię - oddala­cie się i popełniacie grzech ciała lub wypowiadacie słowo prze­kleństwa? Jaką ma wartość zwrócenie się do Maryi, do Miłosier­nej, jeżeli zaraz po tym lub nawet w tym samym czasie macie w sercu gorycz, a na ustach - przekleństwa dla braci? Jakże może wam zapewnić zbawienie ta Wybawicielka, jeżeli niszczycie je swą zepsutą wolą?

Wszystko jest możliwe dla Bożego Miłosierdzia i dla mocy Maryi. Po co jednak narażać na niebezpieczeństwo życie wiecz­ne, czekając na wykazanie dobrej woli skruchy [dopiero] w go­dzinie śmierci? Czyż nie byłoby dobrze - bo przecież nie wiecie, kiedy zostaniecie wezwani pod Moje drzwi - być przez całe życie prawdziwymi przyjaciółmi Maryi i posiadać dzięki temu gwaran­cję zbawienia?

Przyjaźń z Maryją - powtarzam to - jest przyczyną doskonałości. Wlewa bowiem ona i przetacza cnoty wybranej Przyjaciółki, którą Bóg nie wzgardził i dał wam jako ukoronowanie dzieła odkupienia [dokonanego przez] Swego Syna. Ja, Chrystus, zba­wiłem was Bólem i Krwią; Ona, Maryja - Bólem i Swoim pła­czem, a chciałaby was zbawić Swoją miłością i uśmiechem.»

 

Łaski Pełna...

Mówi Jezus:
«„Łaski pełna". Bóg nie posłał Swego anioła, żeby powiedział „Zdrowaś" tylko do Maryi. Bóg i was pozdrawia, drogie dzieci, okazując wam Swoje względy. On przysyła wam przez aniołów Swe święte natchnienia. Bóg otacza was Swoimi błogosławieńst­wami od poranku do zmierzchu i od zmierzchu do rana. Bez przerwy otaczają was myśli Boże, pełne miłości i przewidującej troskliwości.

Dlaczego więc nie odczuwacie nic lub bardzo mało? Dlaczego nie żyjecie sprawiedliwie i święcie? Wylewa się na was łaska, a wy staliście się nieprzemakalni, bo jesteście nieczuli na działanie miłości - z powodu waszej woli przeciwnej Dobru.

Gabriel rzekł do Maryi: „Zdrowaś" i dźwięk anielskiego głosu przyniósł [Jej] - już napełnionej łaską - nową falę łaski. Najżyw­sze światło Jej niepokalanego ducha osiągnęło szczyt blasku, gdyż odpowiedź ducha Maryi była doskonała.

Pokora, gotowość, wstydliwość, modlitwa... czego wzniosłego nie znajdzie anielskie słowo, ażeby się stać pierwszą iskrą pożaru Wcielenia? Wielki dar zachowania od grzechu pierworodnego, który Wieczny Bóg dał Wybranej, ażeby była pierwszym taber­nakulum dla Ciała Syna... i jaki, jaki, jaki oddźwięk Maryi!...

Gdyby inne stworzenie zostało tak obdarowane, to czy przy­najmniej czasami nie chwaliłoby się takim darem? Nie mówię o ukrytych darach, o których udzieleniu wie jedynie Bóg, lecz o wi­docznych, które się zauważa. Należy do nich wybitna inteligen­cja, [dar] pouczenia nadprzyrodzonego, płomienne kontemplacje - a mówię tylko o darach moralnych i duchowych.

Ale nie, u Maryi [nie ma] nic takiego. Im bardziej Bóg wyno­sił Ją do Swego tronu, tym bardziej pomnażała się w Niej wdzię­czność, miłość i pokora. Im bardziej Bóg dawał Jej do zrozumie­nia, jak się nad Nią wyciągnęła Boska ręka i ochrona przed wsze­lkimi zasadzkami złego, tym bardziej umacniała się w Niej czuj­ność wobec zła.

Maryja nie popełniła tego błędu, który prowadzi do upadku bardzo wiele dusz wyposażonych w zdolność [do osiągnięcia] do­skonałości, to znaczy nigdy nie powiedziała: „Czuję, że Bóg nade Mną czu­wa; czuję, że Bóg Mnie wybrał. Niech więc On troszczy się, żeby Mnie bronić przed Nieprzyjacie­lem." Nie. Maryja - choć widziała działanie Boga w Sobie - postępo­wała tak, jak gdyby była wśród stworzeń najbardziej pozbawiona darów duchowych. Od świtu do za­chodu, a nawet w Swym dziewi­czym śnie, nad którym czuwali aniołowie, Jej dusza była czujna.

Nie sądźcie, że Maryja nie doś­wiadczała pokusy. Nawet Mnie nie oszczędził Kusiciel. Z dwóch po­wodów nie oszczędził i Maryi. Z dwóch powodów. Pierwszym było to, że Maryja - [chociaż] bez skazy - była przecież tylko stworzeniem. Ja byłem Bogiem. Drugi powód: dla Lucyfera było o wiele ważniej­sze zniszczyć łono niewiasty, które miało nosić Mesjasza, niż zaatako­wać samego Chrystusa. On, Prze­biegły, wiedział, że Słowo stanie się ciałem przez zespolenie się ducha z Duchem w łonie, w którym nie krył się żaden grzech. Żaden grzech - powtarzam. Gdyby po Ewie udało mu się skusić wszystkie niewiasty, byłby pewny, że nigdy nie pokona go wieczny Zwycięzca. Jedna Jedy­na zawsze mu się opierała: Maryja. I tylko Jeden wie, jakie sploty, jakie misterne pokusy tkał Lucyfer wokół Maryi, żeby wstrząsnąć tą duszą doskonalszą od aniołów i zać­mić ją. Tym Jedynym, który wie­dział, jest Bóg. Ponieważ jednak pewne tajemnice są dla was zbyt wielkie, dlatego wam o nich nie powiem. Po blasku Maryi w Nie­bie zrozumiecie wielkość Jej du­szy. To wielkość będąca następ­stwem Jej pragnienia. Byłaby Ona największa nawet bez wyższej po­mocy - tak bardzo Maryja chciała być świętą, z miłości do Swego Boga.

Anioł miał wielki powód, żeby powiedzieć: „Łaski pełna". Tak, pełna łaski. Łaska była w Niej: Łaska, czyli Bóg, i łaska - czyli dar Boży, który Ona potrafiła pomnożyć dziesięciokrotnie.

A oto to, czego oczekuje się od was, o dzieci, aby to, co nie­biańskie, powodowało [duchowe] poczęcie w was Chrystusa: żebyście przylgnęli do łaski, przyjęli łaskę, pomnażali łaskę, prag­nęli łaski. Ciało, aby żyć, musi wdychać powietrze i przyjmować pokarm. Dusza, żeby żyć, musi wdychać laskę. Wtedy dzieje się tak, że Światłość zstępuje tam, gdzie może się ona wcielić, i Chrystus rodzi się mistycznie w was, tak jak rzeczywiście począł się w Maryi.

Zdrowaś, Maryjo, łaski pełna. Patrzcie na Nią, wy wszyscy, o chrześcijanie, tak niepodobni do pierwszego Syna Maryi. Spoglą­dajcie na Nią przede wszystkim wy, niewiasty, tak różniące się od Niej, i uczcie się, i rozmyślajcie, że drogę ku złu o tysiącu twarzach otworzyłyście wy waszą cielesnością przeciwną życiu łaski w stworzeniach. Bez łaski człowiek staje się demonem, a świat - piekłem.»

 

Pan jest z Tobą...

Mówi Jezus:
«„Pan jest z Tobą". Pan jest zawsze z duszą [napełnioną] łas­ką. Bóg nie oddala się nawet wtedy, kiedy podchodzi Kusiciel. Bóg oddala się tylko wtedy, gdy stworzenie ulega Kusicielowi i niszczy swą duszę. Wtedy Bóg wycofuje się, bo nie może miesz­kać razem z Nieprzyjacielem. Odchodzi. I jak Ojciec - który nie jest rozgniewany, lecz zasmucony - czeka, aż skrucha pojawi się w sercu stworzenia i aż ono ponownie złączy się więzią miłości z Ojcem.

Bóg chciałby być zawsze z wami. Gdyby wszyscy wasi anio­łowie, liczni jak gwiazdy na niebie, mogli pozdrowić was słowa­mi: „Pan jest z tobą", radość waszego Pana byłaby całkowita, bo My pragniemy być z wami. Dlatego zostaliście stworzeni.

Maryja była z Bogiem i Bóg był z Maryją. Dwie doskonałości przyciągały się i łączyły w nieprzerwanych gestach miłości. Nies­kończona doskonałość Boża zstępowała z radością - niepojętą dla was, śmiertelnych - aby posiąść to Stworzenie. Ludzka doskona­łość Maryi - jedyna zawsze pełna doskonałość pośród synów lu­dzkich - śpieszyła na spotkanie Boskiej Doskonałości, aby czer­pać życie.

Tak, przebywanie z Bogiem było życiem dla Maryi. Dlatego też w straszliwej, rozdzierającej godzinie Kalwarii i Grobu, gdy Niebiosa zamknęły się nad Umierającym i nad Przeszytą [mie­czem boleści], utrata [odczuwania] Boga była najbardziej palą­cym i dotkliwym z siedmiu mieczy; była nieznośnym ciosem w budowlę cierpienia, wymaganego dla Odkupienia.

Ja wchodziłem na szczyt pełnej boleści od Getsemani do go­dziny dziewiątej. Maryja przeżywała szczyt ogromnej boleści - która i Ją ogarnęła, chociaż nie została w sposób rzeczywisty uk­rzyżowana - od Kalwarii do chwili Zmartwychwstania. A powód tego najwyższego bólu był jeden: brak [odczuwania] łączności z Bogiem.

Także z wami tak powinno być. Tymczasem teraz człowiek uznaje związek z Nami za uciążliwy i nie odczuwa, w jaką nędzę wpada, gdy jest Nas pozbawiony. Nędza, zaślepienie, szaleństwo, śmierć - oto czym jest utrata jedności z waszym Panem. Ale wy o tym nigdy nie myślicie!

Gdy stracicie trochę pieniędzy, jakiś przedmiot, zdrowie, posa­dę, zwierzę, stosujecie różne środki, żeby je odszukać. Podejmu­jecie wszystkie ludzkie i nadprzyrodzone sposoby, aby osiągnąć [swój] cel. Tak, ażeby znaleźć coś ograniczonego i nietrwałego, potraficie modlić się. Kiedy jednak tracicie Boga, nie szukacie Go. Nie zwracacie się do Moich Świętych, aby pomogli wam znaleźć drogę do Boga. Nie stosujecie ludzkich środków, aby poskromić wasze impulsy. Wydaje się wam, że utrata jedności z Bo­giem to coś bez większej wartości. Tymczasem jest to coś najbardziej istotnego.

Maryja nigdy nie odłączyła się od Boga. Duchy pozostały złą­czone miłosnym objęciem, które zostało ukoronowane w Niebie. Ta jedność była główną siłą Maryi, jako córki Adama, bo w niej znajdowała pancerz, który sprawiał, że Kusiciel nie mógł Jej tknąć swym ukąszeniem.

Jeśli ktoś jest z Bogiem, to nie znaczy, że nie dostrzega zła, które jak niechlujna odzież lub odrażająca choroba okrywa tak wiele stworzeń. Widzi je nawet z większą jasnością niż wielu in­nych ludzi, lecz jego wzroku nic nie psuje. Zło nie wchodzi przez oczy, żeby pobudzać instynkty, wylęgające się w ciele, lub żeby wywoływać nikczemne poruszenia umysłu. Tak dzieje się tylko z tymi, którzy - odłączeni od Boga - mają w sobie Nieprzyjaciela jako gościa.

[Człowiek] zjednoczony z Bogiem jest Nim nasycony i wszystko inne, co nie jest Bogiem, pozostaje na powierzchni. To jakby wiatr, który lekko fałduje powierzchnię duszy, ale nie wchodzi, żeby wprowadzić zamęt w [jej] wnętrzu. Nie tylko to. Człowiek Zjednoczony z Bogiem, naprawdę zjednoczony z Bogiem, zamiast wchłaniać w siebie to, co zewnętrzne, rozlewa na bliźnich to, co wewnętrzne. Rozszerza wiec Dobro, Boga.

Tak, jest właśnie tak. Kto trwa [w jedności] z Bogiem, ten po­siada promieniującą siłę. Jest ona o wiele potężniejsza od mocy tak licznych ciał we wszechświecie, nad [badaniem] których człowiek zmęczył umysł i wzniósł [sobie] pomnik pychy. A przede wszystkim ma moc przynoszącą zysk nadprzyrodzony. Ten, który nosi w sobie Najświętszego i żyje dzięki Niemu, udziela Go in­nym. I to sprawia, że mówi się [o nim]: „To święty".

Maryja była doskonale zjednoczona z Bogiem i wszystkimi Swoimi siłami pragnęła zjednoczyć się z Nim jeszcze bardziej. Można by rzec, że Maryja tak zatraciła się w Bogu, iż jedynie Nim żyła.

Powiedziałem: „Maryja w tej jedności znalazła główną siłę, żeby stać się nietykalną" [dla szatana]. Nie pojmujcie jednak tego niewłaściwie. Maryja, Najpokorniejsza, nawet przez chwilę nie ośmieliła się pomyśleć, iż jest doskonałym stworzeniem. Nie znała Swego losu ani tego, że jest niepokalana. Poznała tajemnicę w słowach Gabriela i w pocałunku zaślubin z Wiecznym Duchem [w czasie Jego zstąpienia]. Ale powtarzam: w czasie Swej młodości, w okresie pełnym zasadzek, siłę znajdowała w zjednoczeniu z Bogiem. Chciała ją znaleźć za wszelką cenę, gdyż wolałaby um­rzeć sto razy niż wyjść na mgnienie oka z kręgu [obecności] Boga.

Chciałbym, żeby szczególnie Moi umiłowani [kapłani] - a tak­że inni - skłaniali się ku tej najwznioślejszej praktyce jednoczenia się ze Mną, bardziej niż ku wielu innym praktykom pobożnym w mniejszym lub większym stopniu. [Dzięki tej] łatwej i prawdzi­wej modlitwie nad modlitwami, [mielibyście] rozpalone serce, czyste ciało, szlachetną myśl. Wszystko w was byłoby święte i dobre. Ziemia zaś poznałaby nowe dni, w których aniołowie mo­gliby pozdrawiać ludzi słowami: „Pan jest z wami".p

 

Błogosławionaś między niewiastami...

Mówi Jezus:
«„Błogosławionaś miedzy niewiastami". To błogosławieństwo - które wymawiacie tak źle lub wcale go nie wymawiacie, [bo nie zwracacie się] do Tej, która Swoją ofiarą rozpoczęła [dzieło] Od­kupienia - brzmi nieprzerwanie w Niebie. Wymawia je z nies­kończoną miłością Nasza Trójca; z płomienną miłością - zbawie­ni dzięki Naszej Ofierze oraz chóry anielskie. Cały Raj błogosła­wi Maryję, arcydzieło całego Stworzenia i Boskiego Miłosierdzia.

Nawet gdyby całe dzieło stworzenia ziemi z nicości przez Ojca służyło tylko przyjęciu Maryi, stwórcze dzieło miałoby swą rację bytu. Doskonałość bowiem tego Stworzenia jest tak [wielka], że jest Ona świadectwem nie tylko mądrości i mocy, lecz i miłości, z jaką Bóg stworzył świat.

Stworzenie ziemi [umożliwiło pojawienie się] Adama i rodu Adama. [Stworzenie zaś] Maryi świadczy o nadzwyczajnej, peł­nej miłosierdzia miłości Boga do człowieka, gdyż dzięki Maryi, Matce Odkupiciela, Bóg dokonał zbawienia rodzaju ludzkiego. Jestem Mesjaszem, gdyż Maryja poczęła Mnie i dała Światu.

Powiecie Mi, że jako Bóg mogłem się wznieść ponad koniecz­ność przyjęcia ciała w łonie niewiasty. Wszystko mogę, to praw­da. Pomyślcie jednak, jaką widać - w Moim uniżeniu się w śmie­rtelnej szacie [ciała] - dobroć i [przestrzeganie] prawa ładu.

Grzech popełniony przez człowieka musiał być odpokutowany przez człowieka, a nie przez nie wcielonego Bosa. Jakże mogłaby Boskość, bezcielesny Duch, odkupić Swoją ofiarą grzech ciała? Konieczne więc było, żebym Ja, Bóg, zapłacił za grzech ciała i krwi udręką niewinnej Krwi i Ciała, zrodzonego z Niewinnej.

Mój umysł, Moje uczucia, Mój duch miały cierpieć mękę za grzechy waszego umysłu, uczuć i ducha. Miało to być wybawienie ze wszystkich żądz wszczepionych w Adama i jego potomstwo przez Kusiciela. Ten zatem, który złożył Ofiarę za [nie] wszystkie, musiał być wyposażony w naturę podobną do waszej. Stała się ona godna dania na okup Bogu dzięki Boskości ukrytej w niej jak klejnot o nieskończonej nadprzyrodzonej wartości - zakryty pod szatą zwykłą i naturalną [ciała].

Bóg jest ładem, dlatego też nie gwałci i nie niszczy przemocą ładu. Czyni to tylko w wyjątkowych wypadkach, kiedy Jego Inteli­gencja osądza to za bardziej pożyteczne. [Dokonane przeze] Mnie Odkupienie nie było takim [wyjątkowym] wypadkiem.

Nie miałem tylko zetrzeć grzechu od chwili jego pojawienia się do momentu [Mojej] ofiary. [Nie miałem też] zniszczyć w przysz­łych [pokolenia] skutków grzechu [pierworodnego] w taki sposób, że ludzie rodziliby się jak Adam przed popełnieniem zła - nie­świadomi go. Nie. Musiałem przez pełną ofiarę zadośćuczynić za Grzech [pierwszych rodziców] i za grzechy całej ludzkości. Miałem dać ludziom już umarłym odpuszczenie grzechów, a tym, któ­rzy żyli w tamtym czasie oraz przyszłym, pomocny środek do opa­rcia się złu i do otrzymania przebaczenia za grzechy popełnione z powodu swojej słabości. Moja ofiara musiała więc spełnić wszel­kie [konieczne] wymogi. [Dokonanie] tego było możliwe tylko przez Boga, który stał się człowiekiem: przez Hostię godną Boga. Natura ludzka była środkiem umożliwiającym złożenie tej ofiary.

Ponadto przyszedłem przynieść Prawo. Gdybym nie miał lu­dzkiej natury, jakże moglibyście uwierzyć we Mnie - wy, Moi biedni bracia, skoro - chociaż żyłem na ziemi przez 33 lata, jako Człowiek miedzy ludźmi - z wielkim trudem dochodzicie do wiary we Mnie? Jakże mógłbym przekonać o Mojej naturze i [pozyskać dla] Mojej nauki narody wrogie i pogrążone w niewie­dzy, gdybym pojawił się [od razu] jako dorosły? Oczom świata ukazałbym się wtedy nie jako człowiek, lecz jako duch, który przy­jął ludzki wygląd... Ja zaś urodziłem się i umarłem, krew wypły­nęła ze wszystkich Moich ran. To jest dowodem, że jestem [pra­wdziwym] człowiekiem. Zmartwychwstałem i wstąpiłem do Nie­ba, powracając do Mojej wiecznej siedziby ze Swym uwielbio­nym Ciałem. To jest dowodem, że jestem [prawdziwym] Bo­giem.

Czy nie jest wam przyjemniej wiedzieć, że naprawdę jestem waszym bratem w losie stworzeń - które rodzą się, żyją, cierpią i umierają - niż myśleć o Mnie jako o duchu znajdującym się po­nad wymogami natury ludzkiej?

Konieczne więc było, aby niewiasta zrodziła Mnie według da­la, chociaż nie poczęła Mnie cieleśnie. Z żadnego bowiem zjedno­czenia stworzeń, choćby były najświętsze, nie mógł się zrodzić Bóg - Człowiek, lecz jedynie z zaślubin Czystości z Miłością, Ducha - z Dziewicą, stworzoną bez grzechu [pierworodnego] po to, aby była mieszkaniem dla ciała Boga. To Dziewica, o której myś­ląc radował się Bóg, zanim [jeszcze] nadszedł czas; Dziewica, w której ujawniła się stwórcza Doskonałość Ojca. Jest Ona radością dla Nieba, zbawieniem dla Ziemi, kwiatem Stworzenia, najpięk­niejszym z wszystkich kwiatów świata, żywą gwiazdą, przy któ­rej słońca stworzone przez Mojego Ojca wyglądają jak wygasłe.

Błogosławiona Czysta, przeznaczona dla Pana.

Błogosławiona Upragniona przez Trójcę, która przewidywała utęsknioną chwilę, w której połączy się z Nią w objęciu Troistej Miłości.

Błogosławiona Zwyciężczyni, która zmiażdży Kusiciela bla­skiem Swej niepokalanej natury.

Błogosławiona Dziewica, która zna jedynie pocałunek Pana.

Błogosławiona Matka, którą się stała przez święte posłuszeńst­wo woli Najwyższego.

Błogosławiona Męczennica, która przyjmuje męczeństwo z li­tości dla was wszystkich.

Błogosławiona Wybawicielka niewiasty i dzieci niewiasty. Ona bowiem usunęła Ewę i zaszczepiła Siebie na jej miejscu, aby przynieść owoc życia tam, gdzie Nieprzyjaciel umieścił nasienie śmierci.

Błogosławiona, błogosławiona, trzykroć błogosławiona dzięki Swemu „tak", o Matko Moja! Ty pozwoliłaś, że Bóg dotrzymał przyrzeczenia danego Abrahamowi, patriarchom i prorokom. Niosłaś pociechę Miłości, przytłoczonej przez to, że musiała być karząca, a nie ocalająca. Podźwignęłaś ziemię z potępienia przy­niesionego jej przez Ewę.

Błogosławiona, błogosławiona, błogosławiona dzięki Swej świętej pokorze, dzięki Swej gorliwej miłości, dzięki Swemu nie­naruszonemu dziewictwu, dzięki Swemu macierzyństwu - Bos­kiemu, powszechnemu, wiecznemu, prawdziwemu i duchowemu. Matko, Ty Swą miłością i Swym bólem rodzisz stale dzieci dla Królestwa Twojego Jezusa.

Rodzicielko łaski i zbawienia, rodzicielko Boskiego Miłosier­dzia, rodzicielko Kościoła powszechnego, bądź błogosławiona na wieki za to, czego dokonałaś, jak będziesz zawsze błogosławiona z powodu tego, co jeszcze uczynisz.

Kapłanko święta, święta, święta, która złożyłaś pierwszą ofiarę i przygotowałaś z części samej Siebie Hostię do ofiarowania na ołtarzu świata.

Święta, święta, święta Matko Moja, dzięki której nie tęskniłem za Niebem i za Ojcowskim łonem, gdyż w Tobie znalazłem drugi raj, nie różniący się od tego, w którym Trójca dokonuje Swych Boskich dzieł. Maryjo, która byłaś pociechą Swego Syna na zie­mi i radością Syna w Niebie, jesteś chwałą Ojca i Miłością Ducha.»

 

Błogosławiony Owoc Żywota Twojego...

Mówi Jezus:
«„Błogosławiony Owoc Żywota Twojego".

Boskie i dziewicze macierzyństwo uczyniło Maryję drugą po Bogu. Nie patrzcie jednak tylko na chwałę Maryi. Pamiętajcie, ile Ją kosztowało osiągnięcie tej chwały. Głupcem jest ten, kto patrzy na Chrystusa tylko w świetle Zmartwychwstania, a nie medytuje o Odkupicielu umierającym w ciemnościach Wielkiego Piątku. Nie zmartwychwstałbym, gdybym nie doznał śmierci i nie dokonałbym Odkupienia, gdybym nie był męczennikiem. Głupcem jest i ten, kto myśli o chwale Maryi, a nie rozmyśla nad tym, jak doszła Ona do tej chwały. Owoc Jej żywota, Ja Chrystus, Słowo Boże, rozdar­łem Jej łono. Nie pojmujcie jednak błędnie Moich słów. Nie roze­rwałem go po ludzku, [przez ból rodzenia]. Maryja nie była obję­ta tą nędzą ludzką, gdyż nie ciążyło nad Nią potępienie Ewy. Nie była jednak uwolniona od Bólu. I Ból wielki, ogromny, najwyższy, pełny przeniknął Ją z mocą meteoru, który spadł z Nieba w tej sa­mej chwili, w której poznała ekstazę objęcia Ducha Stworzyciela.

Szczęśliwość i ból ścisnęły jedną pętlą serce Maryi w czasie Jej najwznioślejszego „fiat" i Jej przeczystych zaślubin [z Bo­giem]. Szczęśliwość i ból zlały się w jedno - tak jak Ona stała się jedno z Bogiem. Ból już od pierwszej chwili przewyższył szczę­ście, [gdyż] powołana została do odkupicielskiej misji. [Szczęś­cie] przyjdzie dopiero w chwili Jej Wniebowzięcia.

Jej, złączonej z Duchem mądrości, zostało objawione w duchu, jaka przyszłość jest przeznaczona Jej Dziecku. Dlatego dla Maryi me było już więcej radości we właściwym tego słowa znaczeniu.

W każdej mijającej godzinie niezrównana miłość i ból wzno­siły się - niczym fale morskie w czasie sztormu - w sercu Maryi i biczowały je z całą siłą. Ja kształtowałem się wtedy czerpiąc ży­cie z Jej krwi, Matki - Dziewicy. Między Mną - ukrytym w Jej wnętrznościach - a Moją Matką dokonywała się nieopisana wy­miana miłości.

Serce Mojej Matki doznało przeszycia mieczem boleści od chwili, w której Światłość - opuszczając środek Jedynego i Troistego Ognia - wniknęła w Nią rozpoczynając Wcielenie Boga i Odkupienie człowieka. To ukłucie mieczem wzrastało, godzina po godzinie, w czasie świętej brzemienności, [kiedy] Krew Boska tworzyła się przy źródle ludzkiej krwi, [kiedy] Serce Syna biło według rytmu Serca Maryi, [kiedy] wieczne Ciało kształtowało się z niepokalanego ciała Dziewicy.

Jeszcze większy ból [zaczęła Maryja odczuwać] od chwili, gdy się urodziłem, żeby być Światłością dla świata [pogrążonego] w ciemnościach. Szczęśliwość matki całującej Swoje dziecko za­mieniła się u Maryi w pewność Męczennicy, która wie, że mę­czeństwo jest bliskie.

Błogosławiony owoc Twojego łona. Tak, ale Ja temu łonu - które zasługiwało na całą radość przeznaczoną Adamowi bez grzechu - musiałem przynieść wszelki ból. Z powodu was. Dla was była udręka zasmucenia Józefa. Dla was narodzenie w tak wielkim opuszczeniu. Ze względu na was było proroctwo Symeona, które obróciło ostrze w ranie [Maryi], powiększając i zaos­trzając ukłucie miecza. Dla was ucieczka do obcej ziemi, dla was niepokoje całego życia. Z powodu was były te dręczące wiado­mości, że głoszę Dobrą Nowinę i jestem prześladowany przez nieprzyjazne grupy. Dla was była trwoga ujęcia Mnie, męka wie­lorakich tortur, umieranie Maryi,z powodu Mojej agonii, [Jej du­chowa] śmierć z powodu Mojej śmierci.

[Po Mojej śmierci] to łono, które Mnie nosiło, przyjęło Mnie z takim współczuciem, że większego być nie mogło. Zaprawdę po­wiadam wam, że między Moim Sercem, zatrzymanym w ruchu ży­cia i rozszarpanym przez włócznię, a [Sercem] Najbardziej Stra­pionej, która trzymała Mnie na kolanach, nie było różnicy [pole­gającej na tym, że jedno serce] żyło, [a drugie było] martwe. Ser­ce Maryi i Jej łono zostały zabite, tak jak zadano śmierć Mnie, Niewinnemu.

Do cudów związanych z Odkupieniem - znanych lub ukrytych, jawnych dla wszystkich lub ukazanych wybranym - dodajcie jesz­cze trwanie życia w Maryi dzięki działaniu Wiecznego, po tym jak Jej Serce - tak samo jak Serce Jej Syna Jezusa - zostało złamane dla ludzi i przez nich.

Wy, którzy nie umiecie i nie chcecie znosić cierpienia, czy po­myśleliście, jaki był ból Błogosławionej, Niepokalanej, Świętej, dźwigany w Sercu poranionym, umarłym, opuszczonym? Czy spojrzeliście na złożone na Jej łonie ciało pozbawione życia, ud­ręczone, wykrwawione, sine, [na to ciało], które było ciałem Sy­na, Ciałem z Jej ciała, Krwią z Jej krwi, Życiem Jej życia, miło­ścią Jej ducha?

Mieliście Mnie dlatego, że Maryja, trzydzieści trzy lata przede Mną, zgodziła się pić kielich goryczy. Na brzegu pucharu, który wypiłem w czasie pocenia się krwią, znalazłem woń warg Mojej Matki, a gorycz Jej łez zlała się z żółcią Mojej ofiary. Wierzcie, że wymagało ode Mnie wielkiego wysiłku pozwolenie na to, by cierpiała Ta, która nie zasługiwała na ból. Opuszczenie przez Ojca, boleść Mojej Matki, zdrada przyjaciela, w której były wszystkie przyszłe zdrady - oto najokrutniejsze elementy Mojej straszliwej męki Odkupiciela. W porównaniu z nimi uderzenie włócznią przez Longina w serce, już nie odczuwające bólu, było niczym.

Chciałbym, abyście okazywali miłość Mojej Matce z powodu bólu, który rozdarł Ją dla was. [Okazujcie Jej], najdoskonalszej ze wszystkich matek, miłość wielką - najtkliwszą miłość dziecięcą. [Okazujcie miłość] Matce, która nie przestała cierpieć i wylewać niebiańskie łzy nad dziećmi Swej miłości, które wyrzekają się oj­cowskiego domu i stają się strażnikami nieczystych zwierząt - wad, zamiast pozostać królewskimi dziećmi - dziećmi Boga.

Jeśli można dać tu jakąś zasadę [działania], to wiedzcie, że Ja, Bóg, nie uważam, iżbym samego Siebie pomniejszał kochając Moją Matkę miłością nieskończoną i pełną szacunku. Widzę w Niej naturę nieskalaną, dzieło Ojca. Wspominam też męczeńskie życie tej Współodkupicielki, bez której nie stałbym się Człowie­kiem między ludźmi i waszym wiecznym Odkupicielem.»

 

Teraz i w godzinie śmierci...

Mówi Jezus:
«„Teraz i w godzinie śmierci". To jest wezwanie, które odpo­wiada [prośbie:] „zbaw nas ode złego". Nie zastanawiacie się nad tym, ale tak jest. Dałem wam Matkę oprócz Ojca i skoro prosicie Ojca o wyzwolenie od Złego, to czyż nie powiecie Matce, żeby trzymała z dala od was śmierć, która jest złem?

Myślcie jednak z umysłem wzniesionym do Boga i proście z inteligencją dzieci Bożych. Nie powinniście troszczyć się tak bar­dzo o zło i śmierć w ludzkim tego słowa znaczeniu, ile o Zło i o Śmierć w znaczeniu nadprzyrodzonym, najbardziej prawdziwym, bo wasza teraźniejszość to szata, która się odkłada, wasza teraźniejszość to siedziba, którą się porzuca, lecz poza tym dniem oczekuje was przyszłość, w której staniecie się posiadaczami tego, co jest waszą prawdziwą częścią.

Biada wam jednak, jeśli z powodu waszej nieprawej woli wy­bierzecie dla siebie część przeklętą. Śmierć ducha nie staje tylko jeden raz przed waszą duszą. Ona krąży wokół was przez cały wasz ziemski dzień, gdyż Dawca Śmierci nie pozostawia ani jednej minuty bez zastawienia zasadzek na swą ofiarę. Wy zaś nie zawsze macie w sobie tę czujność i tę siłę, która czyni daremnymi podstępy nieprzyjaciela. Wasza słabość prowadzi was do ospałoś­ci, wasze pożądliwości cielesne - do pragnienia pokarmu, w któ­rym znajdujecie śmierć. W Niebie jednak macie Matkę, Matkę, która widzi na was Krew Swojego Syna i która z powodu tej Krwi kocha was jako Swoje własne dzieci. To Matka, która jest potężna u Boga z powodu Swej potrójnej pozycji: Córki, Oblu­bienicy i Matki Boga.

„Teraz": niech Maryja się modli za waszą teraźniejszość ludz­ką, pełną tak wielu zasadzek. „I w godzinie śmierci": niech się modli za was w decydującej chwili życia. „I w godzinie Śmier­ci": czyli wtedy, gdy wasz duch przepełniony Złem mógłby zgi­nąć. Maryja jest Zwyciężczynią szatana. Śmierć prawdziwa, śmierć ducha nie przyjdzie w tych, którzy potrafią zanosić błagania do Matki: w godzinie życia, w godzinie ziemskiej, w go­dzinie pokusy oraz w godzinie śmierci.

[Będziecie] jak dzieci pod welonem Mamy, bo modlitwa Ma­ryi jest dla was tarczą przeciw płomieniowi zmysłów i demona, pozwala wam wzrastać w Chrystusie i wejść do Jego królestwa. Chrystus może wskrzesić umarłych do łaski, Maryja zaś, praw­dziwie kochana, przeszkadza śmierci oddzielić was od Jej Syna.»

 

Maryja ewangelizowała uśmiechem...

Mówi Jezus:
«A to tylko dla ciebie, Mario... Inne sprawy, o których po­wiedziałem, są dla wszystkich i dla ojca, aby sprawiły mu ra­dość. Świat jednak jest zbyt głuchy i zepsuty, żeby słuchać, gdy mówi się o Maryi. Nie zasługujecie na ten dar.

Tobie na imieniny daję tajemnicze odczucie Piękna Maryi, Jej uśmiechu, Jej milczenia. Wydaje się to czymś bez znaczenia... Ma jednak nieskończoną wartość.

Maryja przyciągnęła do Siebie miliony stworzeń Swoją bronią pełną słodyczy. Ewangelizowała przede Mną Swym powściągli­wym milczeniem i nieopisanym uśmiechem. Wystarczyło tylko, że się [gdzieś] pojawiła, żeby milkły ostre lub nieczyste słowa, żeby znikały niechęci, zmniejszały się bóle. Jej spojrzenie oczysz­czało, Jej milczenie podnosiło, Jej uśmiech pouczał. Nazaret zos­tał tym wszystkim namaszczony na długi czas po Jej odejściu.

Rodzący się Kościół umocnił się cnotą Jej milczenia i uśmie­chu - czymś wymowniejszym od wszelkich słów, gdyż przez nie przebijało się oblicze Boże i prawda o Jej posłannictwie.

Proszę cię więc o to, żebyś patrzyła na Matkę Moją oraz twoją i naśladowała Ją. Wzrastaj w duchowej piękności, aby się do Niej upodobnić. Naucz się od Niej milczenia, które mówi do Boga i o Bogu. [Naśladuj Jej uśmiech], który uczy wiary, wielkoduszno­ści, miłości.

Patrz zawsze na Moją łagodną Matkę, aby zobaczyć Ją wyraź­nie w godzinie śmierci. Kto w Maryi umiera, ma natychmiast Je­zusa. Wpatruj się w Maryję i przyjmij Mój pokój. Nie trzeba wam nic innego do szczęścia.»

Od wczoraj widzę Dziewicę. Człowiek nie może opisać piękna uśmiechającej się i milczącej Maryi. To dar Jezusa na moje imie­niny!

 

Kontemplować Maryję...

Wczoraj wieczorem, 18 września (1943), straszliwie cierpiałam. Przez cały dzień cierpiałam tak, że byłam zupełnie wyczerpana. Każdy oddech, każdy nawet najmniejszy ruch był tak bolesny, że musiałam się żalić - ja która nigdy się nie skarżę... Zakaszleć zaś... wolałabym rozstrzelanie niż ten atak kaszlu.

W godzinie kolacji, czyli od dwudziestej do dwudziestej pier­wszej, gdy zostałam sama, mój duchowy wzrok uszczęśliwiła wi­zja Najświętszej Maryi. Postaram się opisać Ją ojcu.

Ale jak to uczynić, żeby przedstawić Jej piękno i barwy?

Maryja odziana jest na biało: szata zamknięta od samego brze­gu po szyję, jakby plisowana, gdyż widzę na piersiach materiał uformowany w lekkie fałdy, które skromnie podkreślają kształty Najświętszej Dziewicy. Rękawy są wąskie i sięgają do przegu­bów. W talii ma pas podtrzymujący suknię. Nie jest on ani ze zło­ta, ani ze srebra. Przypomina jedwabną wstęgę tego samego kolo­ru i blasku, co suknia. Nie ma frędzli, nie zwisa wzdłuż sukni, tyl­ko ją wiąże i nic więcej.

[Maryja] ma na głowie welon z tego samego materiału, z któ­rego jest suknia - lekkiego, lecz nieprzejrzystego. Opada on wzdłuż policzków i przylega do szyi, otaczając ją niby klamrą - długą klamrą. Widzę jaśniutką szyję Maryi. [Welon] opada na ba­rki i ramiona, na boki, aż do ziemi.

Jak wyrazić blask tej najjaśniejszej i najprostszej szaty? [Przy nim] śnieg jest szary i ciemny, lilia - brzydka. Wydaje się sreb­rem, które stało się materiałem, tak bardzo lśni biel tej szaty. O, niemocy słów, niezdolnych opisać światłość! Tylko w Niebie i [tylko] dla Maryi może istnieć płótno o tak fosforyzującej bieli, diamentowe, perłowe, opalowe, które wydaje się klejnotem, cho­ciaż nim nie jest ani nie pochodzi od klejnotu, a tak jaśnieje!

Widzę owal twarzy Maryi, raczej zaokrąglony. Ma barwę koś­ci słoniowej, jak niektóre płatki magnolii - kolor, jaki ma Jej Syn. Jej [twarz] różni się kształtem: Jezus ma bardziej pociągłą i szczuplejszą. Jej obliczu kwiatu tylko usta i wąskie lekko przyciemnio­ne brwi przydają koloru.

Lekko otwarte oczy są do połowy przykryte przez powieki. Mają taki sam wyraz, jak u Syna, i kolor lazuru - jak u Jezusa, lecz nieco bledszy. Używając ludzkich porównań można powie­dzieć, że Jezus ma oczy jak szafir, a Maryja - jak turkus. Spojrze­nie Jezusa jest poważne i smutne, a u Maryi ten smutek łączy się z uśmiechem: z pełnym dobroci uśmiechem [osoby] zatroskanej, która pragnie pocieszyć i równocześnie dodać otuchy.

Włosy Maryi są koloru dojrzałego zboża albo, jeśli kto woli, czystego złota, jednak zbliżone do koloru jasnorudawego, chociaż - bardziej jasne niż rude. Włosy zaś Jezusa mają raczej odcień ja­snej miedzi.

Dłonie smukłe i długie, jak powiedziałam, bardzo długie i szczupłe, wychodzą z rękawów ściśniętych w przegubach - deli­katne i bielusieńkie. To dwa płatki magnolii złączone do modlit­wy. Wydaje mi się, że powinny pachnieć jak kwiat, gdyż tak bar­dzo są podobne do pączka kwiatu.

Żadnego naszyjnika, zupełnie nic. Cała Maryja jest Klejnotem o blasku alabastru, piękniejszym niż opal rozświetlony wewnętrz­nym płomieniem. Jej uwielbione ciało promieniuje. To najsłodsze światło, które przywodzi mi na myśl lampę płonącą przed tabernakulum: lampa z jasnego alabastru lub, powtarzam się, z opalu. Nie widzę stóp Maryi, gdyż suknia jest tak długa, że je zakrywa.

To opis naszej Mamy. Dotrzymywała mi towarzystwa i nadal to czyni. Zdaje mi się, że wszystko wokół mnie staje się lśniące i niewinne; światłość i czystość wnikają do mego serca, a z nimi - radość, która sprawia, że płaczę ze szczęścia.

Mam wrażenie, że gdyby Maryja wypowiedziała choćby tylko jedno słowo, moja dusza umarłaby z [radości] ekstazy. Tylko jed­na nić trzyma mnie przed wejściem w ekstazę, [którą może wy­wołać] już [samo] ujrzenie Błogosławionej i odczucie, jak mnie całuje Swoim uśmiechem i spojrzeniem.

Jest wieczór i mówię Jezusowi: „Panie, dzisiaj nic nie po­wiesz?" On odpowiada, że moją dzisiejszą lekcją jest Maryja i że kontemplowanie Jej nie wymaga żadnych innych słów. I istotnie, samo patrzenie na Nią uczy piękna czystości, modlitwy i milcze­nia. Trzy wielkie wartości, tak mało i tak źle praktykowane...

W mojej fizycznej i duchowej boleści jestem radosna, gdyż światło najlepszej Gwiazdy, Maryi, jaśnieje nade mną i mogę Ją oglądać.

Później...

...Maryja - też bez słów - przekazuje mi jeszcze inne poucze­nie: mam widzieć, nawet w nieprzyjaciołach, Jej dzieci. Ona dała Swego Syna także dla nich i przyjęła ich za Swoje dzieci, jak i nas przygarnęła. Dała mi do zrozumienia, że patrzyć na nich z nienawiścią oznacza zasmucać Ją i tracić podobieństwo do Niej. Ona bowiem patrzy z miłosnym współczuciem nawet na tych, którzy krzyżują Jej Syna i przebijają Jej Niepokalane Serce.

 

Cała Piękna...

Mówi Jezus:
«Kościół odniósł do Maryi, Mojej błogosławionej Matki, po­chwały oblubieńca z „Pieśni [nad pieśniami]", wypowiedziane do umiłowanej. I zaprawdę, żadne stworzenie na świecie nie ma pra­wa odnoszenia do siebie tych pochwał - nawet gdyby wypowia­dano je bez zmysłowości - które wysławiają także wielkie, fizy­czne piękno Maryi. Wyłączenie bowiem Jej spod [wpływu] grze­chu pierworodnego sprawiło, że była stworzeniem doskonałym, jak dwoje pierwszych [rodziców] stworzonych przez Ojca. Ta pierwsza para, wzniosłe dzieło Stworzyciela, posiadała - oprócz ponadcielesnego piękna niewinnej duszy - również fizyczne pięk­no ciała stworzonego przez Ojca.

Fizyczna brzydota przyszła do człowieka jako jedno z wielu następstw grzechu [pierworodnego]. Grzech [ten bowiem] nie zranił wyłącznie ducha. Przyniósł on wielkie szkody także ciału!

Z powodu ducha, który utracił Łaskę, pojawiły się pożądliwo­ści przeciwne naturze. Ich zaś [dalszym] owocem było oszpecenie [ludzkiej] rasy. Gdyby bowiem człowiek nie popełnił grzechu, nie wchodziłby w pewne zganione i potępione związki, które za­ciążyły później przez wieki znamieniem brzydoty na jego wcześniejszej pierwotnej piękności.

Podłość, która [u przodków] doszła aż do przestępstwa, nazna­czyła piętnem [brzydoty] twarze nikczemnych oraz ich potomstwa. [Może tak być] nawet wtedy, gdy człowiek sam nie doszedł do poniżenia siebie pewnymi grzechami, które jeszcze dziś bada­cie, żeby powstrzymać przestępczość.

Wy, uczeni, którzy badacie [przyczyny degeneracji dzisiejszego człowieka], powinniście najpierw usunąć z waszego serca znamię [prowadzące do] przestępstwa: to znamię, które czyni was bunto­wnikami przeciwko Bogu, przeciwko Jego Prawu i przeciwko Je­go Wierze. Musicie uleczyć ducha, a nie usuwać [tylko przyczyny] grzechu z ciała i krwi. Gdyby człowiek uleczył najpierw samego siebie, a potem zatroszczył się o [dobre] duchowe wychowanie braci - uznając, je duch jest motorem waszych czynów - i gdyby nie negował go słowami, a [jeszcze] bardziej czynami całego ży­cia, przestępczość by zmalała. Stałaby się sporadycznym przeja­wem choroby umysłowej jakiegoś biedaka.

Fizyczna brzydota jest w takim stopniu znakiem bliższego lub dalszego powiązania ze Złem, że za czasów Mojżesza - ze wzglę­du na splot pewnych przyczyn - trzeba było stosować surowość oraz stanowczość i wykluczać ułomnego ze służby Bogu. Już ci to któregoś dnia wytłumaczyłem. Ja złagodziłem to potem Moją nauką miłości. Prawo to zostało ustanowione przez Sprawiedli­wość nie po to, żeby uczyć ludzi braku miłości wobec nieszczęśli­wych. Zostało ono [dane] po to, żeby pohamować zezwierzęcenie ludzi przez strach i przerażenie, że z powodu grzechów przeciw­nych naturze mogą zrodzić zdeformowane [dzieci]. Zostałyby one wykluczone ze służby Bogu, [która była] najwyższym pragnie­niem synów Izraela.

Potem przyszedłem Ja, Mądrość wieczna, wcielona dla was. Zmieniłem Prawo ogniem Mojej Miłości i światłem Mojej Inteli­gencji.

Minęły całe wieki od czasu Mojżesza a człowiek, pomimo wszelkich praw, cudzołożył ze Złem, z Rozwiązłością prowadzą­cą do potwornych zboczeń, z Barbarzyństwem prowadzącym do arcydzieł zbrodni. W synach dzieci tych milionów grzeszników odciskało się [fizyczne] piętno dawnych grzechów ojców.

[Czasem jednak] - pod osłoną ciała brzydkiego i zdeformo­wanego fizycznymi ułomnościami lub potwornymi chorobami - biło serce bardziej godne Boga niż wiele serc istot pięknych fizy­cznie. A wtedy Ja - owoc Miłości i wnoszący miłość między lu­dzi, aby was nauczyć miłości - pouczałem was o miłowaniu nie­szczęśliwych. Wzywałem do Siebie ułomnych, niewidomych, trę­dowatych, obłąkanych i uzdrawiałem ich, gdy było to wskazane, a zawsze kochałem ich szczególną miłością i uczyłem was tak ko­chać.

Było to też wymogiem najwyższej sprawiedliwości. Przyszed­łem usunąć zeszpecenie ducha i kochać aż do ofiary całopalnej wasze zdeformowane duchy, żeby im przywrócić piękno godne
wejścia do Nieba. Czyż miałem nie kochać te zdeformowane cia­ła tam, gdzie oszpecenie było krzyżem, który niósł zbawienie du­chowi potrafiącemu go dźwigać? Nie. Zbawiciel kochał ich i ko­cha tych nieszczęśników ziemi. Nie mogłem dla wszystkich do­konać cudu przywrócenia doskonałości członkom przeznaczonym na zniszczenie. Nie mogłem tego ze względów, których wyjaśnie­nie jest zbędne dla ludzi. Wszystkim poniżonym przez chorobę mogłem jednak dać Boskie zapewnienie, że posiądą Niebo, jeśli będą umieli znosić swoje męczeńskie doświadczenie bez wątpienia w dobroć Przedwiecznego i bez buntowania się przeciw swojemu losowi, czyniąc z niego [powód] do oskarżania Boga. Niech Mnie kochają także przez ból, a Ja im wynagrodzę tę miłość. Opuszcze­ni na ziemi staną się zwycięzcami w Niebie.

Matka Moja, Niepokalana, Cała Piękna, Upragniona przez Bo­ga, Przeznaczona Mi na Matkę, posiadała doskonałą harmonię ciała. W nim widoczny był modelujący palec Boga, który stworzył Ją na Swoje doskonałe podobieństwo.

Artyści trudzili się przez tyle stuleci, żeby przedstawić Maryję. Ale jak ukazać doskonałość? Ona wydobywa się z wnętrza na ze­wnątrz. Jeśli nawet potraficie pędzlem lub dłutem wykonać jakiś wspaniały obraz, to jednak nie umiecie włożyć weń światłości du­szy, będącej czymś duchowym. Jest ona niewypowiedzianym Bos­kim dotknięciem, przyłożonym do ciała, które jest święte. Jest do­tknięciem, które dostrzegacie, jak przebłyskuje z wnętrza na wa­szych braci i zmusza was do wydania okrzyku: 'Jakie uświęcone oblicze!'

Jakże moglibyście przedstawić Maryję, Całą Świętą Pana? Za każdym razem gdy Ona ukazywała się [komuś], trudziliście się, żeby odtworzyć potem Jej wygląd. Wtedy szczęśliwcy, którzy Ją oglądali, wykrzykiwali: 'Piękne jest to dzieło, ale to nie jest Ma­ryja. Ona jest inaczej piękna - pięknem, którego nie możecie od­tworzyć i którego nie da się opisać'.

Czy mogłabyś odtworzyć [wygląd] Maryi ty, której pozwoli­łem ujrzeć Matkę Moją i twoją dla pocieszenia cię w zbliżającej się próbie? Czy umiałabyś [to uczynić], nawet gdybyś była wspa­niałą malarką lub rzeźbiarką? Nie. Stwierdziłaś, że nawet twoje sugestywne słowa kobiety wykształconej i uzdolnionej do pisania są biedne, niezdolne opisać Maryję. Powiedziałaś, że Ona jest „światłem", aby wyrazić najwyższe i niemożliwe do opisania piękno, jakie jest na świecie, i porównałaś do niego Matkę Moją, na­szą.

To duch Maryi, wyłaniający się spoza osłony niepokalanego ciała, jest tvm, czego nie potraficie opisać, o synowie Jej i bracia Moi. Uświęcajcie się przez patrzenie na Maryję.

Gdybyście w Raju, przypuśćmy, mogli oglądać tylko Ją, byli­byście szczęśliwi. Raj bowiem to miejsce, w którym doznaje się ra­dości z powodu oglądania Boga. Kto zaś widzi Maryję, już oglą­da Boga. Ona bowiem jest pozbawionym skazy zwierciadłem Boskości.

Widzisz więc, że pochwały „Pieśni [nad pieśniami]" słusznie przypisuje się Maryi, która Swą duszą czystą i zachwycającą ujęła serce Boga. On jest Jej Królem, lecz spełnia Jej miłosne pragnie­nia w odniesieniu do was, jakby Ona była Jego Królową.

Chciałbym, abyście stosownie do waszych sił - tak jak powin­niście kochać Boga całą swą istotą - usiłowali kochać też Maryję. Kochać to znaczy naśladować, w duchu miłości tego, kogo się ko­cha.

Dałem wam słodkie polecenie: „Poznają, że Mnie kochacie, gdy ujrzą, że dokonujecie dzieł, jakie Ja czyniłem". Teraz daję wam takie samo przykazanie odnoszące się do Mojej Matki: „Uj­rzą, że Ją kochacie, gdy będziecie Ją naśladować".

O! Gdyby świat usiłował naśladować Maryję! Wtedy na zaw­sze zostałoby pokonane Zło we wszelkich swoich przejawach. [Znikłoby zło] prowadzące od upadku duszy do zguby rodzin, od ruiny rodzin do zguby narodów i całego globu ziemskiego. Ma­ryja bowiem trzyma Zło pod Swą dziewiczą piętą. Gdyby Maryja była waszą Królową, a wy - naprawdę Jej dziećmi, poddanymi i naśladującymi Ją, Zło nie mogłoby już wam szkodzić.

Oddajcie siebie Maryi, a wtedy będziecie należeć do Boga. Ona bowiem jest Ogrodem zamkniętym, w którym jest Bóg; Ogro­dem świętym, w którym Bóg rozkwita. Ona bowiem jest Źródłem, Z którego wytryska Woda Żywa, wstępująca do Nieba i dająca wam środek [umożliwiający] wstąpienie do Nieba. Tym środkiem jestem Ja, Chrystus, Odkupiciel świata i Zbawiciel człowieka.»

 

Miasto Dawida

Mówi Jezus:
«...Nie istnieje żaden miesiąc w roku, który nie miałby pośród swoich dni, jakby drogiego kamienia w kosztownej oprawie, ja­kiegoś święta [ku czci] Maryi. Grudzień jednak jest w całym tego słowa znaczeniu miesiącem maryjnym, gdyż [pomaga] rozważyć dwa największe [powody] chwały Maryi: Niepokalane Poczęcie oraz Jej Boskie i Dziewicze Macierzyństwo. Chcę ci przedstawić kilka myśli o tym macierzyństwie.

Nic nie przeszkadzało Bogu sprawić, by Jego Syn narodził się w Jerozolimie. Stolica Palestyny, ośrodek wiary i władzy, mogła się wydawać ludzkiemu rozumowi miastem najbardziej odpowie­dnim dla narodzin Króla Żydowskiego. Jednak drogi Boże różnią się od dróg ludzkich.

Jerozolima nie była już święta. Tak ją nazywano, ale zepsucie ogarnęło wszystkie jej warstwy: od Świątyni po królewski pałac, od żołnierzy po jej mieszkańców. Jerozolima posiadała już wszy­stko, czego chciała. Uzasadnione byłoby danie jej odpowiedzi, ja­ką otrzymał Bogacz-Żarłok od Abrahama: „Wspomnij, że ot­rzymałaś wszelkie dobra". [Otrzymała] je wszystkie oprócz jedne­go niezbędnego, które odrzuciła: „dobro posiadania Boga".

Pycha, zuchwałość, skąpstwo, zatwardziałość, ludzka wiedza, bogactwo, przepych i rozwiązłość - wszystko to było w niej. Jej żołądek sycił się tym ludzkim pokarmem pozwalając, że biedny Łazarz umierał z duchowego głodu. On, poraniony, pragnął poży­wić się pokarmem Bożym, ale - zamiast miodu Bożego - znaj­dował tylko ciężkie kamienie faryzejskich praktyk.

Bóg odchodzi z miejsca, gdzie jest wszystko to, co nie jest Nim; gdzie nikt nie usiłuje Jego postawić w miejsce tego „wszystkie­go", aby z wszystkiego uczynić podstawę tronu dla Pana. Jemu bowiem wszystkie ziemskie rzeczy muszą być poddane.

Wy tymczasem z ziemskich rzeczy czynicie szczyt waszych starań, stawiając je ponad Bogiem. Uważajcie, żeby nie stało się z wami to, co z Jerozolimą. Już wam się to przytrafia, albowiem Bóg, którego już nie szukacie, wycofuje się, pozostawiając was waszemu „wszystkiemu" - nietrwałemu i złemu. Zostawia was, ażebyście liczyli wasze przeklęte, zwodnicze, demoniczne bogact­wa. Jedna jest moneta, która ma wartość w skarbcu. Jedyna. A wy jej nie posiadacie.

Dar, który uczyniłby Jerozolimę wielką na wieczność, został jej zatem zabrany. [Samo] narodzenie [w ubóstwie] ani [sama] śmierć Chrystusa nie tknęłyby murów miasta. [Naruszyła je] na­tomiast zbrodnia skazania Chrystusa. Przeciw niej zbuntowały się nawet skały. Pękły przy Mojej śmierci. Rozsypały się, posłuszne Woli Bożej, gdy Jerozolimę zrównali z ziemią ci, którym darem­nie okazywano przesadny szacunek, aby móc [zabić] Jezusa z Na­zaretu, jak baranka prowadzonego na rzeź.

Tak się dzieje, dzieci, kiedy nie ma miary. Rodzi się zbrodnia, a w konsekwencji - zguba. Błąd odrzucenia Bosa - polegający na stawianiu na Jego miejscu bożka ludzkich namiętności - powoduje, że Bóg was opuszcza i pozbawia was szczęścia stałego przeby­wania z wami. Bałwochwalstwo w odniesieniu do ludzi sprawia, że ci, których uwielbiacie - aż po stanie się dla nich zabójcami - przemienia się w wykonawców kary. Sługi bowiem i niewolników wolno smagać batem i uderzać rózgą. Dozwolone jest to tam, gdzie nie żyje Prawo Chrystusa. A wielbiciele i uwielbiani odrzu­cili to Prawo. Dlatego poddani otrzymują chleb swej galery: zni­szczenie i kajdany.

Wola Tego, wobec którego najpotężniejsi władcy podobni są do źdźbła na głównej drodze, skłoniła Cezara do wydania edyktu. [Stało się to wtedy,] gdy - niczym dojrzały owoc, który właśnie ma spaść z gałęzi - Syn Człowieczy był bliski przyjścia jako Światło na świat.

Miastem, które w swym obrębie miało przyjąć cud miłości, nie była Jerozolima - miasto święte tylko z nazwy, a upadłe w świętości z powodu swej złej woli - lecz [Betlejem]: miasto przo­dków, w którym unosiła się jeszcze wiara Dawida, Mego sługi.

W Nazarecie, pogardzanym przez Judejczyków, poczęła Mnie Błogosławiona. W zubożałym Betlejem, zgodnie z pysznym przypuszczeniem Judejczyków, miała Maryja złożyć Swój dziewiczy pocałunek na Synu Boga i Jej. Pojawił się On, wraz z blaskiem gwiazdy, w grocie od wieków przeznaczonej na przyjęcie Go.

Bóg przychodzi do pokornych. To wam wyjaśnia, dlaczego wy­branymi do ogłaszania łaski, poznającymi objawienie, niosącymi Bożą wolę, szerzącymi Słowo, są głównie ubodzy w oczach   świata. Na nich zstępuje Bóg ze Swym Duchem, aby obdarzyć ich oczy i uszy nadzwyczajną wrażliwością. Dzięki niej mają wgląd w sfery Boże, poza granicami [dostępnymi] dla ludzi.

Kiedy Ja czegoś chcę i ilekroć chcę, mogę. Potrafię powalić olbrzyma ateizmu i racjonalizmu jednym tylko dotknięciem Mojej woli. Jestem bowiem z pokolenia Dawida, który powalił Goliata. Przede wszystkim zaś jestem Mocą, Siłą, doskonałym Chceniem. W tym, który, rozmiłowany, wytęża ku Mnie ducha, mogę jedną pieszczotą, jednym muśnięciem kciuka otworzyć duchowe zmysły wzroku i słuchu, aby odbierał rzeczy nadprzyrodzone. [Mogę] uczynić go zdolnym do „poznawania Boga", tak jak oblubienica poznaje oblubieńca.

Do jutra, córko. Przyjdę, żeby cię zaprowadzić do Maryi, któ­ra opuszcza dom w Nazarecie, aby się udać do Betlejem. Odpo­czywaj w pokoju!»

 

Z Nazaretu do Betlejem

Mówi Jezus:
«Wszystkie niewiasty, które nie są zepsute, znają zachwyt ko­biecej radości na myśl o bliskim macierzyństwie. W jakąż więc ekstazę weszła Moja święta Matka, gdy zbliżało się Jej wzniosłe macierzyństwo!

Macierzyństwo dobrze pojmowane to szczyt miłości. Miłość macierzyńska, kiedy jest właściwa, stanowi miłość pełną, dosko­nałą i najwznioślejszą ze wszystkich [rodzajów] miłości na ziemi. [Jest] bardziej gorąca niż miłość łącząca dzieci jednej kołyski, czystsza niż miłość zespalająca dwa ciała.

Maryja jednak nie była tylko stworzeniem kochającym dziec­ko, które się w Niej kształtuje i stanowi owoc miłości dwojga is­tot. Maryja kochała w Swym Synu Boga, który przyszedł do Niej ze Swoją Wola, Swą Miłością, Swym Posłuszeństwem, żeby stać się ciałem z Jej ciała.

Patrzyła na Swe nietknięte łono i widziała w nim monstrancję dla żywego Boga. Odczuwała bijące w nim serce i wiedziała, że jest to serce Boga, który stał się ciałem. Swoją tęsknotą przyśpie­szała chwilę, w której miała uczynić ze Swych ramion ołtarz dla Mnie, żeby po raz pierwszy ofiarować Hostię dla [uzyskania] przebaczenia. I Sobie samej przysięgała, że będzie Mnie kochać tak, jak tylko Ona - nie obciążona grzechem - potrafi Mnie mi­łować. Chciała w ten sposób z wyprzedzeniem wynagrodzić Mi za to, co już łzami wypełniło Jej oczy i zakrwawiło Jej serce: za mękę Mojej Odkupieńczej misji.

Zwyczajem [ludzi] pobożnych jest to, że w przeddzień ważnego dla nich wydarzenia wyciszają się duchowo. [Czynią to], aby moc poznać Wolę Pana oraz być godnymi Jego błogosławieństwa dla dzieła, które właśnie rozpoczynają. Możecie zatem wyobrazić sobie, jak to Stworzenie - już doskonałe w modlitwie - otoczyło się mistycznymi zasłonami, ażeby się odizolować w duchowym skupieniu. Było ono coraz większe w miarę zbliżania się chwili [Moich narodzin].

Podróż z Nazaretu do Betlejem odbyła się dla Maryi jakby w otoczeniu mistyczną klauzurą, otwartą jedynie na Niebo. Ono zbliżało się coraz bardziej do Niej, aby stanowić ponad Nią za­słonę królewskiego baldachimu usianego diamentami, z wszelki­mi blaskami, z anielskimi orszakami, z niebiańskimi dźwiękami.

Maryja już była w ekstazie. Tłum usuwał się na widok prze­chodzącego milczącego mężczyzny, prowadzącego za uzdę osiołka z [Niewiastą], niemal dziewczynką, całkowicie zatopioną w myślach. Wydawało się bowiem, że promieniowała z nich jakaś światłość i rozsiewali niebiański zapach. Ludzie nie umieli wyjaś­nić, dlaczego najbiedniejsi w tłumie wyglądali na królów, przed którymi rozstępowano się z szacunkiem, jak morskie fale przeci­nane przez wspaniałą łódź.

To Gwiazda Morza przechodziła. To Łódź niosąca Pokój wchodziła tam, gdzie była wojna na świecie. To Zwyciężczyni przechodziła tam, gdzie pełzał szatan. Oczyszczała drogę dla Sło­wa, które przychodziło połączyć Niebo z Ziemią.

Pobladła i spokojna szła na spotkanie Miłości, [przejawiającej się] już nie tylko w objęciu duchowego ognia, lecz w cieple praw­dziwego ciała, które było z niewiasty, ale które było Bogiem. Jó­zef przerwał tę ekstazę, wpatrując się w Nią, pełen szacunku, jak­by przechodził przez Boży próg. Chciał, żeby jego małżonka po­siliła się i odpoczęła. Nie było wtedy wiele słów. Tylko jedno spojrzenie, jedno słowo: „Józefie!"... uścisk ręki... a w Józefa wlała się fala ekstazy jakby z pucharu wypełnionego po brzegi.

Słowa mącą atmosferę, w której żyje Bóg. Sprawiedliwym nie potrzeba słów, aby ich przekonać o obecności Boga i o przedziwnych skutkach tej obecności w sercu.

Albo się wierzy, albo się nie wierzy. Jeżeli macie Boga w sobie, wierzycie, gdyż odczuwacie Go żyjącego w stworzeniu poza zasłonami ciała. Jeżeli nie macie Boga, żadne słowo nie może was przekonać o zjednoczeniu Boga z ludzkim sercem. [Łaska] wiary jest tym, co daje zdolność wierzenia. A posiadanie Boga jest tym, co daje możliwość dostrzegania Boga żyjącego w wa­szym bliźnim. Nie da się ludzkimi sposobami wyjaśnić tajemnicy Boga i powodów Bożego [działania]. Moje drogi są ponad dro­gami waszymi. Tylko wtedy gdy żyjecie pokorni, [zanurzeni] w nadprzyrodzoności, potraficie dostrzec - przez szczelinę otwartą przez Dobroć dla was - duchowe relacje i zachwycające kontakty między duszą a Bogiem.

Stworzenia, wybrane przez Boga dla [doznania] ekstazy, żyją jak iskry tańczące w pożarze - w radości oślepiającego blasku, w szumie Boskich płomieni, w stapianiu się iskry z płomieniem, aże­by coraz bardziej żyć, rozpalać siebie i zapalać [innych]. Sycą się pokarmem w Ośrodku Miłości, wznoszą się ku Miłości. Ich miłość zwiększa Jej chwałę. Z Miłości zaś czerpią życie i własną chwałę.

Maryja miała w Sobie Najświętszy Ogień, była ogniem. Prawa Życia ulegały jakby unicestwieniu przez to życie żarem, i były one coraz bardziej niweczone, w miarę jak pożar się przybliżał, ażeby przemienić się w Ciało nowonarodzonego. Dlatego w szczęśliwej chwili Mojego pojawienia się na świecie Maryja pogrążyła się w ekstazie, w jasności Ośrodka Ognia. Wynurzyła się z niego, nio­sąc na rękach Kwiat Miłości. Przeszła od głosów Boskiego Pło­mienia do anielskich dźwięków; od blasku kontemplowanej Trójcy - do stopienia się, do oglądania anielskich chórów, które zstępo­wały ogłosić ziemi obietnicę Pokoju i stać się koroną Matki - Kró­lowej, Matki Króla królów. Po objęciu Boga Swoim porwanym [w ekstazie] duchem Maryja objęła Syna Bożego, Swego Syna, ramionami, które nie znały objęcia mężczyzny.»

 

Znak Światłości

Mówi Jezus:
«Charakterystycznym znakiem Mojego narodzenia się na świecie była światłość. Wiele razy jakieś wydarzenia wiążą się ze zjawiskami, które nazywacie przypadkowymi zbieżnościami i tak je tłumaczycie. Tymczasem są to zapowiedzi, wezwania Boże, dla przyciągnięcia waszej uwagi ku pewnemu faktowi ważnemu dla jakiegoś okresu w dziejach świata lub dla życia jednostki. Wy zaś kierujecie uwagę na tysiące bardziej lub mniej potrzebnych rzeczy.

Ja byłem „Światłem". [Dlatego] światło Mnie poprzedzało, otaczało, zapowiadało, prowadziło Mnie i doprowadzało do Mnie czystych sercem. Wydawało się - jak ci powiedziałem - że świa­tłość emanowała z Maryi, gdy na [osiołku], ubogim środku [podróżowania ludzi] biednych, podążała w skupieniu drogami Pale­styny. Mówiłem ci innym razem, że tent kto ma w sobie Boga wydziela jakby fale światła i zapachu, nie tylko duchowo. Wewnętrzny Skarb staje się widoczny dla innych istot. Wylewa się z noszącej Go żywej szkatuły. [Kiedy tak jest,] mówicie: „Ten ma w sobie coś szczególnego. Co za oblicze! Jaka postawa! To świę­ty!"

Maryja była Cała Święta i nosiła Świętego świętych. Dlatego posiadała doskonałość ludzkiej świętości już tak zbliżoną do Bo­ga, że była niemal równa świętości Jej Boga. Posiadała Doskona­łość Boga, który się oblekł ciałem, prosząc, by Go karmiła Swą dziewiczą krwią, by Go uformowała, by Mu była schronieniem na dziewięć miesięcy Jego kształtowania się jako człowieka.

Bóg karmił się Maryją. Bóg - Człowiek ukształtował się dzięki Maryi. Od Mojej najsłodszej Matki przejąłem cechy fizyczne i moralne: słodycz, łagodność, cierpliwość. Ojciec dał Mi Dosko­nałość, ale Ja chciałem przyjąć od Błogosławionej, która była Moim czystym gniazdem, szatę fizyczną i najcenniejszą szatę moralną charakteru.

Maryja była najświętsza ze wszystkich stworzeń, jakie posiadała ziemia. Dlatego wydzielała świętość - nie jak zamknięte na­czynie, z którego przenikają cząsteczki zapachu, lecz jak rozpalo­na gwiazda, wydzielająca wonie i promienie nadprzyrodzonej mocy.

Chrzciciel poruszył się w łonie swej matki, otrzymując falę Łaski, która promieniowała z Maryi. Przez to został uświęcony. Ta emanacja była tak mocna, że pokonała barierę ciała, za którą kształtował się owoc Zachariasza i Elżbiety, żeby być Moim ewangelizatorem. Ewangelia znaczy „Dobra Nowina". Jan przeka­zał ludziom „Dobrą Nowinę" o Mojej obecności wśród ludzi. Nie popełniam więc błędu, gdy go nazywam „Moim ewangelizatorem". To [wyjaśnienie jest] dla [lubujących się] w podważaniu słów.

Także w tych, którzy bezpośrednio podchodzili do Maryi, były widoczne skutki [tego spotkania]. Pozostawiała bowiem za Sobą smugę oddziaływującej świętości. Ci, których serca nie odpycha­ły Łaski, podchodzili [do Niej], otrzymując [zaczątek] przezna­czonej im świętości. Gdy już człowiek wszystko pozna, wtedy zobaczycie, że pomiędzy pierwszymi idącymi za Synem Maryi było wielu takich, którzy mieli z Nią przypadkowe spotkania. Zostali obmyci i przeniknięci Łaską, która z Niej się wylewała. Poznacie wtedy liczne cuda, dokonane przez Całą Piękną i Pełną Łas­ki.

Maryja nawraca teraz najtwardsze serca i ratuje najbardziej zaciętych grzeszników. To Gwiazda, która ponownie wzniosła się do Nieba. Jednak czas Jej mocy nie zaczął się w dniu [Wniebo­wzięcia], kiedy się uniosła, żeby na nowo spocząć na Moim Sercu. Uczyniła dla Mnie piękniejszym Raj, dopełniła go, gdyż odtąd jest w nim Mama, którą nieskończenie kochałem i której wszystko za­wdzięczam jako człowiek. [Otrzymała moc] w zamian za wszyst­ko, co od Niej miałem. Uświęcanie ludzi za pośrednictwem Maryi zaczęło się od chwili, w której Duch uczynił Ją Matką, a Syn Bo­ga przyjął ciało w Jej błogosławionym łonie.

Józef - sycąc się tą emanacja [świętości Maryi] - stał się nie­mal [zupełnie] podobny do Pełnej łaski. Sprawiedliwy wylewał łzy szczęścia z powodu przepełniającej go radości, mistycznej ra­dości kontemplującego, gdy pochylał się nad cudem objawienia się Boga. Adoracja i milczenie były cechami świętego Józefa... i pełen czci szacunek dla Błogosławionej, której był naturalnym opiekunem... i miłość...

[Była to] pierwsza czysta miłość małżonków - miłość, jaka po­winna istnieć między ludźmi według zamiaru Stworzyciela: miłość bez zmysłowego żądła i bez błota przebiegłości, miłość naturalna i zarazem anielska. W duszy Adama i jego dzieci, zgodnie z zamy­słem Stwórcy, miała przebywać anielska czystość ducha połączo­na z ludzką tkliwością. W miłości małżonków nie miało być roba­ka pożądliwości i miała ona wydawać dzieci w czystych łożach, tak jak kwiat rozwija się bez grzechu z noszącej go łodygi.

Być czystym nie oznacza rezygnowania ze związku małżeńskie­go. Oznacza wypełnianie go z myślą o Bogu. On zaś z dwóch ro­zumnych istot zwierzęcych czyni dwóch małych stworzycieli. Mał­żonkowie mają uczynić z małżeństwa święte stwarzanie cieszące się kołyską, lecz nie splamione żądzą, tak samo jak Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę - nie dając im podstępnej myśli ani nie wkładając w ich źrenice cielesnego światła, które by ujawniło przed niewinnymi ciało.

Małżonek szlachetny i kochający w sposób święty, pragnie stać się podobnym do współmałżonka. Kto bowiem kocha, ten pragnie stać się podobnym do ukochanej istoty. Stąd związek małżeński dobrze rozumiany jest wzajemnym podnoszeniem się. Nie ma bo­wiem człowieka całkowicie przewrotnego. Aby więc wspinać się we wspólnych zawodach po schodach świętości, wystarczy coś poprawić u każdego, mając na względzie dobro drugiego. Ze świętością małżeńską i jednostkową jest jak z rośliną, która wypu­szcza pędy coraz wyżej i pnie się, pnie się ku lazurowi [Nieba]. Dziś - jedna cnota. Jutro z tej cnoty wyrasta inna, coraz wyższa, a z ludzkich cnót wzajemnego podtrzymywania się [małżonkowie] wznoszą się na szczyty nadprzyrodzonego heroizmu.

Józef, święty i czysty małżonek Świętej i Czystej, uczył się dzień po dniu - jak dziecko od nauczycielki - upodabniania się do Boga. Ponieważ zaś w jego sprawiedliwym sercu nic nie sta­wiało barier Łasce, dlatego dzień po dniu stawał się coraz bar­dziej podobnym do swojej ukochanej Nauczycielki. Stawał się dzięki temu podobnym do Boga, którego najdoskonalszą kopią była Maryja.

W świętą noc światłość przebudziła Józefa, który modlił się z tak wielką siłą, że doszedł do otoczenia siebie mistyczną barierą, izolującą duszę od tego, co zewnętrzne. Wcześniej grotę z trudem oświetlało małe ognisko z suchych gałęzi, które już dogasało, gdyż go nie podsycano. [Teraz] rozlało się tu spokojne światło, które stopniowo powiększało się - niemal jak blask księżyca, któ­ry najpierw ukrywał się za zasłoną z obłoków, a potem wyłonił się z nich i zniżył się czysty, żeby posrebrzyć ziemię.

Maryja też była w światłości, na kolanach, oparta na piętach. Ja się bowiem rodziłem, gdy Ona się modliła. Maryja ze łzami i z uśmiechem całowała Moje dziecięce ciało. Niewiele było słów nawet teraz. Tylko zwykłe: „Józefie!" i pokazanie mu Owocu Jej świętego łona.

Bóg najpierw odkupił rodzinę. [W małżeństwie Maryi i Józefa] Przedwieczny odbudował ją taką, jaką ją zamierzył. Dwoje ko­chających się święcie, w święty sposób, spotkało się w pochyleniu nad nowonarodzonym. W pocałunku, jakim się darzą nad tą kołyską, nie ma rozwiązłości, lecz wzajemna wdzięczność i obustronna obietnica kochania się miłością wzajemną, która wspomaga i po­ciesza.

Gdy weszli pierwsi pasterze, znaleźli dwoje Świętych, wciąż połączonych w miłości i adoracji. Józef, mężczyzna dojrzały, [wyglądał jak] ojciec Dziewicy i Dziecka, tak bardzo w jego pos­tawie była widoczna wolna od zmysłowości czułość, którą - nie­stety - widać jedynie w oczach ojców.

I tak Światłość była już na ziemi. Z otwartych Niebios świat­łość zstępowała wraz z aniołami, gasząc swą rajską wspaniałością blask gwiazd w tę pogodną noc. Nie zauważyli jej jednak uczeni, bogaci, zajęci przyjemnościami. Światłość zbudziła tylko pokor­nych pracowników, którzy wykonywali swą pracę.

Praca zawsze jest święta, na czymkolwiek polega. Praca króla, który podpisuje zarządzenia nie jest większa od [pracy] wieśnia­ka, który orze ziemię, lub pastucha, który czuwa nad stadem. To Obowiązek, To Wola Boża. Dlatego zawsze jest wzniosła. Dlatego [dzięki niej] zdobywa się taką samą nagrodę lub taką samą karę nadprzyrodzoną. I nie ocali was przed karą ani nie pozbawi was nagrody: noszenie korony lub trzymanie kija z wikliny. Kto spełnia swój obowiązek, wypełniając przez to Najświętszą Wolę, temu Bóg się objawia i bierze go na świadka Swych cudów.

Także pasterzom objawił się Bóg. Zostali oni powołani do da­wania świadectwa o Bożym cudzie. W światłości - która stała się już promieniejąca, gdyż całe Niebo było nad grotą i w niej - Emmanuel stał się widoczny dla innych [- po rodzinie -] odkupio­nych na ziemi: dla pracujących.

Bóg bowiem przyszedł uświęcić oprócz Rodziny - pracę. Pra­ca, nad którą zaciążyło przekleństwo po grzechu Adama, stała się błogosławieństwem dla człowieka od chwili, w której Syn Boga zechciał stać się pracownikiem wśród ludzi.

Światłość przyszła na świat. Nie mogła ona jednak zamknąć się w nędznej grocie ani ograniczyć się do betlejemskiej wioski. Światłość rozproszyła się od wschodu na zachód, z północy na południe. Nie powiedziała hulakom o swym ukazaniu się ani sło­wa nie rzekła swym blaskiem wesołkom. Przemówiła natomiast do tych, którzy - czyści w sercach i spragnieni Prawdy - korzyli naj­światlejszy umysł do stóp Boga i czuli się drobinami przy Jego Świętości.

Światłość ukazała się tym potężnym, którzy z potęgi swego [umysłu] uczynili narzędzie duchowych zdobyczy. Napełniając isk­rzeniem cztery strony firmamentu, wezwała ich do adorowania jej. [Światłość ukazała się też] możnym, gdyż Bóg przyszedł, żeby uświęcić potężnych - po Pracownikach i Rodzinie - a wraz z mo­żnymi - Wiedzę. Bóg jednak nie ukazał się ani złym możnym, ani bezbożnym uczonym. Nie ich obsypał błogosławieństwami. [Zro­bił to] dla tych, którzy z daru potęgi i wiedzy uczynili sobie środek nadprzyrodzonego wzrostu, a nie - ucisku [ludzi] i zaprzeczania [Bogu].

Bóg jest Królem także dla królów. Bóg jest Nauczycielem także dla nauczycieli. Światło znalazło wielu nauczycieli na ziemi, lecz tylko dla nauczycieli pragnących Boga Światło stało się [czymś] pociągającym. I zawsze tak jest. Łaska działa tam, gdzie jest pragnienie posiadania jej. Działa tym mocniej, aż do stania się Sło­wem i Obecnością, im żywsze jest pragnienie posiadania jej i by­cia [przez nią] posiadanym.

Z bardzo odległych krain przyszli przed Króla królów możni. Prowadziło ich to jedyne, które godne jest być oznaką Boga: światłość. [Mędrcy] należeli do pierwszych z niezliczonych [tłu­mów], które przez wieki będą podejmować mistyczny marsz ku Bogu.

Nie byli to możni z Palestyny. Nie byli to ci, którzy uznawali siebie za strażników Bożych tajemnic i rozporządzeń, lecz - dale­cy. Postanowienia i tajemnice Boże pozostawały dla [możnych Palestyny] niezrozumiałe, gdyż nie było w nich świętości. Znaki zaś niebieskie i słowa Księgi były [według nich] zwykłymi mete­orami i prostymi słowami, bez większego nadprzyrodzonego zna­czenia.

Przyszedłem jako Światłość na świat: Światłość dla świata, Światłość do świata. Wezwałem świat ku Światłości. Cały świat. I wzywam go. Wzywam go od dwudziestu stuleci, bez ustanku. Nie przestaję sprawiać, że nad waszymi ciemnościami rozbłyska Moje Światło. Gdybyście umieli wznieść się ponad zaporę mgły - jaką rozpostarliście nad światem - ujrzelibyście Boskie Słońce, zawsze promieniejące i życzliwe dla ludzi, dla wszystkich ludzi.

I nie ma się czemu dziwić, że was już wyprzedzili ci, którzy są najdalej od katolickiego Rzymu. Z trzech punktów ziemi Kasper, Melchior, Baltazar, na grzbietach cierpliwych wielbłądów, przy­byli do Światła świata, którego nie widzieli rodacy Syna Maryi. Afrykańczycy, Azjaci, Australijczycy zbliżyli się do Krzyża, któ­ry wy odrzuciliście. I oni was przewyższą.

W ostatnim dniu, kiedy wszystko, co [odnosi się do] czasu i ludzi zostanie oświetlone z każdej strony, ujrzy się pustkę niewdzięczności, którą pozostawiliście wy, katolicy od wieków. Tym­czasem inni: bałwochwalcy i heretycy, zachwyceni Chrystusem, Świętym Panem, przyjdą z duszami uczynionymi dziewiczymi przez Łaskę.

Ileż przejawów ciemności w cywilizowanym świecie! To wa­sza hańba i wasza kara. Nigdy nie wolno wam było ani nigdy nie możecie sobie pozwalać na odrzucanie i wypieranie się Światła danego wam jako pierwszym. Ciemności was zabijają, a wy nie chcecie ich porzucić. Stąd bierze się wszelkie dręczące was zło, które przychodzi jak obrzydliwe nocne zwierzę i karmi się waszą krwią, waszym cierpieniem. Już Mnie nie chcecie. Już Mnie nie rozumiecie. Nawet ci z „Mojego domu" już Mnie nie rozpoznają. Ja też z trudem ich poznaję, tak bardzo oszpeciły ich liczne cho­roby ciała i umysłu.

To pierwsza niedziela Adwentu, która zwiastuje przyjście Światłości na świat. Dziś proszę was, dzieci: jeśli z powodu upo­dlenia waszych dusz nie ośmielacie się już patrzeć na Mnie, Od­kupiciela i Sędziego, gdyż boicie się Bólu, a Sprawiedliwość was przeraża, spójrzcie na Mnie jako na małe dziecko na kolanach Maryi. Małe dziecko rozdaje tylko pieszczoty i uśmiechy.

Ulitujcie się nad Moją nagością i ubóstwem. Nie ubrania jed­nak ani pieniędzy pragnę, lecz miłości: waszej miłości. Nie chcę złota ani kadzidła. Chcę tylko waszej miłości. Chcę jej, gdyż ko­chać i znać Mnie - to Życie i Prawda. Jak Maryja zrodziła Mnie przez działanie miłości, tak Ja pragnę was zrodzić przez miłość. Moja miłość jest żywa i działająca, lecz potrzeba także waszej mi­łości.

Przyjdźcie do Mnie i przyjmijcie Mnie do siebie. Otworzę w was potoki Światła i Łaski. Sprawię, że staniecie się synami Boga, jak Ja [Nim jestem].  Błogosławieni, którzy przyjmują Moje Światło. Ja będę w nich. Będę przebywał w nich w ich duchu.

Słowu bowiem nie potrzeba siedziby glinianej, lecz żywej. Ono chce zamieszkać w duchu człowieka.

Chwała Pana objawia się tym, którzy Mnie przyjmują. A gdzie Ja jestem, jest ze Mną Ojciec i Duch. Chwała Pana objawia się im w pełni, ogarnia ich radością, a Łaska jest ich życiem. I jest ponad nimi Boskie Ojcostwo, Braterstwo, Miłość, dając im przed­smak wiecznego szczęścia, jak słońce na wyżynach nieba.

Maryja w blasku Swej ekstazy ofiarowuje Mnie waszej miłości. Pochylcie czoła przed Miłością, która stała się Ciałem. Ona po­rzuciła Niebiosa, ażeby [przyjść i] was zabrać do Nieba. Przyszła w czasie wojny, aby wam przynieść Pokój.»

Od trzech dni moja dusza doświadcza nie kończących się eks­taz. Oprócz słów doznaję też wizji. Moją duszę ogarnęła czystość i światło, gdyż niewinność Matki Dziewicy i Światło jest we mnie.

Chwała Bogu za Jego dobroć, która dozwoliła Jego służebnicy ujrzeć to, co widzą aniołowie i co zlewa Pokój na moją duszę.

Radio nadaje w tej chwili: „Agnus Dei" z niedzielnej mszy świętej. Ale ja widziałam Baranka zaledwie narodzonego, śpiące­go na kolanach Czystości... a On jest piękniejszy od najpiękniej­szej muzyki...

 

Miłować Maryję...

Mówi Maryja:
«Nie powinnaś się zbytnio smucić, myśląc o tym, że Mnie za mało kochałaś. Nie tylko ty... Ja jestem Mamą, rozumiem i wy­baczam. [Ludzie] jeszcze niedoskonali mają wady. Ja nie kocham mniej wtedy, gdy jestem mało kochana. Wystarczy Mi, że kocha­cie przynajmniej Mojego Syna. Ty zaś bardzo Go miłowałaś wte­dy, gdy Mnie jeszcze mało kochałaś.

Zwrócę twoją uwagę na jeden fakt w Moim życiu Matki Boga. Umyka on wielu, a jest pewną wskazówką, dotyczącą także przy­szłych relacji między Mną a odkupionymi przez Jezusa.

Kiedy pasterze przyszli do groty, patrzyli tylko na Moje Dzie­ciątko i Jemu wyrażali miłość. Ja i Józef byliśmy dla nich posta­ciami drugoplanowymi. U stóp biednego posłania - w którym Jezus spał, kiedy nie leżał na Moich kolanach - złożyli dary i ser­deczności. Nie ubolewałam nad tym, że hołdów nie złożono Mnie - roślinie, która dała światu Kwiat z Niebios. Wystarczyło Mi, że kochali Moje Dziecko i że Je bardzo kochali. Potem tak wielu bę­dzie Go nienawidzić!

Nikt - spośród obecnych przy ciągle powtarzającym się obrzę­dzie ofiarowania w Świątyni - nie myślał o Mnie. Oglądali Mój Skarb i wychwalali Go z powodu Jego niezwykłego piękna. Jego Mama zaś otrzymywała jedynie ludzką pochwałę. Tylko święci rozpoznali, kim byłam: Matką Zbawiciela. Elżbieta, Symeon i Anna ujrzeli ją we Mnie.

Przez swoje rozpoznanie udzielili Mi najwyższej pochwały. Ci troje byli „święci", pierwsi zaś, [którzy chwalili Mnie za pięk­no Dziecka,] byli „dobrzy". Duch Święty dziala w sercach świę­tych i udziela im światła nadprzyrodzonego poznania. Duch Święty rozświetla serca świętych, aby Mnie ujrzeli. Ujrzeć Mnie w świetle Bożym oznacza naprawdę Mnie pokochać.

Mój Najświętszy Syn sam działa, aby was przyciągnąć do Swojej miłości. Ja też was kocham i czekam, modląc się za was. Jestem Dziewicą oczekiwania. Od najmłodszych lat czekałam na

Oczekiwanego przez narody. Jestem Współodkupicielką, która wyczekiwała na godzinę umierania u stóp Krzyża, żeby dać wam Życie. Jestem Matką, która czeka na waszą prawdziwą miłość, a nie na powierzchowny kult, ograniczający się do wielości słów. Modlić się nie znaczy [odmawiać] wiele modlitw. To znaczy ko­chać. To znaczy pozwolić mówić swojemu sercu.

Ja jestem Milczącą. Jestem Nową Ewą, która uczy was milczenia. Z powodu mówienia Ewa pozwoliła się zwieść. Dzięki Mojemu milczeniu weszło na świat Odkupienie. Uczcie się ode Mnie cnoty milczenia, gdyż w zewnętrznym milczeniu serce mówi do Boga, a Bóg - do serca. Moje milczenie nie było bezczynnym milczeniem martwej duszy. Było największą aktywnością ducha.

Trzymając w ramionach Moje Dzieciątko, które nie potrafiło jeszcze mówić, wypowiedziałam w Jego imieniu ofiarowanie się Ojcu. On był jeszcze tak maleńki, że potrafił tylko kwilić... Mój Syn - Bóg, Głos Ojca, Słowo Ojca, które z miłości uniżyło się, stając się dzieckiem płaczącym jak baranek... W chłodzie groty w Betlejem wypowiedziałam pierwsze „Ojcze nasz". [Uczyniłam to] trzymając wysoko w ramionach Mojego Baranka, który przy­szedł na świat, aby ponieść śmierć i aby dać życie tym, którzy mieli martwe dusze. Jako pierwsza powiedziałam, płacząc: „fiat voluntas tua". A czy wiesz, co oznacza dla mamy powiedzieć Wiecznemu słowa: [„Bądź wola Twoja"]?

Teraz, gdy widzę, że z miłości do Mojego Syna jakieś stwo­rzenie wypełnia Wolę Bożą - która jest ponad wszystko pragnie­niem miłości - skreślam jego dług [braku miłości] wobec Mnie. Zwiększam też Moją miłość do niego. Potem Jezus przynosi Mi to stworzenie. Pozostawiam Mojemu Jezusowi troskę o to, żeby Mnie kochano. Gdzie jest On, tam jest także Duch Boży. A gdzie jest Duch Boży, tam jest Wiedza i Światłość. W sposób nieunik­niony zostaniecie więc potem pouczeni [przez Ducha] o miłości do Mnie.

Kiedy zaś pokochacie Mnie, zaprawdę wtedy przyjdę. A Moje przybycie jest zawsze radością i ocaleniem.»

 

A Jego Ojciec i Matka dziwili się...

Mówi Maryja:
«Łukasz - kiedy wspomina Ofiarowa­nie w Świątyni - stwierdza, że „ojciec i matka dziwili się te­mu, co mówiono o Dziecku" (por. Łk 2,33). Zdziwienie obojga małżonków ró­żniło się jednak. Ja, której Duch - Oblu­bieniec objawił całą przyszłość, dziwiłam się w sposób ponadnaturalny. Wielbiłam bowiem Wolę Pana, który przywdział ciało, bo chciał odkupić człowieka, i objawił się [tym, którzy mieli w sobie] żyjącego ducha. Dziwiłam się jeszcze bardziej temu, że Bóg wybrał właśnie Mnie, Swoją uniżoną słu­żebnicę, abym była Matką wcielonej Woli.

Józef także się dziwił, jednak po ludzku, gdyż nie znał nic wię­cej prócz tego, co powiedziały mu Pisma i co mu oznajmił anioł. Ja milczałam.

Tajemnice Najwyższego byty jak złożone w zamkniętej arce, w Świętym Świętych. Tylko Ja, najwyższa Kapłanka, znałam je. Chwała Boga zaś zakrywała je - blaskiem nie do zniesienia - przed oczyma ludzi. To były otchłanie blasku. Jedynie dziewicze oko, ucałowane przez Ducha Bożego, mogło na nie patrzeć. Oto dlaczego Ja i Józef dziwiliśmy się: w różny [sposób], lecz oboje dziwiliśmy się.

Podobnie należy tłumaczyć inny fragment u Łukasza: „Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział" (por. Łk. 2,50). Ja rozumiałam. Wiedziałam już wcześniej [o misji Mojego Syna]. Choć Ojciec dopuścił do Mojego wielkiego udręczenia matki, nie skrywał jednak przede Mną wzniosłego znaczenia słów Mojego Syna.

Milczałam jednak, żeby nie zasmucać Józefa, któremu nie zo­stała udzielona pełnia łaski. Byłam Matką Boga ale to Mnie nie zwalniało od szacunku małżonki [należnego] Dobremu. On był dla Mnie miłującym towarzyszem i troskliwym bratem. W naszej Rodzinie nie było zachowań niewłaściwych z żadnego powodu i w żadnej dziedzinie. Kochaliśmy się święcie, troszcząc się tylko o jedno: o Syna,

O! Mojemu Józefowi w godzinie śmierci Jezus odwzajemnił się każdą pociechą, jaką tylko On mógł dać, pamiętając o wszyst­kim, co otrzymał od tego Sprawiedliwego. Jezus jest wzorem dziecka, tak jak Józef jest wzorem męża. Wiele bólu doznałam od świata i ze względu na świat. Mój święty Syn i Mój sprawiedliwy małżonek nie dopuścili jednak, żeby z Moich oczu popłynęło jesz­cze więcej łez.

Gdy u Mego boku nie było już Józefa i Ja pozostałam pierw­szym autorytetem Mego Syna na ziemi, już nie milczałam, jak­bym nie rozumiała. Już nikogo nie mogło dręczyć to, że widziałby, iż go przewyższam w pojmowaniu [wydarzeń]. Przemówiłam więc w Kanie. „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie" - powie­działam. Wiedziałam, że Jezus niczego Mi nie odmawia i że mimo Swych powściągliwych słów już spełnia pierwszy cud. Ja go wy­wołałam i Syn ofiarował Mi go jak jasną różę, zrodzoną wiosną - pierwszą na różanym krzewie.

Trzeba umieć czytać Ewangelię, Mario. Ludzie nie potrafią jej czytać. Ja poprowadzę cię za rękę i wytłumaczę ci to, czego Mój Jezus ci nie wyjaśni. Jestem Mamą wszystkich i was dwojga. Chcę, żeby Moja córeczka poznała swego słodkiego Jezusa, na­szego Jezusa - tak jak niewielu Go zna.

Im lepiej go poznasz, tym bardziej Go pokochasz. Im bardziej Go pokochasz, tym bardziej Mnie uszczęśliwisz.»

 

Któż jest Moją Matką?

Mówi Maryja:
«Jeszcze jeden dar Mamy z okazji Mojego święta.

Są w Ewangelii inne dwa zdania odnoszące się do Mnie, które wy pojmujecie lepiej lub gorzej. Wyjaśnię ci je.

Mówi Mateusz: „Gdy Jezus jeszcze przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: 'Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą'. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: 'Któż jest Moją Matką i którzy są Moimi brać­mi?' I wyciągnąwszy rękę ku Swoim uczniom rzekł: 'Oto Moja Matka i Moi bracia! Bo kto pełni wolę Ojca Mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem i siostrą, i matką!'" (Mt 12,46-50).

[Czy Jezus] wyrzekł się Swojej Matki? Nie. Pochwalił Swoją Matkę, która doskonale wypełniała Wolę Ojca. Mój Jezus dobrze wiedział, czyją wolę spełniam! Wolę [Boga] uczyniłam Swoją i przed nią się nie cofałam. Każda upływająca minuta powtarzała Mi jak uderzenie gwoździa wbijanego w serce: „To zakończy się na Kalwarii". Dobrze wiedziałam, iż zasłużyłam na to, żeby być Matką Boga, bo wypełniałam tę Wolę. Gdybym jej nie wypełniała, nie byłabym Jego Matką. Dlatego Ja bardziej niż wszyscy, którzy Go słuchali, byłam z Nim połączona węzłem silniejszym od krwi - więzią nadprzyrodzoną. Ja [byłam] pierwsza między wszystkimi uczniami, [wyprzedzając ich] w czasie i przez pozna­nie. Słowo Boga bowiem pouczało Mnie, odkąd nosiłam Je w Moim łonie. Ja byłam „Jego Matką" [również] w takim znacze­niu, jakie On wyraził w Swych Boskich słowach. Łącząc się z lu­dzkim uznaniem słuchaczy, Jezus wyraził też Swoje Boskie uzna­nie dla Mnie, prawdziwej Matki, gdyż dowalam życie Woli Ojca Jego i Mojego.

Łukasz opowiada, że raz, gdy Jezus przemawiał, jakaś kobieta zawołała: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś". Mój Syn odpowiedział jej: „Jeszcze bardziej błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je!" (Łk 17,27-28).

Być Matką Jezusa - to łaska, którą nie wolno Mi było się chwalić. Spośród wielu milionów dusz stworzonych przez Ojca On niepojętym postanowieniem wybrał Moją [duszę], żeby była bez skazy. Przedwieczny nie chciał, żebym się korzyła w Niebie, dlatego uczynił Mnie Królową w szczęśliwej chwili, w której - po opuszczeniu ziemi - objął Mnie uścisk Mego Syna. Tęskniłam za tym bardzo w czasie rozdzielenia. To pragnienie spalało Mnie jak płonąca lampa. Gdyby Mi jednak pozwolił, pozostałabym na zawsze z twarzą przy ziemi przed Jego Majestatem. Ukorzyłabym przed Nim całą Siebie. [Uczyniłabym to] na wspomnienie Jego łaskawego postanowienia, dzięki któremu - ze wszystkich dusz - Mnie dał duszę ochrzczoną z wyprzedzeniem, nie przy pomocy wody i soli, lecz przy pomocy ognia Swej Miłości. Nie wzbudziło we Mnie porywu pychy to, że On ssał Moją pierś. Mógł przecież przyjść na ziemię, aby być Ewangelizatorem i Odkupicielem bez uniżania Swego wcielonego Bóstwa naturalnymi potrzebami dziecka. Jak do Nieba wstąpił po Swej Misji, tak mógł też zstąpić z Nieba, aby ją rozpocząć, już wyposażony w dorosłe i doskonałe ciało, konieczne z powodu waszej ociężałości [istot] cielesnych. Wszystko może Mój Pan i Syn. Ja zaś stałam się tylko narzę­dziem, żeby uczynić dla was bardziej zrozumiałym i bardziej przekonywującym prawdziwe wcielenie się Boga - najczystszego Ducha - w szaty Jezusa Chrystusa, Syna Maryi z Nazaretu. Ja zachowywałam tylko Słowo Boże i oczyszczałam zmysły duszy przez całkowitą czystość od dzieciństwa. Na tym polegała [Moja] wiel­kość. Słuchałam Słowa, które było Moim Synem, żeby uczynić Je Moim Chlebem i coraz bardziej stapiać się z Moim Panem. To było [dla Mnie] szczęściem.

„ O, Święte Słowo, Darze udzielony umiłowanym przez Boga, Szato płomienna opasana blaskami, Życie, które stajesz się Ży­ciem dla tych, którym [się] udzielasz, bądź coraz bardziej przez nich kochany, jak Ja Cię kochałam, żarliwie i pokornie.

Działaj w Moich dzieciach, o Słowo Najświętsze. Ja bowiem przyjęłam je za Swoje u stóp Krzyża, aby doznać pociechy w Mo­jej udręce Matki, której zabito uwielbianego Syna. Doprowadź je do Nieba drogą jaśniejących prawd i gorejących czynów.

Przyprowadź, ich do Mo­jego Serca, na którym spałeś jako Dziecko i na które złożono Ciebie za­bitego. Są na nim jeszcze krople Twojej Najświę­tszej Krwi i Moich łez. Niech w zetknięciu z nimi rozproszą się w nich re­sztki tego, co ludzkie. Oś­wietleni Twym Światłem niech wejdą z Tobą do Miasta, w którym wszyst­ko jest wieczną doskona­łością i w którym Ty kró­lujesz i będziesz królował Synu Mój Święty!"»

 

Moje Dzieciątko

Mówi Maryja:
«Pisze Łukasz, Mój ewangelista, że Mój Jezus - po obrzezaniu i ofiarowaniu Panu - „rósł i nabierał mocy napełniając się mądro­ścią, a łaska Boża spoczywała na Nim". Jeszcze dalej powtarza, że jako dwunastoletni chłopiec był nam poddany i „rósł w mądro­ści, w latach i w łasce u Boga i u ludzi".

Wierni, odchodząc od [prawdziwej] pobożności, wykrzywili porządek [natury], jaki Bóg zachowuje także w stosunku do Sie­bie, w odniesieniu do Swego istnienia [jako] Syna Człowieczego. Legenda chętnie więc czyni z Mojego Dzieciątka istotę cudowną i nienaturalną, która już od urodzenia zachowywała się jak [doro­sły] człowiek. [Zachowania te u dziecka] byłyby czymś zupełnie nieprawidłowym, wręcz nienormalnym. Bóg jednak nie karze te­go [wyrazu] błędnej pobożności. Widzi w tym bowiem, toleruje to i osądza jako akt miłości niedoskonałej w swym przejawie, lecz zawsze miłej, bo szczerej.

Ja zaś pragnę mówić ci o Moim Dzieciątku takim, jakie było, gdy bez Swojej Mamy nie mogło nic zrobić. [Jezus] był istotką delikatną, kruchą, o jasnych włosach, lekko różową i piękną. Był piękny jak żaden syn człowieczy. Był dobry, lepszy niż anioło­wie, których stworzył Ojciec Jego i nasz. Jego wzrost nie był ani większy, ani mniejszy od wzrostu zdrowego dziecka, pielęgno­wanego przez mamę.

Moje Dzieciątko było inteligentne... Bardzo... Jak [inteligent­na] może być tylko istota doskonała... Ale Jego inteligencja bu­dziła się dzień po dniu, zgodnie z regułą [rozwoju] wspólną dla wszystkich [istot] narodzonych z niewiasty.

Jego główka była jasna jak słońce, które po wschodzie toruje sobie drogę. Pierwsze spojrzenia, już nie błędne jak w pierwszych dniach, zaczęły się zatrzymywać na różnych rzeczach, a szczegól­nie na Mamie. [Potem przyszedł czas na] pierwsze uśmiechy -najpierw niepewne, a następnie coraz bardziej świadome - gdy się schylałam nad Jego kołyską lub kiedy Go brałam na kolana, aby dać Mu mleka, umyć, ubrać i pocałować.

[Zaczął wymawiać] pierwsze niewyraźne słowa, a następnie coraz wyraźniejsze. Jakież to szczęście być Mamą, która może uczyć Syna Bożego wypowiadać: „Mama!". Jakie to było święto dla Mnie i Józefa, kiedy po raz pierwszy wypowiedział dobrze to słowo. Nikt nigdy nie wypowie go z tak wielką miłością, a On będzie Mi je mówił aż do ostatniego tchnienia.

Ileż pocałunków tej buzi, w której były pierwsze ząbki! [A po­tem] zaczął stawiać pierwsze kroki delikatnymi nóżkami, różo­wymi jak płatki lekko zaróżowionej róży. Te nóżki pieściłam i całowałam z miłością mamy i czcią wiernej. Potem zaś przybito Mi je gwoździami do krzyża. Widziałam je wygięte w skurczu, posiniałe i lodowaciejące. A Jego upadki, gdy uczył się sam cho­dzić... Podbiegałam, żeby Go podnieść i ucałować stłuczenia. O! Wtedy mogłam to uczynić! Zobaczę Go pewnego dnia, jak upada pod krzyżem, już w agonii, poranionego, brudnego od krwi i nie­czystości, którymi Go obrzucił okrutny tłum. Wtedy już nie będę mogła podbiec i podnieść Go ani ucałować Jego krwawych stłu­czeń. Nieszczęsna Mama biednego, skazanego Syna!

Pierwsze [przejawy] Jego uprzejmości: kwiatuszek zerwany w ogródku lub na drodze i przyniesiony Mi... ławeczka, przyciąg­nięta do Moich nóg, żeby Mi było wygodniej... sięgnięcie po przedmiot, który Mi upadł...

A Jego uśmiech... Słońce naszego domu! To bogactwo, które okrywało jedwabiem i złotem nagie ściany Mojego domku! Kto widział uśmiech Mojego Syna, dostrzegał Raj na ziemi. Gdy był dzieckiem, uśmiechał się pogodnie. Gdy stawał się dorosłym, Je­go uśmiech był coraz bardziej zamyślony, a potem - coraz bar­dziej smutny. Ale zawsze się uśmiechał. Do każdego. To był je­den z przejawów Jego boskiego wdzięku, który powodował, że tłumy szły za Nim w zachwycie.

Już sam Jego uśmiech wyrażał miłość. Gdy się do tego uśmie­chu dołączyło słowo - a piękniejszego świat nie posiadał - nawet skiby ziemi i łodygi zboża drżały. To był głos mówiącego Boga, Mario. Jak to możliwe, że Judasz, który Go słyszał, zdradził Go, a żydzi - zabili? To jest tajemnica, którą wyjaśniają tylko niezbada­ne wyroki Boże.

Inteligencja [Jezusa] - coraz bardziej rozwijająca się, aż do osiągnięcia doskonałości - budziła we Mnie podziw i szacunek. Była jednak tak bardzo osłodzona dobrocią, że nigdy nikogo nie zawstydzała. Słodki Mój Syn był łagodny wobec wszystkich, a szczególnie - wobec Swojej Mamy!

Gdy stał się młodzieńcem, powstrzymywałam się od całowa­nia Go, jak to czyniłam, gdy był mały. Nigdy jednak nie zabrakło Mi Jego pocałunków i [wyrazów] serdeczności. Rozumiał prag­nienie miłości Swej Mamy, dlatego usilnie zabiegał o to, żeby Ona, całując Jego święte ciało, piła życie, pijąc równocześnie ra­dość.

Przed Ostatnią Wieczerzą przyszedł szukać pokrzepienia u Swojej Mamy. Przytulił się do Mojego serca jak wtedy, gdy był dzieckiem. Chciał się nasycić miłością Mamy, aby móc się oprzeć brakowi miłości całego świata.

Potem miałam Go na sercu już zimnego i martwego w bladym świetle Wielkiego Piątku. Dla mamy syn jest zawsze małym dzie­ckiem - tym bardziej, kiedy cierpi lub nie żyje. Widziałam więc Moje Dziecko, które stało się jedną raną - zniekształcone przez doznane cierpienie, pokryte skrzepłą krwią, nagie, nawet z przebi­tym Sercem. Ujrzałam zamknięte te błogosławione Usta, na któ­rych były jedynie święte słowa; te uwielbiane Oczy, których spoj­rzenie było błogosławieństwem; te Ręce, które poruszały się tylko po to, by pracować, błogosławić, uzdrawiać, głaskać... Widziałam te Nogi, które się trudziły, aby zgromadzić Swe stado... ono zaś przebiło je gwoździami... To był niezmierny ból. Rozlał się on po ziemi, żeby ją odkupić, i przeniknął niebiosa, które zadrżały z li­tości. Wtedy dałam Mu wszystkie pocałunki, jakie miałam w ser­cu, a których nie mogłam Mu dawać przez te trzy lata [z powodu] przymusowych rozstań. Bez pocałunku i [obmycia] łzami nie po­został ani jeden siniec. I tylko Ja wiem, ile ich było. Pocałunki i łzy jako pierwsze obmyły Jego martwe Ciało. I nie miałam dość całowania Go, aż ujrzałam jak znika pod balsamami, pod cału­nem i bandażami. Na koniec kamień przywalił wejście do Gro­bu.

W poranku Zmartwychwstania mogłam jednak znowu zobaczyć uwielbione Ciało Mojego Syna. Wszedł z [pierwszym] pro­mieniem słońca, który lśnił mniej niż On. Ujrzałam Jego dosko­nałe Piękno. Był Moim [Synem], gdyż Ja Go uformowałam. Był jednak teraz jako Bóg ponad ludzkim czasem. Powracał do Ojca, niosąc Mnie Swoim Boskim Ciałem w niebiosa, bo Ono ukształtowało się w Moim łonie na Moje ludzkie podobieństwo.

Nie było dla Jego Mamy zakazu [danego] Marii z Magdali. Mogłam Go dotknąć. Ja nie mogłam Moim człowieczeństwem skazić Jego Doskonałości, idącej do Nieba. Ta cząstka człowieczeństwa, jaką posiadałam jako Niepokalanie Poczęta, spaliła się na ekspiacyjnym stosie Golgoty - jak kwiat rzucony w ogień. Maryja - Niewiasta umarła razem ze Swoim Synem. Teraz pozo­stała Maryja - dusza, płonąca [pragnieniem], by iść z Synem do Nieba. Mój pocałunek pełen czci nie mógł naruszyć zwycięskiej Boskości.

O! Błogosławiony za Swą miłość! Miałam wciąż w pamięci Jego umęczone Ciało. Wspomnienie tej udręki nie straciło swego żądła. [Jednak] Moją nieustającą pociechę stanowiła pamięć o Jego uwielbionym, zwycięskim Ciele - pięknym boskim i wspa­niałym Pięknem, będącym radością Niebios. Trwała ona w czasie zbyt długich dni Mojego życia. Nieustannie tęskniłam, by skoń­czyło się Moje życie, żeby Go ponownie ujrzeć.

Mario, już od dwóch godzin trwa Moje święto. Zatrzyma­łam cię przy Sobie, żebyś poznała Mego Jezusa. Teraz odpocznij, patrząc na Tych, którzy cię kochają i oczekują. Ujrzyj Piękno, które jest radością świętych.»

 

«MAMO!» - «SYNU!»

Mówi Maryja:
«Kiedy w nienawiści Wielkiego Piątku spotkałam Mego Syna na skrzyżowaniu prowadzącym na Golgotę, żadne słowo nie wy­szło z Naszych ust oprócz: „Mamo!", „Synu!".

Otaczało nas Bluźnierstwo. Okrucieństwo. Szyderstwo, Cie­kawość. Wobec tych czterech [form] Złości zbytecznym było obnażanie najświętszych poruszeń serca. [Złość ta] rzuciłaby się na nie, aby je jeszcze bardziej poranić. Gdy bowiem człowiek osiąga doskonałość w Złu, zdolny jest nie tylko do popełnienia zbrodni przeciw ciału, ale także przeciw myśli i uczuciu bliźniego.

Spojrzeliśmy na Siebie. Jezus, który już przemówił do miło­siernych niewiast, zachęcając je do płaczu nad grzechami świata, na Mnie patrzył tylko przez zasłonę z potu, łez, kurzu, krwi, które okryły skorupą Jego powieki.

Wiedział, że modliłam się za świat i że Nieba bym Mu przy­chyliła, aby Mu dopomóc, przynosząc ulgę w czasie trwania męki. Musiał ją jednak wypełnić przez odwieczne postanowienie. Chciałam Mu Nieba przychylić za cenę męczeństwa całego Moje­go życia, ale nie mogłam. To była godzina Sprawiedliwości.

Wiedział, że kochałam Go jak nigdy. Ja też wiedziałam, że Mnie kocha i że bardziej niż chusta litościwej Weroniki i [bar­dziej niż] wszelka inna pomoc, pocieszyłby Go pocałunek Jego Mamy. Ale także ta udręka była potrzebna, żeby odkupić grzechy braku miłości.

Nasze spojrzenia spotkały się, złączyły, rozdzieliły, rozdziera­jąc Nasze serca. A potem tłum przewraca i popycha Ofiarę ku Jej ołtarzowi. Zasłania Ją przed inną Ofiarą, która już jest na ołtarzu ofiarnym i którą jestem Ja, Matka bolejąca.

Gdy was widzę tak zatwardziałych, uporczywie grzeszących, i gdy myślę, że Nasza nieskończona, podwójna męka nie pobudziła was do dobroci, zastanawiam się, jaka większa udręka byłaby potrzebna, żeby zneutralizować w was truciznę szatana, i nie znajduję jej, gdyż nie ma męki większej od Naszej.

Od chwili Mojego Niepokalanego Poczęcia trzymałam głowę szatana pod Moją niewinną piętą. Gdy jednak nie mógł swą truci­zną zniszczyć ani Mojego ciała, ani Mojej duszy, opryskał nią jak piekielnym kwasem Moje matczyne serce. Choć dzięki łasce Bożej było ono niepokalane, cierpiało - tak mocno, że bardziej nie mog­łoby boleć - z powodu działania szatana. On je ugodził śmiertel­nie przez dzieła synów ludzkich - zabójców Mojego Syna od go­dziny Getsemani aż do końca świata.

O dziecko, które jesteś Mi tak drogie, twoja Matka mówi ci, że do szczęśliwości Nieba wznoszą się, obelgi zadane Mojemu Sy­nowi, żeby Mnie zranić jakby strzałami. Za każdym razem otwie­rają Mi na nowo ranę Wielkiego Piątku. Liczniejsze od gwiazd na firmamencie Bożym są rany, które Moje Serce znosi za was. I nie macie litości nad Matką, która wam dała Swoje życie.

Dziś ponownie mówię do ciebie, bo pragnę cię mieć przy So­bie przez cały dzień. Dzisiaj jestem jeszcze bardziej Królową w Niebie i noszę ze Sobą twoją duszę. Jesteś córeczką, która mało wie o Mamie. Będziesz Mnie kochała tak, jak Mnie kocha Mój Syn - to znaczy całą swą istotą - wtedy, gdy dowiesz się [o Mnie] wielu rzeczy. Poznasz wtedy Mnie i Moje Serce Matki Bo­ga oraz Mamy Jezusa nie jak odległą gwiazdę, której tylko jeden promień się widzi i zna się jej imię, nie jako jakąś idealną i wy­idealizowaną istotę, lecz - żywą i kochaną. [Poznasz Mnie jako] Niewiastę, która rozumie cierpienia kobiety, gdyż najstraszniejsze nie były Jej zaoszczędzone. Wystarcza Jej, że przypomni Sobie Swoje udręki, żeby zrozumieć boleści innych.»

 

Niewiasto, oto Syn Twój!

Mówi Maryja:
«Doszłam [na Golgotę] skrótami i stromiznami, wiedziona bardziej miłością niż własną siłą. Dzięki miłosierdziu Longina mogłam zbliżyć się do Krzyża. Longin był uczciwym żołnierzem, który wypełniał obowiązek i korzystał ze swoich praw zgodnie ze sprawiedliwością. Dzięki temu był przygotowany na cuda Łaski. Za jego współczucie otrzymałam dla niego dar kropli [krwi, które spadły na niego] z Boku. Były one dla niego chrztem łaski, gdyż jego dusza pragnęła Sprawiedliwości i Prawdy.

O świcie życia Jezusa aniołowie oznajmili: „Pokój na ziemi lu­dziom dobrej woli". O zachodzie, w dniu śmierci Chrystusa, On sam dał Swój Pokój temu człowiekowi dobrej woli. Longin był pierwszym synem, którego urodziłam przez mękę Krzyża, a Dyzma - ostatnim ocalonym przez słowo Jezusa z Nazaretu. Podo­bnie jak Jan był pierwszym... Mogłabym rzec, że on - z sercem diamentowej lilii, rozpalonym miłością - był światłością zrodzo­ną ze Światłości, a ciemności nie mogły go ogarnąć.

Do Mnie należało tylko wziąć tego „syna Chrystusa" z rąk Mojego Syna. Tak rozpoczął się cykl Mojego duchowego macie­rzyństwa - z kwiatem, który właśnie rozkwitał dla Nieba. Zrodził się on z Mojego duchowego macierzyństwa jak purpurowa róża z rąk przybitych do drzewa Krzyża. Była ona jednak tak odmienna od białej róży radości [wesela] w Kanie, danej ludziom dzięki mi­łości Chrystusa do Swojej Mamy. [Druga róża] została dana - z miłości Chrystusa do ludzi - Mamie, która nie miałaby już Syna.

Cud miłości wyznaczył erę ewangelizacji, cud miłości odku­pieńczej. Wszystko bowiem, co pochodzi od Mojego Jezusa, jest miłością, i wszystko, co przychodzi od Maryi, też jest miłością. Serce Mamy różni się od [Serca] Syna tylko Boską Doskonało­ścią.

Z wysokości Krzyża powoli dochodziły słowa, w odstępach czasu, jak wybijanie godzin niebiańskiego zegara. Zebrałam je wszystkie - także te, które się mniej odnosiły do Mnie. Mój słuch, Mój wzrok, Moje serce przyjmowało, piło, wdychało na­wet westchnienia Umierającego.

„Niewiasto, oto Twój syn!". I rodząc w Moim bólu [zaczęłam] dawać Niebu dzieci od tej chwili. To dziewiczy poród, jak pierw­szy. To mistyczne rodzenie was dla Niego. Daje was światłości Niebios dzięki Mojemu Synowi i przez Moją boleść. Rodzeniu, które się rozpoczęło od tych słów, nie towarzyszyły jęki spowo­dowane rozdzieraniem ciała. Moje ciało było wolne od grzechu i od wyroku rodzenia w boleści. Jęczało jednak bezgłośnie serce, rozdzierane w niemym szlochu ducha. Mogę powiedzieć, że ro­dzicie się przez rozdarcie powstałe w Moim Dziewiczym sercu, wywołane Moim bólem Matki.

Najbardziej bolesne słowo tego okrutnego kwietniowego po­południa to było: „Mamo!". Syn doznał umocnienia już przez sa­mo zawołanie Mnie. Wiedział bowiem, że Go kocham i że Mój duch wspiąłby się na Krzyż, żeby ucałować Mojego świętego Ud­ręczonego. Powtarzał [to słowo] coraz częściej i powtarzał je co­raz bardziej rozdzierająco, w miarę jak udręka wzrastała, jak mo­rze w czasie przypływu.

Wielkim krzykiem, o którym mówią Ewangeliści, było słowo [„Mamo"]. Wszystko wypowiedział i wszystko wykonał. Powie­rzył ducha Swemu Ojcu i wzywał Ojca w Swym niezmiernym bólu. Ojciec jednak nie ukazał się Temu, w którym miał upodo­banie, ale który teraz był obarczony grzechami świata. Bóg pat­rzył na Niego surowo. Krzykiem rozdzierającego bólu Ofiara wzywała więc Matkę. [Krzyk ten] wstrząsnął Niebiosami. Spra­wił, że wylało się z nich przebaczenie, Mnie zaś przeszył serce i spowodował, że wypłynęła z niego krew i łzy.

Przyjęłam ten okrzyk, w którym, z powodu skurczów agonii i śmierci, słowo zatonęło w przejmującym lamencie. Jego brzmie­nie wdarło się we Mnie jak ognisty miecz [i trwało] aż do poran­ka zmartwychwstania, kiedy przyszedł [do Mnie jako] Zwycięz­ca. W ten pogodny poranek Jezus jaśniał bardziej niż słońce. Ni­gdy nie widziałam Go równie pięknego. Grób bowiem pochłonął Mi Człowieka - Boga, a zwrócił Boga - Człowieka, wspaniałego w Swoim potężnym majestacie, radosnego z powodu przejścia przez próbę.

Wtedy także [zawołał:] „Mamo!", ale, o córko, to był okrzyk Jego niepohamowanej radości. A tuląc Mnie do Serca, usuwając pocałunkiem Swej Mamy piołun octu i żółci, uczynił Mnie
współuczestniczką tej radości.

Nie dziw się, że w dzień święta Mojej niewinności mówiłam ci o Moim bólu. Każdemu darowi Boga słusznie odpowiada [ja­kiś] dar [ze strony] obdarowanego. Każde wybranie przynosi ze sobą obawy, ale i słodycze. Stają się one wieczną radością, gdy próba się kończy.

Na najwyższy dar Poczęcia bez skazy musiałam odpowiedzieć darem bycia Matką Odkupiciela, czyli Niewiastą Boleści. Udręka Golgoty jest chwalebnym ukoronowaniem Mojego Niepokalanego Poczęcia.»

 

Drugi pocałunek Ducha

Mówi Maryja:
«Kiedy Duch Pański zstąpił, aby napełnić Swoją Mocą dwu­nastu zebranych w Wieczerniku, rozlał się także na Mnie. Ale jeś­li dla wszystkich był poznaniem, które zaznajomiło ich z Trzecią Osobą i Jej Boskimi darami, to dla Mnie był tylko ponownym od­nalezieniem. Dla wszystkich był płomieniem, dla Mnie zaś był pocałunkiem.

On - wieczny Pocieszyciel, był dla Mnie Oblubieńcem już od trzydziestu czterech lat. Jego Ogień Mnie posiadł i przeniknął do tego stopnia, że uczynił z Mojej niewinności ciało matki. Już po Boskich zaślubinach pozostawił Mnie przepełnioną Nim. Nie mógł dorzucić doskonałości do do­skonałości, Bóg bo­wiem nie może po­większyć samego siebie, będąc najbardziej doskonałym i niezrównanym w Swojej mierze.

Oddał Mi Siebie bez ograniczeń, aby uczynić z Mojego ciała niewiasty ciało tak święte, że mogłaby je zamieszkiwać Boskość, zstępująca, żeby się wcielić we Mnie.

Ale teraz, kiedy dokonało się dzieło Jego dania Siebie Mnie i Mojego dania się Jemu i Nasz Syn, po wypełnieniu wszystkiego wrócił do Nieba, On wracał, żeby Mi dać Swój pocałunek łaski. Och! Jakże Bóg uczy was wdzięczności! On, Mój Pan nie zanie­dbał [okazania] wdzięczności Swojej Służebnicy, która stała się narzędziem w służbie Jemu. Chociaż Ja na każde uderzenie serca odpowiadałam: „Święty, święty, święty i błogosławiony jesteś Ty, Panie najwyższy!", On pozostawiał Niebo po raz drugi, aby odnowić Swoje objęcie małżonka. A pośród żaru i głosu rozdzie­lającego się Płomienia, obiecywał Mi trzecie połączenie bez koń­ca w błogosławionej siedzibie Nieba.

Niebo zaś było bardziej niż kiedykolwiek Moim celem. Kiedy się bowiem raz zażyło Miłości, a [potem] ponownie jej zakoszto­wało, wtedy słońce i ziemia, stworzenia i rzeczy znikają nam sprzed oczu i pozostaje tylko jeden widok, jeden smak, jedno pra­gnienie: pragnienie Boga. Pragnienie posiadania Boga nie na kró­tkie chwile, ale na wieczne teraz.»

 

Wspomnienie w bólu o radości Bożego Narodzenia

Mówi Maryja:
«Szczęśliwość ekstazy narodzenia zstąpiła na Mnie jak kwia­towy nektar i na całe życie zamknęła się w żywym naczyniu ser­ca. Nieopisana radość. Ludzka i nadludzka. Doskonała. Jednak każdy nadchodzący wieczór uderzał w Moje serce bolesnym przypomnieniem: „O jeden dzień wyczekiwania mniej, o jeden dzień bliżej do Kalwarii". To pogrążało Moją duszę w udręce. Przykrywało ją jakby falą męki, zapowiadając wezbranie przy­pływu, który miał Mnie pochłonąć na Golgocie...

Wtedy - na wspomnienie szczęśliwości [narodzenia Mojego Syna], która pozostała żywa w Moim sercu - pochylałam Swego ducha tak, jak ktoś się pochyla nad górskim wąwozem, żeby ponownie usłyszeć echo miłosnego śpiewu i ujrzeć w oddali dom swej radości. To [wspomnienie] było Moją siłą w życiu. I pozos­tało nią szczególnie w godzinie Mojej mistycznej śmierci u stóp Krzyża. Bóg ukarał Nas, Mnie i Mojego słodkiego Syna, za grzechy całego świata. Płakałam najbardziej gorzkim płaczem, jaki wylała kobieta. Aby jednak nie powiedzieć Mu, że kara była zbyt okrutna, a Jego ręka Wymierzającego ją - zbyt surowa, musiałam utkwić wzrok w tym wspomnieniu świetlistym, uszczęśliwiają­cym, świętym. W tej godzinie podnosiło się ono jak pocieszająca wizja z głębi Mojego serca, żeby Mi powiedzieć, jak Bóg Mnie umiłował. Pojawiało się ono, wychodząc Mi na niespodziewane spotkanie. Była to święta radość, której szukałam. Wszystko bo­wiem, co jest święte, syci miłość, a miłość daje życie nawet temu, w czym nie ma życia.

Mario, tak trzeba czynić, gdy Bóg nas dotyka [karą].

[Trzeba] przypominać sobie, że Bóg dawał nam radość, aby umieć powiedzieć także w udręce: „Dziękuję, mój Boże. Ty jes­teś dobry dla mnie".    

Nie [należy] odrzucać pociechy [płynącej ze] wspomnienia o , przeszłym darze Boga aby nie stracić wiary w dobroć Boga. To [wspomnienie] pojawia się dla pocieszenia nas w godzinie, gdy -jak łodygi uderzone burzą - ból zgina nas ku rozpaczy.

[Trzeba] zatroszczyć się o to, żeby nasze radości były radościa­mi Bożymi. Oznacza to, że mamy oczekiwać całej radości od Bo­ga. [Nie powinniśmy] dostarczać sobie ludzkich radości, których my chcemy, a które łatwo stoją w sprzeczności z Jego Boskim Prawem i Wolą, jak wszystko, co jest owocem naszego działania obcego Bogu.

[Trzeba] także zachować wspomnienie minionej radości. Wspomnienie bowiem, które zachęca do dobra i błogosławienia Boga, nie tylko nie zasługuje na potępienie, lecz jest wspomnie­niem zalecanym i błogosławionym.

[Przez wspomnienie trzeba] coraz bardziej wprowadzać świat­ło w czas ciemności obecnej godziny, aby ją rozświetlić na tyle, że ujrzy się święte Oblicze Boga także w najbardziej ciemnej no­cy.

Doznaną słodyczą [musimy] złagodzić gorycz kielicha, żeby móc znieść jego smak i zdołać wypić go do ostatniej kropli.

Gdy ciernie ściskają czoło, [trzeba starać się] wzbudzać odczucie czułości Boga, którą sobie przypominamy.

Oto siedem błogosławieństw przeciwstawnych siedmiu mie­czom. Daję ci je, Mario, jako Moją lekcję Narodzenia, a wraz z tobą daję ją wszystkim Moim umiłowanym.

Dla wszystkich - błogosławieństwo jako Moja pieszczota,»

Później...

...Wydawało mi się w dalszym ciągu wizji, która wprowadzała mnie w ekstazę, że widzę Maryję, jak wstaje z miejsca, w którym Ją ciągle widywałam w tych dniach, u stóp mojego łóżka, po pra­wej stronie. Podchodziła do mojej głowy, trzymając w ramionach Dziecię. Widziałam wyraźnie gest podpierania lewą ręką podłoża dla uczynienia dźwigni dla ciała, [kiedy wstawała]. Szła krokiem lekko falującym... Gdy była blisko mnie zobaczyłam Boskie Dziecię: spało spokojne i piękne, oparte o prawe ramię i o pierś Maryi. Zaczęłam płakać...

Potem Maryja otoczyła lewym ramieniem moje ramię, przy­ciągając mnie do Siebie. Byłam pod Jej welonem i odczuwałam delikatny bark i miłą pierś przy mojej głowie i sercu. Wiedziałam, że z drugiej strony mój Jezus również opierał się o Mamę.

Trwałam tak długo... I dotąd widzę Ją przy tym wezgłowiu, z Dzieckiem w ramionach. Jakże jest piękna, łagodna, czysta i dro­ga! I jakże jest spokojny wypoczynek Dziecięcia. Oddycha jak ptaszek...

Jakże to piękne tak pozostawać! Czymże jest cierpienie, jeśli są nam dawane takie radości? Chciałam opowiedzieć o tej radoś­ci, która mnie napełnia wewnątrz i na zewnątrz po brzegi; która mnie upiększa. Jest bowiem zbyt piękna, żebym ją zatrzymywała dla mnie samej.

Jestem szczęśliwa. Jestem tylko kuszona, żeby troszkę podąsać się na Mamę i na Jezusa za to, że pozwolili, aby inni ujrzeli moją przemianę. Ale, cierpliwości!...

(W chwili doznawanej wizji Maryi z Dzieciątkiem były przy Marii Valtorcie trzy oso­by: Marta Diciotti, Anna Belfanti (żona kuzyna matki) oraz jej pasierbica - Paola. Wszy­stkie zauważyły nagłą przemianę jej twarzy, która promieniała wewnętrznym światłem. Maria Valtorta zawsze bardzo obawiała się, że ktoś w jej otoczeniu pozna łaski, jakich doznawała. Pan zaś często dozwalał, że wizje i dyktanda otrzymywała rzeczywiście nocą, w ukryciu, kiedy w dodatku spokój w domu i samotność pozwalały jej swobodnie pisać.)

 

Nazywajcie Mnie: „Mamą"!

Mówi Maryja:
«Wielu porwanym już na wyżyny mistyki dane było ujrzeć Mojego świętego Syna jako dziecko, a nawet - przytulić Go do serca. Jednak niewielu zostało dopuszczonych do ujrzenia Mnie w chwilach, gdy Jego Człowieczeństwu zapewniałam najsłodszą troskę, jaką matka może otoczyć małe dziecko. [Taka zaś wizja] wprowadza Mojego wiernego w największą głębię Naszej rodzi­ny i Mojego życia. Dzięki niej możecie łatwiej i doskonalej ko­chać Mojego Jezusa. Podziwiacie bowiem pokorę, delikatność oraz słabość Nowonarodzonego. Z Jego kwilących usteczek otrzy­mujecie jedną z najgłębszych lekcji Jego ofiary i miłości, jakie dał wam w czasie całego Swego życia na ziemi.

Mario, jeśli się zastanowisz, [to stwierdzisz], że przeszłam [z tobą] całkiem odmienną drogę w [udzielanych ci] wizjach. [To dokonało się] w sposób całkowicie nadprzyrodzony i dlatego róż­ni się od drogi, którą [normalnie] przeszedłby człowiek. Zazwy­czaj człowiek rozpoczyna od tego, co pokorne, żeby wspiąć się w górę ku temu, co najwznioślejsze. Jego niewielkie siły nie pozwa­lają mu na szybowanie ku wysokim i niespodziewanym szczy­tom.

Ja zaś wiedząc, że dla zafascynowania waszych zmysłów po­trzeba czegoś wielkiego, przeszłam inną drogą: drogą Moją. Przy­ciągnęłam i zdobyłam twoją duchową uwagę przy pomocy wizji chwalebnego piękna. Potem widząc, że cię zachwyciły i rozmiło­wały we Mnie, pouczyłam cię i przygotowałam do najbardziej głębokiego poznania twojej Matki i do najgłębszych pouczeń o Moim życiu i życiu Mojego Dziecka. [Przygotowałam cię] do podstawowych pouczeń o pokorze - leku na truciznę Lucyfera, która wam szkodzi od Adama aż do dziś i sprowadza z drogi Bo­żej.

Dzięki dobroci Mojego Syna ukazałam ci się jako Nosicielka żywej Eucharystii, potem - jako Matka Zbawiciela, następnie - jako wyniesiona do Nieba. Po tych milczących wizjach światła i radości - które otoczyły cię niczym niebieskie sieci i przyciągnęły do Mnie - pouczałam cię. Gdyby twoja dusza, z powodu ocięża­łości duchowej, przeciwstawiła się tej słodkiej sieci - zostawiła­bym cię. Ale ty się w nią zaplątałaś, coraz bardziej znajdując w tych wizjach swoją radość, pragnienie, zachętę. Wtedy - po Kró­lowej - pokazałam ci Mamę. [Uczyniłam to,] żeby pocieszyć ciebie, już nie mającą mamy; żeby cię wznieść do Mojej pokory; żeby cię porwać do Mojej radości.

Przychodzę zawsze kiedy jest [odpowiednia] chwila. Kocha­łam cię od zawsze. Ale poprosiłam o ciebie Jezusa, kiedy wyczy­tałam w Bożej myśli, że wkrótce nie będziesz już miała mamy. On przygotował to spotkanie i zjednoczenie i niech będzie za to błogosławiony! I przyszłam.

Czyż na Kalwarii nie przyjęłam Mojej misji duchowej Matki wszystkich? Jak w Janie przyjęłam was, sieroty Chrystusa - was, z rodzącego się Kościoła, który pozostał bez Tego, który go zro­dził - tak przejmuję was, gdy jesteście osieroceni przez tych, któ­rzy byli wam ojcem lub matką. Moje Serce przyjęło nieograniczoność Serca Bożego, dzięki zjednoczeniu z Miłością i kontaktowi z Sercem Syna, którego karmiło. Kocham was więc wszystkich, o ziemskie sieroty, i - gdy tylko tego chcecie - podaję wam Moje ramię, żeby było wam wsparciem; Moje plecy, żeby były dla was oparciem; Moje kolana, żebyście odpoczęli; Moje Serce, żeby was kochało.

Jestem blisko was, [blisko] wszystkich dzieci, które płaczą, gdyż nie mają już matki. [Jestem blisko nawet] jeśli nie wszyst­kim jest dane - nie z Mojej woli, lecz z powodu ich uchybień - odczuwać Mój uścisk zmysłami ciała już uczynionymi prawie duchowymi przez miłość, która doskonali.

Powiedz to tym, którzy płaczą. Powiedz im, żeby uwierzyli we Mnie nie tylko jako w Przebóstwioną Królową, ale w prawdziwą Niewiastę, która zna matczyną czułość. Powiedz, żeby w płaczu wzywali Mnie do siebie najbardziej ukochanym z imion - tym, którym zwracał się do Mnie Syn od Swego dzieciństwa aż do wstąpienia do Nieba i dalej [tak Mnie nazywa]: „Mama!". Ja po­zostanę „mamą".

Czy widzisz, jak piękne jest Moje Dziecko?! Czy rozumiesz, dlaczego teraz w żadnym [Jego] wyobrażeniu nie dostrzegasz już blasku ani wartości? Widzisz Moje Macierzyństwo, proste i wy­wyższone - takie, jakim było: delikatne jak róża zrodzona w śnie­żnym pejzażu zimy; czyste jak kwietniowy brzask; święte jak krzyk anioła; pokorne, jakim być musiało [wobec] Zwycięzcy od­wiecznej Pychy.

Nie możesz zapamiętać słów dla ciebie obcych. Mogłabym ci je również wyjaśnić, ale nie chcę tego czynić. I tak byś ich nie zrozumiała. Posłużyłyby tylko naukowej dociekliwości ciekaw­skich profanatorów tajemnicy. Zachowaj w sercu ich harmonię, jak dźwięk świetlistego perlącego się strumyka. I nadal bądź adoratorką. Ja jestem z tobą.»

Zaraz potem mówi Jezus:

«Pamiętaj o tym, że nie będziesz wielką dzięki kontemplacjom i objawieniom, lecz - dzięki swojej ofierze.

Tego pierwszego [daru] udziela ci Bóg, nie dla twoich zasług, lecz z powodu Swojej nieskończonej dobroci. Drugie zaś jest kwiatem twego ducha i jest tym, co zasługujące w Moich oczach. Powiększaj to bez ludzkich rozważań aż do granic twoich sił fi­zycznych i duchowych. Im bardziej się sama wzniesiesz, tym bar­dziej Ja uniosę cię w górę.

I nie bój się. Nie smuć się, jeśli [przeżycia] wewnętrzne stają się widoczne. Także zauważenie, że jesteś porwana ku Bogu, mo­że być uświęceniem dla braci. Sama od siebie nic nie dodawaj. Nie zanieczyszczaj nigdy tego źródła mistycznego życia ludzkimi elementami. I pozwól Mi nawet na to. [Teraz] nic więcej ci już nie powiem. Bądź szczęśliwa dzięki Mojej Matce!»

 

Niewiasto, cóż nam odtąd do siebie?

Mówi Jezus:
«To 'odtąd', które wielu tłumaczy pomija milczeniem, jest kluczem tego zdania i wyjaśnia jego prawdziwy sens.

Byłem Synem poddanym Matce aż do chwili, w której wola Mojego Ojca wskazała Mi godzinę, która nadeszła, abym został Nauczycielem. Od chwili rozpoczęcia Mojej misji, nie byłem już Synem poddanym Matce, lecz Sługą Boga. Więzy, łączące Mnie z Tą, która Mnie zrodziła, zostały przerwane. Przemieniły się w więzy wyższego rzędu. Wszystkie schroniły się w duchu. Duch nadal nazywał „Mamą" Maryję - Moją Świętą. Miłość nie ustała ani nie oziębła. Przeciwnie: nigdy nie była tak doskonała, jak wtedy gdy - rozdzielając się ze Mną dla drugiego narodzenia - Maryja zrodziła Mnie dla świata jako Mesjasza, jako Głoszącego Ewangelię. Jej trzecie, najwyższe mistyczne macierzyństwo urze­czywistniło się, kiedy w męce Golgoty zrodziła Mnie dla Krzyża, jako Odkupiciela świata.

«Niewiasto, cóż nam odtąd do siebie?»

Najpierw byłem Twój, tylko Twój. Wydawałaś Mi polecenia, a Ja byłem Ci posłuszny. Byłem „poddany". Teraz należę do Mo­jej misji. Czyż tego nie powiedziałem? „Ten, kto przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, by się pożegnać z tymi, którzy zostają, nie jest gotowy do Królestwa Niebieskiego."

Ja przyłożyłem rękę do pługa, aby otworzyć lemieszem nie glebę, lecz serca, i zasiać w nich słowo Boże. Oderwałem tę rękę dopiero wtedy, gdy Mi ją wyrwano, aby ją przybić do Krzyża i otworzyć przez jego męczarnię Serce Mego Ojca i sprawić, że z ra­ny tej wyjdzie przebaczenie dla ludzkości.

To 'odtąd' zapominane przez wielu [tłumaczy], miało powie­dzieć: „Byłaś dla Mnie wszystkim, o Matko, gdy byłem Jezusem, synem Maryi z Nazaretu. Jesteś nadal dla Mnie wszystkim w Moim duchu. Jednak odkąd wypełniam misję oczekiwanego Me­sjasza, należę do Mojego Ojca. Poczekaj jeszcze trochę a gdy skończy się Moja misja, znowu będę cały Twój. Otrzymasz Mnie jeszcze w Swoje ramiona jak wtedy, gdy byłem mały, i nikt już Ci więcej Mnie nie wyrwie. [Nikt Ci nie wyrwie] tego Syna któ­ry należy do Ciebie, a na którego będzie się patrzeć jak na hańbę ludzkości. Zwłoki zostaną Ci rzucone, aby również Ciebie okryć wstydem z tego powodu, że jesteś Matką skazańca. Potem bę­dziesz Mnie na nowo posiadać - tryumfującego. Na końcu bę­dziesz Mnie miała - również i Ty zwycięska - na zawsze, w Nie­bie. Teraz jednak należę do wszystkich ludzi i do Ojca, który Mnie do nich posłał."

Oto, co oznacza to małe 'odtąd', tak pełne znaczenia.

Jezus dał mi następujące pouczenie:

«Kiedy powiedziałem do Moich uczniów: „Chodźmy zrobić przyjemność Mojej Matce", nadałem temu zdaniu znaczenie o wiele głębsze, niż się wydawało. To nie była [tylko] przyjemność ujrzenia Mnie, lecz [radość] bycia Inicjatorką Mojej cudotwórczej działalności oraz [radość bycia] Pierwszą Dobrodziejką ludzko­ści.

Zachowajcie na zawsze to wspomnienie. Mój pierwszy cud dokonał się dzięki Maryi. Pierwszy. Jest to znak, że Maryja posia­da klucz do cudów. Nie odmawiam niczego Mojej Matce i dzięki Jej modlitwie, nawet przyspieszam czas łaski. Znam Moją Matkę, drugą w Dobroci po Bogu. Wiem, że udzielić wam łaski znaczy uszczęśliwić Ją, Ona bowiem jest „Samą Miłością". Oto dlaczego powiedziałem - Ja, który wiedziałem - „Chodźmy zrobić Jej przyjemność".

Ponadto chciałem objawić światu Jej moc, równocześnie z Moją. [Maryja była] przeznaczona do zjednoczenia ze Mną w ciele. Stanowiliśmy jedno ciało: Ja w Niej, a Ona - wokół Mnie, jak płatki lilii wokół pachnącego i życiodajnego słupka. [Maryja] była zjednoczona ze Mną w boleści, bo byliśmy na krzyżu: Ja - cieleśnie, a Ona - duchowo. Tak jak lilia wydzielająca woń z ko­rony i dająca zapach wtedy, gdy się ją rozgniata. Było więc słusz­ne, aby [Moja Matka] była ze Mną zjednoczona w mocy ujaw­niającej się światu.

Mówię wam to, co powiedziałem zaproszonym gościom: „Podziękujcie Maryi. To dzięki Niej mieliście Twórcę cudu i macie wszystkie łaski, szczególnie łaskę przebaczenia! Odpocznij w pokoju. Jesteśmy z tobą.»

 

Nowa Ewa była we wszystkim posłuszna Bogu...

Mówi Maryja:
«W radości - bo kiedy pojęłam, do jakiej misji Bóg Mnie po­woływał, napełniła Mnie radość - Moje serce otwarło się jak za­mknięta lilia i rozlała się w nim krew, żeby mogło stać się glebą dla Pańskiego Kiełka.

Radość, że jestem Matką.

Od najmłodszych lat poświęciłam się Bogu, bo światło Najwy­ższego uświadomiło Mi źródło zła świata. Chciałam więc, na ile było to w Mojej mocy, zetrzeć w Sobie znamię szatana. Nie wie­działam, że byłam bez skazy. Nie mogłam uważać, że tak było. Taka myśl [wydawała Mi się] zarozumialstwem i pychą. Jako zrodzona z ludzkich rodziców nie mogłam przypuszczać, że to właśnie Ja jestem Wybrana, żeby być Bez Skazy. Duch Boga po­uczył Mnie o bólu Ojca z powodu zdeprawowania się Ewy, która zapragnęła zniżyć siebie - istotę napełnioną łaską - do poziomu stworzenia niższego rzędu. Pragnęłam złagodzić tę boleść przez doprowadzenie Mojego ciała do anielskiej czystości poprzez nieskazitelność myśli i kontaktów z ludźmi. [Chciałam zachować] tylko dla Niego miłosne bicie Mego serca; tylko dla Niego - Mo­je istnienie. Nie było we Mnie gorączki ciała, jednak istniało jesz­cze cierpienie z faktu, że nie jestem matką.

Macierzyństwo bez tej [pożądliwości], która je teraz poniża, zostałoby udzielone przez Ojca Stworzyciela także Ewie: macie­rzyństwo pełne słodyczy, nie obciążone zmysłowością! Ja go doświadczyłam! Jakże zubożyła się Ewa odrzucając to bogactwo! Bardziej niż [z powodu pozbawienia się daru] nieśmiertelności. Niech wam się to nie wydaje przesadą. Mój Jezus, a wraz z Nim Ja, Jego Matka, doświadczyliśmy słabości wobec śmierci: Ja [przeżyłam] słodką niemoc, w której usnęłam, utrudzona [ży­ciem]; On - okrutną niemoc umierającego skazańca. Nawet do Nas przyszła więc śmierć.

Jednak macierzyństwo bez żadnego naruszenia stało się wyłącznie udziałem Moim, Nowej Ewy, żebym mogła powiedzie światu, jak słodki miał być los kobiety, wezwanej do macierzyń­stwa bez fizycznego cierpienia. Pragnienie takiego czystego ma­cierzyństwa mogło istnieć i faktycznie istniało także u Dziewicy [należącej] całkowicie do Boga, gdyż ono jest chwałą niewiasty.

Kiedy pomyślicie też, jaką czcią otaczano w Izraelu niewiastę - matkę, wtedy lepiej wyobrazicie sobie Moją ofiarę, na jaką się zdobyłam, decydując się na to wyrzeczenie. Dobroć Przedwie­czna obdarzyła Swą służebnicę tym darem, bez pozbawiania Mnie śnieżnej bieli, w jaką Mnie przyoblekła, żebym się stała kwiatem u Jej Tronu. I cieszyłam się podwójną radością, będąc matką człowieka i Matką Boga.

Radość bycia Tą, przez którą pokój na nowo zostaje utwier­dzony pomiędzy Niebem i ziemią.

Pragnęłam tego pokoju z miłości do Boga i do bliźniego. O, wiedzieć, że przeze Mnie, biedną służebnicę Wszechmocnego, przyjdzie [pokój] na świat! Mówić: „O, nie płaczcie już, ludzie! Noszę w Sobie tajemnicę, która was uszczęśliwi. Nie mogę wam jej jeszcze powierzyć, bo jest zapieczętowana we Mnie, w Moim Sercu, jak jest zamknięty Syn w Moim nienaruszonym łonie. Już Go wam jednak przynoszę i każda mijająca godzina przyspiesza tę chwilę, kiedy Go ujrzycie i poznacie Jego Święte Imię."

Radość uszczęśliwienia Boga: radość wierzącej z powodu Jej uszczęśliwionego Boga.

O, zdjąć z Serca Boga gorycz nieposłuszeństwa Ewy! Pychy Ewy! Jej nieufności! Mój Jezus już wyjaśnił wam, jakim grze­chem splamili się pierwsi Rodzice. Ja [przyczyniłam się do] usunięcia tego grzechu, przemierzając ponownie - by wspiąć się w górę - etapy upadku [Ewy].

Początek grzechu był w nieposłuszeństwie. Bóg powiedział: „Nie jedzcie z tego drzewa i nie dotykajcie go." Mężczyzna i nie­wiasta, królowie stworzenia, mogli jeść wszystko i dotykać wszy­stkiego, oprócz tego drzewa, gdyż Bóg chciał, aby byli niżsi tylko od aniołów. Oni jednak zlekceważyli ten zakaz.

Drzewo to środek dla wypróbowania posłuszeństwa dzieci. Czym jest posłuszeństwo poleceniu Bożemu? Jest dobrem, gdyż Bóg nakazuje tylko to, co dobre. Czym jest nieposłuszeństwo? Jest złem, bo wytwarza w duszy skłonności do buntu, na które może oddziaływać szatan.

Ewa podchodzi do drzewa. Gdyby je omijała, miała otrzymy­wać dobro; zbliżenie się zaś do niego miało [sprowadzić] zło. Po­ciągnięta dziecięcą ciekawością podeszła jednak do drzewa, żeby zobaczyć, co w nim jest szczególnego. [Uczyniła to] z powodu nieroztropności. Sądziła bowiem, że nakaz Boży jest niepotrzeb­ny jej, silnej i czystej królowej Raju, w którym wszystko jest jej poddane, w którym nic nie może jej zaszkodzić. To zarozumialst­wo gubi ją. Zarozumialstwo jest już zaczynem pychy.

Przy drzewie spotyka Zwodziciela. Ten - widząc jej brak doś­wiadczenia, dostrzegając w jej dziewictwie ogromny brak doś­wiadczenia, zauważając jej źle chroniony przez nią brak doświad­czenia - wyśpiewuje pieśń kłamstwa: „Czy sądzisz, że jest w nim coś złego? Nie. Bóg ci to powiedział, bo chce, żebyście byli nie­wolnikami poddanymi Jego władzy. Uważacie się za królów? Nie jesteście nawet tak wolni, jak dzikie zwierzęta. Im wolno kochać się prawdziwą miłością. Wam - nie. Im wolno być stwórcą jak Bóg. One zrodzą potomstwo i ujrzą, jak ku ich radości rozrasta, się ich ród. Wy - nie. Wam zakazuje się tej radości. Po cóż więc stworzył was jako mężczyznę i kobietę, skoro musicie tak żyć? Stańcie się bogami. Nie wiecie, jaka to radość być dwojgiem w jednym ciele, by z niego stworzyć trzecie lub więcej? Nie ufajcie obietnicom Bożym, że będziecie mieli radość z potomstwa, widząc, jak wasze dzieci utworzą nowe rodziny, opuszczając was, by stawać się ojcem i matką. On dał wam tylko cień życia. Prawdziwe życie polega na znajomości praw życia. Wtedy dopiero bę­dziecie podobni do bogów i będziecie mogli rzec Bogu: Jesteś­my równi Tobie".

I kuszenie trwało, gdyż [w Ewie] nie było pragnienia przerwa­nia go: chciała, żeby ono trwało, by poznać to, co nie należało do człowieka. I tak zakazane drzewo stało się dla rodzaju ludzkiego naprawdę śmiercionośne, bo na jego gałęziach wisi, pochodzący od szatana, owoc gorzkiej wiedzy. I niewiasta staje się samicą. I z zaczynem szatańskiego poznania w sercu idzie zdeprawować Adama.

I tak upodliwszy ciało, skaziwszy sferę moralną, zdegrado­wawszy ducha, poznali cierpienie i śmierć: [śmierć] ducha pozba­wionego Łaski i śmierć ciała pozbawionego [daru] nieśmiertelno­ści. Rana Ewy zrodziła cierpienie, które nie zostanie uśmierzone, dopóki nie umrze ostatnia para ludzi na ziemi.

Ja przebyłam drogę przeciwną do drogi dwojga grzeszników.

Byłam posłuszna. Byłam posłuszna we wszystkich okolicznościach życia. Bóg poprosił Mnie, żebym była dziewicą. Byłam posłusz­na. Gdy umiłowałam dziewictwo - które uczyniło Mnie czystą jak pierwszą z niewiast, zanim poznała szatana - Bóg poprosił Mnie, żebym została małżonką. Byłam posłuszna, doprowadzając czystość w małżeństwie do poziomu, o jakim myślał Bóg stwa­rzając dwoje pierwszych [rodziców]. Byłam przekonana, że moim przeznaczeniem w małżeństwie jest samotność i ludzka pogarda, z powodu Mojej świętej bezpłodności. Tymczasem Bóg poprosił Mnie, żebym teraz została Matką. Byłam posłuszna. Wie­rzyłam, że to będzie możliwe i że ten głos pochodzi od Boga, bo słuchając go, zostałam napełniona pokojem.

Nie myślałam: „Zasłużyłam na to." Nie powiedziałam Sobie: „Teraz świat będzie Mnie podziwiał, bo jestem podobna do Boga, tworząc Bogu ciało." Nie. Unicestwiłam się w pokorze. Radość rozkwitła w Moim sercu jak łodyżka ukwieconej róży. Zaraz jed­nak przyozdobiła się ona ostrymi kolcami i ścisnął ją zwój bólu - jak gałęzie, które powoje otaczają swą plątaniną. Ból [z powodu] cierpienia małżonka - oto ucisk w Mojej radości. Ból [z powodu] cierpienia Mojego Syna - oto ciernie Mojej radości. Ewa pragnę­ła przyjemności, tryumfu, wolności. Ja przyjęłam boleść, uniżenie i zależność. Wyrzekłam się Mego spokojnego życia, dobrej opinii u oblubieńca, osobistej wolności. Nic dla Siebie nie zachowałam. Stałam się Służebnicą Pana w ciele, w sferze moralnej, w du­chu. Powierzyłam Mu nie tylko dziewicze poczęcie, lecz także obronę Mojej czci i pocieszenie małżonka, i również sposób, dzię­ki któremu on też dojdzie do wyżyn małżeństwa, abyśmy oby­dwoje przywrócili mężczyźnie i niewieście utraconą godność. Przyjęłam wolę Pana odnoszącą się do Mnie, do małżonka i do Mego Dziecka. Powiedziałam: „Tak" - w imieniu wszystkich trojga. Byłam pewna, że Bóg nie kłamie obiecując Mi pomoc w cierpieniach oskarżonej o winę żony i Matki, która wie, że rodzi Syna, aby wydać Go na cierpienie.

Powiedziałam: „Tak". Tak. To wystarczyło. To „tak" wymazało „nie" Ewy wobec nakazu Bożego. „Tak, Panie, jak Ty chcesz. Doznam tego, czego chcesz. Będę żyła tak, jak Ty chcesz. Będę się cieszyła, jeśli Ty zechcesz. Będę cierpiała, jak Ty chcesz. Tak, zawsze [było] tak, Mój Panie, od momentu gdy Twój promień uczynił Mnie Matką, aż do chwili gdy Mnie wezwałeś do Siebie. Tak. Zawsze tak. Wszelkie głosy ciała, wszystkie skłonności sfery moralnej [przygniatał] ciężar Mojego stałego „tak". A powy­żej, jak na diamentowym cokole, [znajdował się] Mój duch, któ­remu brakowało tylko skrzydeł, by wzlecieć ku Tobie. Był on jednak panem całego ja, ujarzmionego i służącego Tobie: służą­cego w radości, służącego w boleści. Uśmiechnij się tylko, o Bo­że, i bądź szczęśliwy. Grzech jest pokonany, usunięty, zniszczo­ny. Leży pod Moją piętą, obmyty Moimi łzami, zniszczony Mo­im posłuszeństwem.

Z Mojego łona zrodzi się nowe Drzewo, które przyniesie Owoc. Pozna Ono całe zło, bo dozna go w Sobie, i wyda całe dob­ro. Do Niego będą mogli przychodzić ludzie, a Ja będę szczęśli­wa, jeśli Go zerwą, nie myśląc nawet, że zrodził się ze Mnie. By­le tylko człowiek się zbawił, a Bóg był miłowany. Niech Jego Służebnica będzie dla Niego tak użyteczna, jak dla drzewa gleba, będąca podłożem umożliwiającym mu wzrost.

Mario: Trzeba zawsze umieć stać się stopniem schodów, żeby inni wstępowali ku Bogu. Nie szkodzi, że nas depczą. Byle tylko zdołali dojść do Krzyża, To jest nowe drzewo z owocem pozna­nia Dobra i Zła. Mówi ono człowiekowi, co jest złe, a co - dobre, by mógł dokonać wyboru i żyć. Jednocześnie jest napojem leczącym tych, którzy zatruli się złem, bo chcieli go skosztować. Na­sze Serca znajdują się pod ludzkimi stopami, by wzrastała liczba zbawionych i aby Krew Mojego Jezusa nie była przelana bezo­wocnie. Oto przeznaczenie służebnic Boga. Potem zasługujemy na przyjęcie Świętej Hostii i u stóp Krzyża, przesiąkniętego Jego Krwią i naszymi łzami, możemy powiedzieć: „Składamy Ci, Oj­cze, Ofiarę nieskalaną dla ocalenia świata. Spraw, Ojcze Święty, abyśmy byli z Nią złączeni, i ze względu na Jej nieskończone zasługi udziel nam Twego błogosławieństwa."

Głaszczę cię, odpocznij córko. Pan jest z tobą.»

 

Ja, Maryja, miałam udział w odkupieniu niewiasty dzięki Memu Boskiemu Macierzyństwu ...

Mówi Maryja:
«Przyrzekłam ci, że On przyjdzie, żeby ci przynieść Swój po­kój. Czy przypominasz sobie ten spokój, który był w tobie w dniu [Bożego] Narodzenia, kiedy widziałaś Mnie z Moim Dzieckiem? Był to wtedy dla ciebie czas pokoju. Teraz jest czas twojej męcza­rni. Ale ty wiesz już teraz, że to w udręce zdobywa się pokój i ka­żdą łaskę, dla nas i dla bliźniego. Jezus-Człowiek przekształcił się w Jezusa-Boga po udręce straszliwej Męki. Przywrócił Pokój: Po­kój Niebios, z których przyszedł i z których teraz zlewa Swój po­kój na tych ludzi na świecie, którzy Go kochają. Jednak w godzi­nach Swej Męki On - Pokój świata - był pozbawiony tego poko­ju. Nie cierpiałby, gdyby go posiadał. A musiał cierpieć - cierpieć w pełni.

Ja, Maryja, [przyczyniłam się do] odkupienia niewiasty przez Moje Boskie Macierzyństwo. Ale to było jedynie początkiem ocalenia niewiasty.

Pozbawiając się przez ślub dziewictwa każdego ludzkiego [aktu] małżeńskiego, odrzuciłam wszelkie pożądliwe zaspokojenie, zasługując na łaskę Bożą. Ale to jeszcze nie wystarczało, gdyż grzech Ewy był drzewem o czterech gałęziach: pychy, chciwości, łakomstwa, nieczystości. I wszystkie cztery musiały być odcięte całkowicie, ażeby uczynić to drzewo bezowocnym.

Upokarzając się do głębi, pokonałam pychę. Uniżałam się przed wszystkimi. Nie mówię już o Mojej pokorze wobec Boga. Ona bowiem należy się Najwyższemu od każdego stworzenia. Pokorne było [nawet] Jego Słowo. Musiałam więc ją posiadać i Ja, Niewiasta. Czy jednak zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tym, jakich upokorzeń musiałam doznawać ze strony ludzi, nie broniąc się w żaden sposób?

Nawet Józef, który był sprawiedliwy, oskarżał Mnie w swoim sercu. Inni ludzie, którzy nie byli sprawiedliwi, grzeszyli osz­czerstwem co do Mego stanu. Szmer ich słów dochodził [do Mnie] jak gorzka fala, godząc w to, co [ważne] dla człowieka. A były to dopiero pierwsze z niezliczonych upokorzeń, których do­starczyło Mi życie Matki Jezusa i rodzaju ludzkiego. Upokorzenia z powodu ubóstwa, upokorzenia uciekinierki [do Egiptu], upoko­rzenia z powodu wymówek krewnych i przyjaciół, którzy - nie znając prawdy - uważali za słabość Moje matczyne zachowanie wobec Mojego Jezusa, kiedy stał się młodym człowiekiem... Upokorzenia trzech lat Jego posługi, okrutne upokorzenia w go­dzinie Kalwarii, upokorzenia aż do konieczności uznania, że nie mam środków, by kupić grób i wonności dla [namaszczenia ciała] Mojego Syna...

Pokonałam chciwość Pierwszych Rodziców, rezygnując przed czasem z Mojego Dziecka.

Matka nigdy nie wyrzeka się dziecka, chyba że jest zmuszona rozstać się z nim. Kiedy ojczyzna, miłość małżonki lub sam Bóg prosi o nie jej serce, matka broni się przed rozstaniem. To natural­ne. Dziecko wzrasta w jej łonie i nigdy nie ulega przerwaniu więź łącząca je z nią. Nawet po przerwaniu życiodajnego przewodu pę­powiny, zawsze zostaje nerw, wychodzący z serca matki - nerw duchowy, bardziej żywy i wrażliwszy od nerwu fizycznego - i łą­czy je z sercem dziecka. I matka odczuwa udręki, jeśli miłość do Boga lub do jakiegoś stworzenia albo też obowiązki wobec ojczy­zny oddalają od niej dziecko. Matce rozdziera się serce, gdy śmierć wyrywa jej dziecko.

A Ja wyrzekłam się Mojego Syna, od chwili kiedy Go miałam. Oddałam Go Bogu. Wam Go dałam. Pozbawiłam się Owocu Me­go łona, aby wynagrodzić [Bogu] za kradzież owocu Bożego, [dokonaną przez] Ewę.

Pokonałam zachłanne pragnienie wiedzy i przyjemności. Zgo­dziłam się na to, by wiedzieć jedynie to, co Bóg chciał żebym wiedziała. Nie pytałam ani Siebie, ani Jego o nic ponad to, co Mi powiedział. Wierzyłam bez dociekania.

Pokonałam pragnienie przyjemności, bo wyrzekłatn się wszelkiego smaku zmysłów. Podeptałam Moje ciało. Ciało - narzędzie szatana - skazałam na zdeptanie wraz z nim pod Moją piętą, aby zrobić Sobie w ten sposób stopień zbliżający do Nieba. Do Nie­ba! Do Mojego celu. Tam, gdzie jest Bóg: jedyne Moje pragnie­nie. Pragnienie, które nie jest zachłannością, lecz potrzebą błogo­sławioną przez Boga, który chce, abyśmy Go pragnęli.

Pokonałam nieczystość, która jest nieumiarkowanym pragnie­niem doprowadzonym do zachłanności. Każda bowiem zła skłon­ność, której się nie pokonuje, prowadzi do jeszcze większej wady. I tak pragnienie Ewy, już zasługujące na naganę, doprowadziło ją do rozpusty. Nie wystarczało jej już sprawianie sobie samej przy­jemności. Chciała doprowadzić swój występek do doskonałego natężenia i zbliża się do towarzysza, stając się nauczycielką roz­pusty. Ja zaś dążyłam do przeciwnego celu. Nie staczałam się, lecz zawsze wstępowałam w górę. Nie ściągałam nikogo w dół, lecz zawsze pociągałam w górę. Mojego cnotliwego towarzysza uczyniłam aniołem.

Teraz - mając Boga, a z Nim Jego nieskończone bogactwa - pośpiesznie wyrzekałam się ich. Mówiłam: „Niech Twoja wola będzie spełniana ze względu na Niego i przez Niego".

Czystym jest człowiek powściągliwy nie tylko w ciele, lecz Jakże w uczuciach i myślach. Musiałam być Czystą, aby unicest­wić Nieczystość ciała, serca i umysłu. I nie porzuciłam Mojej po­wściągliwości. Nie mówiłam o Moim Synu nawet tego, że na zie­mi należy tylko do Mnie, jak był jedynie Boży w Niebie: „On jest Mój i chcę Go [mieć przy Sobie]."

Ale nawet to jeszcze nie wystarczało, żeby zdobyć dla niewia­sty pokój utracony przez Ewę. Otrzymałam go dla was u stóp Krzyża, kiedy patrzyłam, jak umiera Ten, którego narodzenie wi­działaś. Kiedy słyszałam krzyk Mojego umierającego Dziecka, czułam, jak się rozdzierają Moje wnętrzności, i zostałam [wtedy] pozbawiona wszystkiego, co kobiece. Nie było już [we Mnie] cia­ła, lecz anioł. Maryja, Dziewica poślubiona Duchowi, umarła w tamtej chwili. Pozostała Matka Łaski: Ta, która w Swojej udręce zrodziła wam Łaskę i wam ją dała. Kobieta - którą w noc Bożego Narodzenia na nowo konsekrowałam na niewiastę - u stóp Krzyża otrzymała środki, aby stać się dzieckiem Niebios.

Uczyniłam to wszystko dla was, wyrzekając się wszelkiego zaspokojenia, nawet świętego. Z was - zdegradowanych przez Ewę kobiet nie przewyższających towarzyszek zwierząt - uczyniłam święte Boże. Jednak [możecie] nimi być tylko wtedy, gdy bę­dziecie tego chciały. Wspinałam się wzwyż ze względu na was. Was wznosiłam w górę jak Józefa. Skała Kalwarii jest Moją górą Oliwną. Stamtąd wznosiłam się, aby zanieść do Niebios ponow­nie uświęconą duszę niewiasty, razem z Moim ciałem, uwielbio­nym z powodu noszenia Słowa Bożego oraz unicestwienia w So­bie ostatniego śladu Ewy, ostatniego korzenia tego drzewa o czte­rech trujących konarach i korzeniu zapuszczonym w zmysłowość. Ono pociągnęło do upadku ludzkość i aż do końca wieków, i aż po ostatnią niewiastę będzie kąsało wasze wnętrzności. Stamtąd, gdzie teraz jaśnieję w promieniach Miłości, wzywam was i wska­zuję wam Lekarstwo dla pokonania samych siebie: Łaskę Mojego Pana i Krew Mojego Syna.

A ty, Mój głosie, daj odpoczynek twojej duszy, w światłości tego świtu Jezusa. Musisz mieć siły dla przyszłych krzyży, które nie będą ci oszczędzone. Chcemy, abyś i ty była tutaj, a tu się przychodzi przez ból. Pragniemy, abyś była tutaj. Im więcej utrapień znosi się, żeby uzyskać Łaskę dla świata, tym wyżej się chodzi. Trwaj w pokoju. Jestem z tobą.»

 

Maryja może być nazwana drugorodną córką ojca

Jezus mówi:
«Dziś napisz tylko to. Czystość ma tak wielką wartość, że łono stworzenia było zdolne ogarnąć Nieogarnionego, gdyż posiadało największą czystość, jaka może być udziałem istoty stworzonej przez Boga.

Trójca Przenajświętsza zstąpiła ze Swymi doskonałościami, Trzy Osoby zamieszkały, zamknięte w maleńkiej przestrzeni. Trójca Przenajświętsza nie pomniejszyła się przez to, bo miłość Dziewicy i wola Boga rozszerzyła tę przestrzeń aż do uczynienia jej Niebem. Ujawniły się Osoby Trójcy Świętej ze Swymi chara­kterystycznymi cechami:

[Ujawnił się] Ojciec, będący na nowo Stwórcą stworzenia, jak szóstego dnia: Ojciec mający „Córkę" prawdziwą, godną, dosko­nale do Niego podobną. Odbicie Boga było wyciśnięte w Maryi tak wyraźnie, że tylko w Jednorodzonym Synu Ojca było ono do­skonalsze. Maryja może być nazywana „Drugorodną" Ojca, gdyż - z powodu doskonałości, którą otrzymała i potrafiła zachować, z powodu godności Oblubienicy, Matki Bożej i Królowej Nieba - jest na drugim miejscu po Synu Ojca. Jest drugą w Jego odwiecz­nej Myśli. Bóg od całej wieczności znajdował w Niej upodobanie.

[Ujawnił się] Syn będący i dla Niej „Synem". Już kiedy był za­ledwie Zarodkiem wzrastającym w Jej łonie uczył Ją przez tajem­nicę łaski Swojej prawdy i mądrości.

Duch Święty ukazał się pośród ludzi w Pięćdziesiątnicy uprze­dzającej i w Pięćdziesiątnicy przedłużającej się. [Był] Miłością w „Tej, która umiłowała", Pocieszycielem ludzi przez Owoc Jej ło­na, Uświęceniem przez fakt, że stała się Matką Świętego.

Bóg - aby ukazać się ludziom w postaci nowej i pełnej, która zapoczątkowuje erę Odkupienia - nie wybrał na Swój tron gwiaz­dy na niebie ani też dworu kogoś potężnego. Nie chciał też skrzy­deł aniołów, by na nich wesprzeć stopy. Zapragnął łona bez ska­zy.

Ewa także została stworzona bez plamy, chciała jednak dobro­wolnie się zdeprawować. Maryja, która żyła w świecie zepsutym - Ewa zaś w świecie czystym - nie chciała zranić Swej czystości nawet przez jakąś myśl skierowaną ku grzechowi. Wiedziała, że grzech istnieje. Widziała jego różnorodne i straszliwe oblicza. Wi­działa je wszystkie, nawet najstraszniejsze: bogobójstwo. Poznała to zło jedynie w celu wynagrodzenia za nie i aby na wieki być Tą, która ma litość nad grzesznikami i modli się o ich zbawienie.

Ta mysl niech będzie wprowadzeniem do innych świętych spraw, które dam dla umocnienia ciebie i wielu innych ludzi.»

 

Będąc bez skazy, nie została nigdy pozbawiona wspomnienia Boga...

Jezus mówi:
«Mądrość, oświeciwszy przedtem Joachima i Annę nocnymi snami, Sama zstępuje - to „tchnienie doskonałości Bożej i emanacja chwały Wszechmocnego" - i staje się słowem dla bez­płodnej. Ja, Chrystus, wnuk Anny - który widziałem już bliski czas odkupienia - niemal pięćdziesiąt lat później przez słowo do­konywałem cudów dla niepłodnych i chorych, dla opętanych, dla zrozpaczonych, dla [dotkniętych] wszelkimi utrapieniami ziemi. Tymczasem w radości z posiadania Matki wyszeptuję tajemne słowo, w cieniu Świątyni zawierającej nadzieje Izraela: Świątyni już [znajdującej się] u progu Swego życia. Jest już bowiem pra­wie na ziemi nowa i prawdziwa Świątynia, która nie zawiera na­dziei jednego tylko narodu, lecz pewność Raju dla ludu całej ziemi wszystkich wieków aż do końca świata, i to Słowo dokonuje cudu, czyniąc płodnym to, co było bezpłodne, i dając Mi Matkę.

[Oprócz tego, że] Maryja miała wspaniałą naturę, gdyż była córką dwojga świętych, że miała dobrą duszę, jak wielu ludzi, że ustawicznie wzrastała w dobroci dzięki Swojej dobrej woli, że posiadała ciało nieskalane, posiadała - jako jedyna pośród stwo­rzeń - niepokalanego ducha.

Widziałaś ciągłe stwarzanie dusz przez Boga. Teraz pomyśl, jakie musiało być piękno tej duszy, którą Bóg zachwycał się przed zaistnieniem czasu: tej duszy, która była rozkoszą Trójcy. Trójca Przenajświętsza płonęła pragnieniem przyozdobienia Jej Swoimi darami, aby dla Siebie samej uczynić Ją darem. O, Cała Święta, którą Bóg stworzył dla Siebie i dla zbawienia ludzi! Nosi­cielko Zbawiciela, pierwszym zbawieniem Ty byłaś. Żywy Raju, Swoim uśmiechem zaczęłaś uświęcać ziemię. Duszo stworzona, aby stać się Matką Boga!

Kiedy - podczas najbardziej ożywionego drgnienia Troistej Miłości - wytrysnęła ta życiodajna iskra, rozradowali się z tego aniołowie, bo Raj nie widział nigdy intensywniejszego światła. Jak płatek niebiańskiej róży - płatek niematerialny i cenny, będący klejnotem i płomieniem, tchnieniem Bożym - [dusza Maryi] zstę­powała, by ożywić ciało zupełnie inaczej niż ciała innych ludzi: zstępowała tak potężna w Swym płomieniu, że Grzech nie potra­fił Jej dotknąć. Przebyła przestrzenie i zamknęła się w świętym łonie [Anny].

Ziemia posiadała swój Kwiat, a jednak nie wiedziała jeszcze o tym: Kwiat prawdziwy, jedyny, który rozkwita na wieki. [Posia­dała] lilię i różę, fiołek i jaśmin, słonecznik i cyklamen, zespolone ze sobą, a z nimi wszystkie inne kwiaty ziemi - w Kwiecie jedy­nym: Maryi, w której gromadzą się wszelkie cnoty i łaska. W kwietniu palestyńska ziemia wydawała się ogromnym ogrodem i intensywne zapachy oraz kolory sprawiały rozkosz sercom ludz­kim. Ale nie wiedziano jeszcze o najpiękniejszej Róży, już roz­kwitającej dla Boga w skrytości matczynego łona.

Moja Matka kochała, odkąd została poczęta. Dopiero jed­nak kiedy winorośl da swą krew do wytworzenia z niej wina, a słodka i silna woń moszczu napełni powietrze i nozdrza, uśmiech­nie się Ona: najpierw do Boga, a potem - do świata. Powie Swo­im przeczystym uśmiechem: „Oto jest pośród was Winny Krzew, który da wam Grono, aby zostało zmiażdżone w prasie i stało się Lekarstwem wiecznym na waszą chorobę."

Powiedziałem: „Maryja miłowała, odkąd została poczęta". Dzięki czemu duch otrzymuje światłość i poznanie? Dzięki Łas­ce. A przez co traci się Łaskę? Przez grzech pierworodny i grzech śmiertelny.

Maryja, [będąc] bez Skazy, nigdy nie była pozbawiona wspo­mnienia Boga, Jego bliskości, Jego miłości, Jego światła, Jego mądrości. Dlatego potrafiła rozumieć i kochać, kiedy była ciałem, formującym się jeszcze wokół duszy nieskalanej, ciągle kochają­cej.

Później pozwolę ci rozważać głębię dziewictwa Maryi. Do­prowadzi cię to do niebiańskich zawrotów głowy, jak wtedy gdy pozwoliłem ci rozważać Naszą wieczność.

Teraz rozmyślaj, jak noszenie w łonie dziecka, wolnego od Skazy pozbawiającej Boga, daje matce - która poczęła je w spo­sób naturalny, ludzki - wyższą inteligencję i czyni ją prorokinią wypowiadającą proroctwo o swojej Córce, nazywając Ją: „Córką Boga". Pomyśl tylko, co by było, gdyby niewinni Prarodzice ro­dzili niewinne dzieci, jak Bóg tego chciał. To właśnie byłoby śro­dkiem wiodącym do 'nadczłowieczeństwa', o ludzie, którzy mówicie, że jesteście na drodze [wiodącej] do stania się 'nadludźmi'. Tymczasem przez wasze grzechy jesteście na drodze, by stać się jedynie 'superdemonami'. [Trzeba było] pozostać bez szatańskie­go skażenia i zostawić Bogu kierowanie życiem, poznaniem, dob­rem, nie pragnąc niczego ponad to, co Bóg wam dał - a było to niewiele mniej niż nieskończoność. Wtedy - w ustawicznej ewolucji ku doskonałości - moglibyście rodzić dzieci, które byłyby ludźmi w ciele i synami Inteligencji w duchu. To znaczy [byłyby] zwycięzcami, to znaczy mocnymi, to znaczy olbrzymami większy­mi od szatana, który zostałby pokonany wiele tysięcy lat przed godziną w której stanie się to z nim oraz z całym jego złem.»

 

Jej Dusza ukazuje się piękna i nieskalana, jaką była w zamyśle Ojca...

Jezus mówi:
«Wstań szybko, mała przyjaciółko. Gorąco pragnę zabrać cię ze Sobą w rajski lazur kontemplacji Dziewictwa Maryi. Wyj­dziesz [z tego rozważania] z duszą odświeżoną, taką jaką i ty by­łaś ledwie stworzona przez Ojca, mała Ewa, która jeszcze nie zna ciała. Wyjdziesz z duchem pełnym światła, bo zanurzysz się w ar­cydziele Bożym. Cały twój byt nasyci miłość, bo zrozumiesz, jak Bóg potrafi kochać. Mówić o poczęciu Maryi, Tej Bez Skazy, oz­nacza zanurzyć się w lazurze, w światłości, w miłości. Przyjdź i czytaj o Jej chwale w Księdze Przodka.

„Pan mnie stworzył, swe arcydzieło, jako początek swej mocy, od dawna, od wieków jestem stworzona, od początku, nim ziemia powstała. Przed oceanem istnieć zaczęłam, przed źródłami pełny­mi wody; zanim góry zostały założone, przed pagórkami zaczę­łam istnieć; nim ziemię i pola uczynił - początek pyłu na ziemi. Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wiel­kiej otchłani umacniał, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię. Ja by­łam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich." (Prz 8,22-31)

Odnieśliście do Mądrości [te słowa], ale one mówią o Niej: o Matce pięknej, o Matce świętej, o dziewiczej Matce Mądrości, którą jestem Ja - Ten, który do ciebie mówi. Chciałem, abyś na­pisała pierwszy werset tego hymnu na początku księgi mówiącej o Niej, aby była wyznawana i znana pociecha oraz chwała Boża, powód stałej, doskonałej, głębokiej radości Boga Jedynego i Trójosobowego, który wami kieruje i was kocha - a któremu człowiek dał tyle powodów do smutku - przyczyna, dla której zachował rodzaj ludzki nawet wtedy, gdy po pierwszej próbie zasłużył na zniszczenie; powód otrzymanego przez was przebaczenia.

Mieć Maryję, aby być przez Nią kochanym! O, warto było stworzyć człowieka i pozostawić go przy życiu, i postanowić przebaczyć mu, aby mieć Dziewicę Piękną, Dziewicę Świętą, Dziewicę Nieskalaną, Dziewicę Pełną Miłości, Córkę Umiłowa­ną, Matkę Najczystszą, Ukochaną Oblubienicę! Tyle i jeszcze więcej dał wam i dałby wam Bóg, byle tylko posiąść Stworzenie, które jest Jego rozkoszą, Słońcem Jego słońca, Kwiatem z Jego ogrodu. I tyle ciągle daje wam [Bóg] ze względu na Nią, na Jej prośbę, dla Jej radości, gdyż Jej radość zlewa się z radością Bożą i powiększa blaski napełniające iskrzeniem światłość - wielką światłość Raju. Każda zaś iskra jest łaską dla świata, dla ludzkoś­ci, dla człowieka, dla samych błogosławionych, którzy odpowia­dają promiennym okrzykiem 'alleluja' na każdy cud Boży, stwo­rzony z pragnienia Boga Trójosobowego, pragnącego widzieć promienny uśmiech radości Dziewicy.

Bóg zechciał dać króla światu, który sam stworzył z nicości. Króla, który przez swą naturę materialną byłby pierwszym pośród wszystkich stworzeń stworzonych z materii i zawierających mate­rię. Króla, który ze względu na naturę duchową byłby prawie bo­ski, napełniony Łaską, jak był niewinnym w swym pierwszym dniu. Najwyższy Umysł zna wszystkie wydarzenia, [nawet przy­szłe], najbardziej odległe w wiekach. Jego spojrzenie spoczywa bezustannie na wszystkim, co było, jest i będzie. Wpatrując się w przeszłość i dostrzegając równocześnie teraźniejszość, zagłębia spojrzenie w najdalszej przyszłości i bez niejasności i braków wie, jaka będzie śmierć ostatniego człowieka. Zawsze też wiedział, że [człowiek] - król przez Niego stworzony, aby być pół-boskim u Jego boku w Niebie, dziedzicem Ojca - w czasie swo­jego dzieciństwa przeżywanego na ziemi, popełni w odniesieniu do siebie samego zbrodnię zabicia w sobie Łaski i kradzieży [po­legającej na] pozbawieniu siebie Nieba. A miał przybyć, jako do­rosły, do Jego Królestwa, po [okresie] życia w domu matki-ziemi, z której [prochu] został uczyniony jako dziecko Wiecznego.

Po co więc Bóg go stworzył? Zapewne wielu stawia sobie to pytanie. Wolelibyście nie istnieć? Czyż ten ziemski dzień - cho­ciaż biedny i ogołocony, uczyniony cierpkim przez waszą złośliwość - nie zasługuje na to, żeby go przeżyć choćby dla niego sa­mego, dla poznania i podziwiania nieskończonego Piękna, które ręka Boga zasiała we wszechświecie?

Dla kogo Bóg stworzył gwiazdy i planety, przesuwające się jak strzały i rysujące sklepienie nieba? A [dla kogo] - przemiesz­czające się majestatycznie z pozorną powolnością ciała niebie­skie, które dają wam światło, wyznaczają pory roku i są wiecznie, niezmiennie - choć wciąż się zmieniają - nową kartą do czytania na niebie każdego wieczora, miesiąca czy roku? One wydają się wam mówić: „Zapomnijcie, ludzie, o waszych więzieniach. Po­rzućcie pisma zawierające tylko to, co mroczne, zgniłe, brudne, jadowite, zakłamane, bluźniercze i zdemoralizowane. Wznieście się - choćby tylko spojrzeniem - w stronę bezkresnej wolności fi­rmamentu. Uczyńcie niebem waszą duszę, patrząc na tyle jasnoś­ci! Zgromadźcie zapasy światła, żeby je zanieść do waszego mro­cznego więzienia! Czytajcie słowo, które wypisujemy, śpiewając w naszych gwiezdnych chórach, [brzmiących] bardziej harmonij­nie niż wasze organy w katedrach. Czytajcie słowo pisane przez nas naszym migotaniem: słowo, które piszemy z miłością, bo za­wsze mamy obecnego [przed oczyma] Tego, który nas obdarzył radością istnienia. I miłujemy Go za to, że dał nam istnienie, blask i [możność] wędrowania, wolność i piękno pośród słodkie­go lazuru [nieba], ponad którym widzimy lazur jeszcze wznioślejszy: Raj. Na życzenie Boga spełniamy drugą część przykazania miłości i kochamy was: naszych bliźnich we wszechświecie. Miłujemy was wskazując wam kierunek, dając wam światło, ciepło i piękno. Czytajcie wypowiadane przez nas słowo: Bóg. Ono bo­wiem kieruje naszym śpiewem, blaskiem, naszym uśmiechem:"

Dla kogo Bóg stworzył ten płynny lazur, zwierciadło nieba, drogę w kierunku ziemi, uśmiech wody, głos fal, a także [każde] słowo, które - w szeleście poruszanego jedwabiu, w śmiechu po­godnych dzieci, w westchnieniach starców, którzy wspominają i płaczą, w gwałtownych podmuchach i uderzeniach piorunów, w ryku i grzmocie - mówi nieprzerwanie: 'Bóg'?

Dla was jest morze oraz niebo z gwiazdami, a wraz z morzem - jeziora i rzeki, strumienie, stawy i czyste źródła. Wszystko to służy wam do żeglowania, karmienia, zaspokajania pragnienia i oczyszczania. Służąc zaś wam, [wody] służą Stwórcy i nie występują z brzegów, żeby was zatopić, jak na to zasługujecie.

Dla kogo - jeśli nie dla człowieka, króla [stworzenia] - stwo­rzył Bóg te niezliczone rodziny zwierzęce, te jakby fruwające i śpiewające kwiaty, [te zwierzęta], które służą wam, pracują, dają pożywienie i pociechę?

Dla kogo Bóg stworzył wszystkie niezliczone rodziny roślin i kwiatów, podobnych do motyli lub do drogocennych kamieni al­bo też do nieruchomych ptaków? [Dla kogo stworzył] owoce wy­glądające jak naszyjniki z klejnotów, rośliny, ścielące się jak dy­wany pod wasze stopy, aby dać wam schronienie, przyjemność, pożytek, radość dla umysłu, członków [ciała], oczu i powonienia?

Dla kogo Bóg stworzył minerały w głębinach ziemi, sole siarczane, jodowe i bromowe, rozpuszczone w źródłach zimnych lub gorących, jeśli nie dla radości tego, który nie jest Bogiem, lecz dzieckiem Bożym? Dla jednego: dla człowieka.

Bogu nic nie było konieczne ani dla Jego radości, ani dla [zas­pokojenia] Jego potrzeb. On Sam sobie wystarcza. Kontemplacja Siebie jest Jego szczęściem, pokarmem, życiem i odpoczynkiem. To, co stworzył, nie pomnaża ani o najmniejszą odrobinę Jego nieskończonej radości, piękna, życia i mocy. Wszystko to stwo­rzył dla Swego dziecka, chcąc je uczynić królem wszelkiego Swe­go dzieła - dla człowieka!

Warto więc żyć, żeby ujrzeć tak wiele dzieł Bożych i dzięko­wać za Jego potęgę, która wam je daje. Za to, że żyjecie, powin­niście być wdzięczni. Nawet gdybyście zostali odkupieni dopiero na końcu wieków, powinniście mieć wdzięczność, gdyż Bóg udziela wam radości [płynącej ze stykania się z] pięknem wszech­świata, [z korzystania] z dobroci wszechświata.

Chociaż wasi Przodkowie i wy sami staliście się i jesteście na­dal wiarołomni, pyszni, rozpustni, dokonujący zabójstw, Bóg tra­ktuje was tak, jakbyście byli dobrzy, jak dobre dzieci, które wszy­stkiego się uczy i wszystko im daje, aby osłodzić im życie i uczy­nić lepszym.

Wszystko, co wiecie [o dobru], znacie dzięki Bożemu światłu. Odkrywacie coś dzięki temu, że Bóg wam to ukazuje. [Tak jest w dziedzinie] Dobra. Inne formy poznania i odkryć, które noszą pię­tno zła, pochodzą od Najwyższego Zła: szatana.

Najwyższy Rozum, który zna wszystko, wiedział - zanim człowiek zaistniał - że uczyni on siebie złodziejem i zabójcą. Po­nieważ jednak Wieczna Dobroć nie ma granic w Swojej dobroci, zanim zaistniał Grzech, pomyślała o Środku, aby go usunąć. Tym Środkiem jestem Ja, Słowo. [Odwieczna Dobroć wymysliła też] Narzędzie, dzięki któremu Ten, który jest Środkiem [zbawczym] mógł działać [w ciele]: Maryję. I tak Dziewica pojawiła się we wzniosłej myśli Boga.

Wszystko zostało stworzone ze względu na Mnie - Syna umi­łowanego Ojca. To Ja, Król, miałem wszystko mieć pod Moją stopą Boskiego Króla: klejnoty, których żaden dwór królewski nie posiadał, i śpiewy, i głosy, i sługi wokół Mojej Osoby - takie, jakich nie miał żaden władca - i kwiaty, i drogie kamienie. [Mia­łem posiadać] wszystko, co najwspanialsze, najbardziej okazałe, najmilsze, najdelikatniejsze, co może się wyłonić z Bożego umy­słu.

Ale [jako Bóg jestem] Istotą duchową. Musiałem [jeszcze] stać się Ciałem: Ciałem, by zbawić ciało; Ciałem, aby wywyższyć cia­ło, wznosząc je do Nieba na wiele wieków przed czasem. Ciało zamieszkałe przez ducha jest arcydziełem Bożym i dla niego zos­tało stworzone Niebo.

Aby stać się Ciałem, potrzebowałem Matki. Ponieważ jednak byłem Bogiem, trzeba było, aby [jedynym Moim] Ojcem był [tyl­ko] Bóg. I tak Bóg [w Swoim odwiecznym Umyśle] stwarza So­bie Oblubienicę i mówi do Niej: „Pójdź ze Mną. [Stań] u Mego boku i patrz, co stwarzam dla Naszego Syna. Patrz i raduj się, od­wieczna Dziewico, wieczna Dziecino! Niech Twój uśmiech na­pełnia [radością] najwyższe niebo, niech podaje aniołom ton i niech uczy Raj niebiańskiej harmonii. Patrzę na Ciebie i widzę, jaka będziesz, o Niewiasto Niepokalana, która teraz jesteś w [Mo­im] umyśle tylko [wyobrażeniem] duchowym, w którym mam upodobanie.

Patrząc na Ciebie [w Moim umyśle], daję morzu i niebu lazur Twoich oczu, a świętemu zbożu na chleb - kolor Twoich wło­sów. Twoją biel daję liliom, a Twój róż - kwiatom róży. Daję jej też jedwabistość Twojej skóry. Na wzór Twych drobnych zębów stwarzam perły, a patrząc na Twe usta, stwarzam słodkie truska­wki. Wkładam w gardło słowika nuty Twoich pieśni, a synogarli­cy - Twój płacz. Czytając w Twoich przyszłych myślach i słuchając bicia Twego serca, tworzę [Sobie] wzorzec, według które­go stwarzam [świat].

Pójdź, Moja Radości, miej ciała niebieskie za zabawkę tak długo, aż w Moim umyśle zobaczę Cię jako [rozradowaną nimi] i tańczącą światłość. [Niech] wywołują Twój uśmiech. Załóż więc Sobie wieniec z gwiazd i gwiezdne naszyjniki, połóż księżyc pod Swoje miłe stopy, otocz się gwiezdną szarfą Drogi Mlecznej. Dla Ciebie są gwiazdy i planety.

Pójdź i raduj się patrzeniem na kwiaty, które będą zabawką dla Twojego Dziecka i wezgłowiem dla Syna Twojego łona. Chodź zobaczyć, jak stwarzam owce i jagnięta, orły i gołębice. Bądź blisko Mnie, kiedy stwarzam czasze mórz i rzek, kiedy wznoszę góry i maluję je śniegiem i lasami, zasiewając równocześnie zbo­ża i drzewa, i winorośle. [Bądź przy Mnie w Moim umyśle], kie­dy stwarzam oliwkę dla Ciebie, Moja Pełna Pokoju, i winny krzew dla Ciebie, Moja Latorośli, która będziesz nosiła Euchary­styczne Grono. Biegnij, podążaj, raduj się, o Piękna Moja, o Mat­ko Mego Syna, Królowo Mego Raju, Miłości Twego Boga, Ko­chająca w pełni. Przygotuj do miłowania Mnie cały świat, stwa­rzany z godziny na godzinę i piękniejący dzięki Twemu uśmiechowi."

A widząc [przez Swą wszechwiedzę] Grzech i patrząc na Tę bez Grzechu [mówi Jej]: „Pójdź do Mnie, Ty która wymazujesz gorycz nieposłuszeństwa ludzkiego, nierządu człowieka z szata­nem i ludzkiej niewdzięczności. Ja sam wezmę wraz z Tobą od­wet na szatanie."

Bóg, Ojciec - Stwórca, powołał do istnienia mężczyznę i nie­wiastę z prawem miłości tak doskonałym, że nie potraficie już na­wet zrozumieć jego doskonałości. Błądzicie, zastanawiając się nad tym, jak wyglądałaby natura ludzka, gdyby człowiek nie poddał jej podszeptom szatana.

Spójrzcie na rośliny rodzące owoc i nasienie. Czy przynoszą owoc i nasienie w następstwie nierządu, z powodu jednego zapło­dnienia na sto związków? Nie. Z kwiatu męskiego wydobywa się pyłek i - prowadzony przez zespół praw meteorologicznych i magnetycznych - dostaje się on do zalążni kwiatu żeńskiego. Ta otwiera się i przyjmuje go, i tworzy. Nie plami się odrzuceniem owocu, jak wy czynicie, aby doznawać następnego dnia tego sa­mego. Tworzy. [Roślina] nie okrywa się już kwiatami aż do nas­tępnego sezonu. Kiedy zaś zakwitnie - to po to, żeby znowu coś wytworzyć.

Popatrzcie też na zwierzęta, na wszystkie. Czy widzieliście kiedykolwiek samca lub samicę, żeby jedno szło ku drugiemu dla bezpłodnego zbliżenia i lubieżnego stosunku? Nie. Z bliska lub z daleka, frunąc, pełzając, skacząc lub biegnąc, przychodzą one - gdy nadchodzi godzina godów zapładniających - i nie uchylają się i nie ograniczają się do przyjemności. Przyjmują poważne i święte następstwo [zbliżenia] - potomstwo.

Ten jedyny cel zwierzęcego aktu powinien być zaakceptowany przez człowieka, półboga dzięki Łasce pochodzącej w całości ode Mnie. Powinien być przyjęty przez człowieka, który [przez swój upadek] zstąpił o jeden stopień niżej od zwierząt. Wy bowiem nie postępujecie jak rośliny i zwierzęta. Mieliście za nauczyciela sza­tana, chcieliście go za nauczyciela i [nadal] go pragniecie. Dlate­go dzieła, których się dopuszczacie, są godne chcianego przez was nauczyciela. Gdybyście zaś pozostali wierni Bogu, mieliby­ście radość z posiadania dzieci w sposób święty, bez cierpienia, bez wyczerpywania się w związkach bezwstydnych, niegodnych, których nie znają nawet zwierzęta - istoty bez duszy rozumnej i duchowej.

Mężczyźnie i niewieście - zdeprawowanym przez szatana - Bóg chciał przeciwstawić Człowieka zrodzonego z Niewiasty naj­bardziej wywyższonej przez Boga. [Została Ona wyróżniona] do tego stopnia, że zrodziła bez poznania mężczyzny. To Kwiat, któ­ry rodzi Kwiat bez potrzeby nasienia, dzięki jedynemu pocałun­kowi Słońca, złożonemu na nienaruszonym kielichu Lilii - Ma­ryi.

Odwet Boży! Sycz, o szatanie, wyrażając wściekłość, kiedy Ona się rodzi. Ta mała dziewczynka pokonała cię! Zanim stałeś się Buntownikiem, Oszustem, Niszczycielem, już byłeś Pokonanym. To Ona jest Zwyciężczynią nad tobą. Tysiące zastępów ustawio­nych w szyku są zupełnie bezsilne wobec twojej potęgi. Broń wy­pada ludziom z rąk na widok twoich łusek, o Stały [Niszczycie­lu]. Nie ma wichru, który zdołałby rozwiać smród twego odde­chu. A jednak miażdży cię bez strachu, a jednak zagania cię do twojej nory ta pięta dziecka - tak różowa, że wydaje się wnęt­rzem czerwonawej kamelii; tak gładka i delikatna, że jedwab wy­daje się szorstki w porównaniu z nią; tak mała, że mogłaby wejść do kielicha tulipana i uczynić sobie pantofelek z jego roślinnej sa­tyny. A jednak jeden odgłos Jej kwilenia zmusza do ucieczki cie­bie - tego, który nie boi się wojsk. Jej oddech oczyszcza świat od twego fetoru. Jesteś pokonany. Jej imię, Jej spojrzenie, Jej czys­tość to włócznia, grom i kamień, który cię przeszywa, powala i skazuje na więzienie w twej piekielnej jamie, o Przeklęty, który odebrałeś Bogu radość bycia Ojcem wszystkich stworzonych ludzi!

[Okazuje się jednak] teraz, że na próżno psułeś tych, którzy zostali stworzeni jako niewinni, i prowadziłeś ich do współżycia i do poczynania krętą drogą rozpusty. [Zaatakowałeś Boga] w Jego stworzeniu i pozbawiłeś Go [radości] bycia Dawcą dzieci według zasad, które - gdyby zostały zachowane - zapewniłyby na ziemi równowagę między osobami odmiennej płci i rasami. To pozwo­liłoby uniknąć wojen miedzy ludami i nieszczęść w rodzinach.

Dzięki posłuszeństwu poznaliby miłość. Jedynie przez posłu­szeństwo poznaliby miłość i posiedliby ją. [Weszliby w] posiada­nie pełne i spokojne tej Bożej emanacji, która z nadprzyrodzoności zstępuje w to, co niższe, żeby ciało też cieszyło się nią w spo­sób święty - to ciało, które jest złączone z duchem i stworzone przez tę samą Istotę, która stworzyła mu ducha.

Czymże jest teraz wasza miłość, o ludzie, [czym są] wasze mi­łości? Są albo żądzą przyobleczoną w miłość, albo nieuleczalną obawą o utratę miłości współmałżonka z powodu rozwiązłości je­go lub innych osób. Odkąd pożądliwość istnieje w świecie, nie je­steście już nigdy pewni posiadania serca małżonka lub małżonki. I drżycie, i płaczecie, i stajecie się szalonymi z zazdrości, a czasa­mi zabójcami, żeby zemścić się za zdradę. Kiedy indziej znów je­steście przygnębieni, chwiejni w pewnych wypadkach, a nieraz - nawet obłąkani.

Oto co zrobiłeś, szatanie, synom Boga. Ci, których zepsułeś, mieli poznać radość posiadania dzieci bez doznawania cierpienia, radości narodzenia się - bez strachu przed śmiercią. Teraz jednak jesteś pokonany w Niewieście i przez Niewiastę. Począwszy od tej godziny ten, który Ją pokocha, będzie ponownie kimś z Boga, kimś pokonującym twoje pokusy, aby móc patrzeć na Jej nieska­lana czystość. Odtąd matki - nie mogąc poczynać bez bólu - będą mieć Ją za umocnienie. Od tej chwili małżonkowie Ją będą mieć za Przewodniczkę, a umierający - za Matkę. Dzięki Niej [ludzie] spokojnie będą umierać, w Jej ramionach, które jak tarcza [ochro­nią ich] przed tobą, Przeklęty, i przed sądem Bożym.

Mario, Mój mały głosie, widziałaś narodzenie Syna Dziewicy i narodzenie się Dziewicy dla Nieba. Widziałaś więc, że Ta, która jest bez grzechu, nie zaznała kary dawania życia [w bólu] ani trwogi przed śmiercią. Skoro Najniewinniejszej Matce Bożej zos­tała zarezerwowana doskonałość niebiańskich darów, to i wszyst­kim, którzy - od Prarodziców począwszy - wytrwaliby w niewin­ności i byliby dziećmi Bożymi, przypadłoby rodzenie bez bólu, co byłoby słuszne, gdyż umieliby współżyć i poczynać życie bez pożądliwości. Umieraliby też bez strachu.

Największym odwetem Bożym za zemstę szatana było dopro­wadzenie doskonałości umiłowanego stworzenia do superdoskonałości, która - przynajmniej w Jednej - unicestwiła wszelki ślad [skażonej] natury ludzkiej, podatnej na truciznę szatana. I tak to [nawet] nie z czystego związku ludzkiego, lecz dzięki Boskiemu objęciu, który przemienia ducha w ekstazie Ognia, miał przyjść Syn.

Dziewictwo Dziewicy!... Pójdź, rozważaj to głębokie dziewic­two, którego kontemplowanie przyprawia o zawrót głowy, [jak u stojącego nad] przepaścią! Czym jest biedne, przymusowe dzie­wictwo jakiejś kobiety, której nie poślubił żaden mężczyzna? Mniej niż niczym. Czym jest dziewictwo tej, która chce być dzie­wicą, żeby należeć do Boga, ale nie potrafi tego zrobić w duchu, lecz tylko cieleśnie, i dopuszcza, że wchodzi w nią tyle niewłaś­ciwych myśli, i pieści, i przyjmuje pieszczoty ludzkich wyobra­żeń? To zaledwie zaczątek dziewictwa. Ale bardzo mały jeszcze. Czym jest dziewictwo osoby zakonnej, która żyje tylko Bogiem? To już wiele. Lecz wciąż niedoskonałe jest ono w zestawieniu z dziewictwem Mojej Matki.

Nawet u najświętszych osób zawsze istniało pewne powiąza­nie: związek między duchem i grzechem [pierworodnym]. Związek ten jedynie Chrzest rozwiązuje. On go znosi, jednak - jak ko­bieta odłączona przez śmierć od małżonka nie odzyskuje dziewictwa - tak [Chrzest] nie przywraca całkowicie [stanu], jaki był [udziałem] pierwszych Rodziców przed Grzechem. Pozostaje blizna i boli, dając znać o sobie. Jest ona zawsze gotowa ponownie zamienić się w ranę. [Przypomina] niektóre choroby wirusowe, które się okresowo zaostrzają. W [Maryi] Dziewicy nie ma tej po­zostałości rozwiązanego związku z Grzechem. Jej dusza ukazuje się piękna i nieskalana - taka, jaka była, kiedy Ojciec [odwiecz­nie] o Niej myślał, umieszczając w Niej wszystkie łaski.

Jest Dziewicą. Jest Jedyną. Jest Doskonałą. Jest w pełni Doskonała. Jako taka została pomyślana i taka została zrodzona. Taka też jest nadal. Ukoronowana jako taka. Na wieki taka. Jest Dziewicą. Jest bezmiarem nienaruszalności, czystości i łaski, zatraca­jącym się w Przepaści, z której wytrysnęła: w Bogu.

Nienaruszalność, Czystość, doskonała Łaska. Oto odwet Boga w Trójcy Jedynego. Ponad wszystkimi skażonymi stworzeniami wznosi On tę Gwiazdę doskonałości. Maryja, Powściągliwa, na przekór niezdrowej ciekawości [pierwszych Rodziców], odpłaca jedynie miłowaniem Boga. Poznaniu zła przeciwstawia się ta wzniosła Nie-Znająca. Nie zna ona nie tylko nikczemnej miłości, ale nawet tej miłości, którą Bóg dał zaślubionym ludziom. Coś więcej jeszcze: Ona nie zna pożądliwości - dziedzictwa Grzechu [pierworodnego]. W Niej jest tylko mądrość miłości Bożej, rów­nocześnie zmrożona i rozpalona. To Ogień, który opancerza lodem ciało, aby stało się przejrzystym zwierciadłem na ołtarz. Przy nim dokonują się zaślubiny Boga z Dziewicą. Nie poniża to Boga, gdyż Jego doskonałość ogarnia Tę, która - jak przystoi [Jego] małżonce - jest jedynie o jeden stopień niższa od Małżonka, Jemu podległa jako Niewiasta, ale bez skazy jak On.»


 

 

Źródło: Maria Valtorta