Resocjalizacja coś co nie istnieje cz 1


80ab14571524594bc134dc427eea8bf1.jpg

Artykuł powstał na bazie własnych przeżyć oraz pracy magisterskiej pt. "Grypsera: przemiana, słabnięcie czy upadek subkultury więziennej? (Na podstawie obserwacji uczestniczącej w areszcie śledczym i w zakładach karnych)", obronionej w listopadzie 2004 roku w Instytucie Socjologii UMK (promotor: prof. Andrzej Zybertowicz). Sama praca zaś jest wynikiem obserwacji związanej z 2,5 rocznym pobytem autora w więzieniu, gdzie odbywał karę pozbawienia wolności orzeczoną za spowodowanie wypadku samochodowego.
Artykuł pierwotnie ukazał się w kwartalniku "Opieka - Wychowanie - Terapia" nr 3-4 z 2005r.

Pokój wychowawcy, gdzieś na początku odbywania kary:

- Miszewski, ty tu coś piłeś, tak? Tu jakiś alkohol był? W tej twojej sprawie?

- No tak, nie da się ukryć?

- No to my ci musimy ułożyć program resocjalizacji na ten alkohol. Ty jesteś małolat, to i tak program byś miał. Zrobimy tak - tu masz zadania do wykonania: po pierwsze, utrzymywać kontakt z rodziną, po drugie, powstrzymywać się od spożywania napojów alkoholowych, po trzecie, idziesz zaraz do Grzecha i bierzesz książki o alkoholikach.

Nie mówiłem mu, że rodzina na widzenia i tak, dzięki Bogu, przychodzi, bo może by zaraz wymyślił coś nowego. Nie pytałem też, że niby jak mam pić w miejscu, w którym nie ma dostępu do alkoholu? W kryminale? To chyba nie sztuka? Myliłem się, żółtodziób. Jak już trochę posiedziałem, to się przekonałem, że załatwienie narkotyków i alkoholu nie jest akurat w więzieniu problemem. Do Grzecha za to poszedłem chętnie.

Był funkcyjnym w bibliotece. Czytać lubiłem, więc przy okazji pójścia po "swoje" książki (znaczny eufemizm - w bibliotece coś około 5 tyś. woluminów, ale 98% z poprzedniego ustroju i niestety na jego temat, bynajmniej nie krytycznie: "myśl Lenina tu...", "Marks tam..."), wymieniłem mu tytuły wspomniane przez wychowka. Taką salwę śmiechu w więzieniu słyszy się rzadko:

- Co ten stary cap znowu wymyślił? Przecież mu, kurwa, mówiłem, że tych książek nie ma tu chyba już z 5 lat!? Kto by to w ogóle czytał? Na skręty pewnie poszły? (papier niektórych książek idealnie wręcz nadaje się do palenia marihuany, stąd np. ogromne zainteresowanie Biblią?)

- To co ja mam teraz zrobić? (żółtodziób)

- A niby, kurwa, co? Powiedz mu, że czytasz.

Tak też zrobiłem. Obawiałem się tylko, czy mnie nie przepyta kiedyś z treści. Nigdy tego nie zrobił. Być może nie miał aż takiego poczucia humoru: pytać mnie z książek, o których wie, że ich nie ma, o czym ja także dobrze wiem, o czym z kolei on wie, że ja wiem, że on wie. Pewnie byśmy razem świetnie się bawili. Ciekawiło mnie tylko, czy sam kiedyś którąś z nich przeczytał? Później zrozumiałem, że ten wymiar farsy, jaki mi zafundował, był już chyba dla niego i tak wystarczający. Zwłaszcza gdy długi czas potem, oglądając swoje akta u innego już wychowawcy, w innym więzieniu, zobaczyłem wpis, że z przeczytania książek wywiązałem się bez zarzutu. Póki co siedziałem na śledczaku, ale już jako skazany.

Podobnych ludzi była cała masa - siedzieli tutaj, bo w myśl kkw ma się siedzieć jak najbliżej miejsca zamieszkania. Jedynie tych, co sprawiali jakieś tam poważniejsze problemy, administracja wysyłała "w transport". Normalne - po co samemu się użerać, jak można komuś podrzucić. Tym bardziej, jeśli zgodnie z procedurą.

Dostałem pracę - w bibliotece i w radiowęźle jednocześnie. Nie chciałem jej, bo zamierzałem jak najszybciej stąd wyjechać. Naczytałem się kkw i regulaminu wykonywania kary pozbawienia wolności: za przestępstwo, które popełniłem, mogłem otrzymać podgrupę klasyfikacyjną M2P i wyjechać do zakładu karnego typu półotwartego, a tam więcej swobody, dłuższe widzenia, przepustki? Na śledczaku za to cała masa utrudnień, bo wszystko kręci się wokół tymczasowo aresztowanych. Na tych przepustkach mi zwłaszcza zależało, bo chciałem dzięki nim kontynuować w jakiś sposób studia. Póki co te studia właśnie mi w wyjeździe przeszkodziły. Kierownik działu penitencjarnego stwierdził, że z moim wykształceniem jak nic nadaję się do radiowęzła i biblioteki.

- No a transport? - zapytałem.

- Popracujesz do wyjazdu i tyle.

Do pracy w radiowęźle bardzo niewielu się nadaje, a jeszcze mniej się garnie. Ostrzegali mnie inni złodzieje (za cokolwiek byś nie siedział, w więzieniu jesteś nazywany złodziej), żebym tej tyrki (pracy) nie brał, bo przyfeszczona nieco (od grupy festów, ugrupowania subkulturowego współpracującego za czasów poprzedniego ustroju z administracją). Tak zła opinia o tej pracy wzięła się stąd, że za komuny administracja głosem więźnia pracującego w radiowęźle pouczała osadzonych, by się poprawili w imię jedynie słusznej idei. Taki więzień, jak nietrudno się domyśleć, nie miał w więzieniu życia. Jakże się zdziwiłem, gdy idąc po raz pierwszy do radiowęzła zobaczyłem tekst pogadanki, który mam przeczytać. Było to coś w stylu: "nie niszczcie głośników radiowęzła, naszego wspólnego dobra?" (przewody z głośników szły wtedy na buzały - bardzo skuteczne samorobne grzałki - bo jakoś ciężko było o grzałki fabryczne). Spytałem Grzecha: czytać to czy nie?

- Pierdol to w czapkę - brzmiała odpowiedź - tylko wpisz w zeszyt, że przeczytałeś, nie?

No to wpisałem. I chyba każdy był zadowolony. Kontrola z Okręgowego Inspektoratu chyba również; w zeszycie było, że się odbyło, jak można nie wierzyć zeszytowi?

Czas w radiowęźle biegł mi na puszczaniu muzyki i ogłaszaniu konkursów. Przez pracę tę resocjalizować miałem się ja sam, dzięki muzyce i konkursom cała reszta. Konkursem zazwyczaj była krzyżówka. Grzechu dostawał od wychowka "Tysiąc panoramicznych" i wybierał z tego tysiąca najłatwiejsze, bo nie wszystkie się nadawały. Na stronę A4 wchodziły tak ze 4-5, potem szło to na ksero i na cele. Sam udział nie był premiowany, za to za zwycięstwo - wyłonione w drodze losowania, bo przeważnie na 50 krzyżówek, które wróciły ze 120, było "nawet" z 3-8 poprawnych odpowiedzi - otrzymywało się wniosek nagrodowy. Można go było wykorzystać albo jako zwykłą pochwałę, albo jako dodatkowe, albo jako przedłużone widzenie. Nic innego nie wchodziło w rachubę. "Losowanie" to było królestwo Grzecha, "wygrywał" ten, kto nie miał z nim na pieńku.

Czasem puszczałem też muzykę na specjalne prośby więźniów, najczęściej z dedykacjami w stylu: "najlepszego, Mietku z celi 113, z okazji zajechania (odsiedzenia) 15 lat w kryminale".

Formą resocjalizacji był także dostęp do mediów. Oznaczało to, że ci, którzy mieli pod celą telewizor (swój własny, prywatny), to go sobie oglądali, a ci, którzy nie mieli, a byli grzeczni, to czekali na jeden przechodni, "państwowy", który dostawało się na tydzień albo dwa. Dostęp więźnia do prasy oznaczał codziennie Pomorską, jedną na 5 cel. Trochę narzekałem, bo jak nie dostawałem jej pierwszy w kolejce, to zdjęcia były powycinane, a krzyżówka już rozwiązana (jak ktoś nie znał właściwej odpowiedzi, to wpisywał własną dorysowując kratki). Niepotrzebnie jednak narzekałem, bo w innych kryminałach o prasie nie było już w ogóle mowy.

Ten mój wychowawca, jak się później okazało, to on wcale nie był mój, tylko pełnił funkcję wychowawcy ds. kulturalno-oświatowych. Pierwsze skojarzenie przywodziło na myśl "Rejs" Marka Piwowskiego i scenę: "(?) a w damskiej ubikacji ktoś napisał na ścianie kredą gupi kaowiec". Pierwsze skojarzenie okazało się słuszne. Nawet po włożeniu sporego wysiłku w czynność obserwacji nie mogłem się dopatrzeć żadnych śladów jego pracy. W radiowęźle się nie pokazywał, w bibliotece z rzadka. Zorganizował raz turniej gry w darta (lotki). Całość odpękał w pół godziny, a potem zgubił kartkę nazwiskami zwycięzców. Nigdy nie mogłem dojść celowości istnienia tej funkcji - jako takiej. Jak potem trochę pozwiedzałem świat zza okien kabaryny (więźniarki) i posiedziałem gdzie indziej, to zauważyłem, że wszędzie praca na tym stanowisku wygląda podobnie.

Jak się tak dobrze zastanowić, to nazwa: wychowawca, dla osoby obecnie wykonującej tę funkcję, jest raczej nie na miejscu. Bardziej pasowałoby: sekretarka. Kontakt z wychowawcą ogranicza się bowiem do udania się do niego po talon na paczkę żywnościową, talon na paczkę higieniczną czy wysłanie listu. Żadnych treści wychowawczych podczas realizacji tych czynności nie zaobserwowałem.

Na razie miałem jednak inne zmartwienia: administracja śledczaka nie chciała mnie wypuścić. Ostrzegano mnie przed tym. Potrzebny tu byłem i tyle. Wyjechałem dopiero po utracie pracy, spowodowanej nieumiejętnością nieokazywania dezaprobaty dla funkcji i osoby wychowawcy ds. k-o.

Wyjechałem na półotworek (zk typu półotwartego). I tu, o dziwo, spotkałem wychowawcę, który nie dość, że w resocjalizację wierzył, to jeszcze tę wiarę w czyn przekuwał. Czyn polegał na tym, że był w dobrych kontaktach z kinami, teatrami, muzeami i innymi placówkami kulturalnymi w mieście. Gdy instytucje te miały jakieś wolne bilety na coś, co się w nich działo, to dawały mu znać, a on wówczas organizował grupę więźniów, mających wziąć w tym wszystkim udział. Paradoks polegał na tym, że tak naprawdę to on nie był wychowawcą, a terapeutą ds. uzależnień alkoholowych (w więzieniu znajdował się oddział dla uzależnionych) i cała ta działalność odbywała się po godzinach jego pracy. Przychodził więc wieczorami (średnio jedno wyjście w tygodniu, z różnymi grupami więźniów) i zabierał podekscytowaną hałastrę na miasto. Zdarzało się, że wracaliśmy późnym wieczorem, nawet około 23.

Chodziliśmy zawsze na rzeczy, które można by określić mianem ambitnych. Dużo częściej teatr i muzeum niż kino, a jeśli już to ostatnie, to żadna tam amerykańska strzelanina. O to często złodzieje mieli pretensje, bo zdarzało się, że niewiele z filmu rozumieli. Pamiętam, jak poszliśmy kiedyś na "Mexican" z Bradem Pittem i Julią Roberts w rolach głównych. James Gandolfini, znany m.in. z roli Tony'ego z "Rodziny Soprano", odgrywał w tym filmie postać gangstera, z którą to postacią bardzo szybko się złodzieje zidentyfikowali. Dawno nie widziałem takich skonsternowanych twarzy, gdy okazało się, że gangster jest homoseksualistą i jeździ małolitrażowym dieslem (film został mocno osadzony w konwencji postmodernizmu).

Tak naprawdę to był z tym terapeutą jeden wielki kłopot. Dyrektor doceniał jego działalność ze względów dokumentacyjnych - mógł się nią pochwalić przed władzami zwierzchnimi, no i może przed jakimiś organizacjami, stowarzyszeniami. Na tym chwalenie się kończyło, a zaczynał się problem. Dyrektor bał się jak ognia dziennikarzy, którzy mogliby o tej, jakże cennej przecież inicjatywie coś napisać w gazetach. Dlaczego? Bo społeczeństwo nie życzy sobie, aby kryminaliści włóczyli się po kinach. Mają siedzieć, najlepiej w kamieniołomach, i to najlepiej do końca swoich dni. Więc jakby się dowiedziało, że to z jego kryminału takie wycieczki wychodzą? Najbardziej przerażało jednak, że 80% funkcjonariuszy podzielało owo zdanie społeczeństwa. Patrzyli więc na terapeutę niechętnie. Pozostałe 20% nie lubiło go natomiast za to, że stawiał ich w trudnej sytuacji. Jakkolwiek uznawali jego aktywność za słuszną, to jednak zdawali sobie sprawę, że tak właściwie to oni sami powinni się nią zajmować, a nie on. Z oczywistych względów najbardziej nie lubił go wychowawca ds. k-o?

Z tym nielubieniem złodziei przez funkcjonariuszy to też dziwna sprawa. Nie lubią ich z wielu powodów, między innymi dlatego, że się ich boją. To zaś powoduje, że część funkcjonariuszy się złodziejom podlizuje, zwłaszcza tym dobrze zbudowanym, siedzącym za wymuszenia rozbójnicze, haracze, narkotyki itd., w szczególności zaś, gdy delikwent należy do grypsujących. Jeden przykład. Do celi wchodzi oddziałowy i pyta:

- Kto nie grypsuje tutaj?

Zgłasza się kilka osób.

- Za pięć minut ubrani i w butach przed dyżurką! Będziecie sprzątać

pas śmierci.

Pas śmierci to około 3-4 metry między zewnętrznym murem więzienia a wewnętrzną siatką z zasiekami, ciągnące się dookoła kryminału, służące jako dodatkowe zabezpieczenie przed ucieczką. Od czasu do czasu wchodzi się tam, by teren ten uporządkować, wyrwać chwasty itd. Kodeks grypsujących zabrania im wchodzenia na pas śmierci. To, że oni chcą przestrzegać swojego własnego kodeksu, jest jakoś tam zrozumiałe, ale że administracja dopasowuje się do subkultury, której sensem istnienia i deklarowaną wartością jest walka z tą administracją właśnie i że przy tym obrywa się niegrypsującym, którzy z założenia takiej walki nie prowadzą, jest poniekąd niezrozumiałe i co najmniej niesprawiedliwe.

Po jakimś czasie dostałem przepustki i wkrótce potem zostałem przeniesiony do zk typu otwartego. Z tymi przepustkami nie było jednak tak łatwo. Oczywiste jest, że trzeba sobie w jakiś sposób na nie zapracować, że stanowią nagrodę, a nie obowiązkowy przydział. Problem w tym, że dla administracji jednym z głównych wyznaczników zasłużenia było wyrażenie przez więźnia woli współpracy, czyli mówiąc wprost: rozpoczęcie zaganiania - permanentnego donoszenia na innych więźniów i funkcjonariuszy.

Nie jest bowiem prawdą, że praca operacyjna została wycofana z więzień w roku 1990. Służba Więzienna nigdy nie zaprzestała tej działalności na swe własne potrzeby. Nie neguję konieczności jej prowadzenia, zwłaszcza w starciu z dzisiejszymi, bardzo groźnymi i całkowicie zdemoralizowanymi przestępcami. Zwracam tylko uwagę, że obecny jej status - a więc formalne nie-istnienie - powoduje, że jest uprawiana niezwykle amatorsko i ze szkodą dla wszystkich. Administrację więzienia, w którym przebywałem, interesowały zazwyczaj kwestie drugorzędne, np. co mówią o niej więźniowie. Nie potrafiła także zadbać o bezpieczeństwo swojego agenta, co jak wiadomo - zwłaszcza w więzieniu - powinno być kwestią pierwszorzędną. Przepustki otrzymałem dzięki usilnym staraniom mojej rodziny oraz wstawiennictwu prof. Zybertowicza.

Z półotworka i otworka kilkadziesiąt osób wychodziło codziennie do pracy poza terenem zakładu.

Pracowali w różnych miejscach: w klubach sportowych, ZHP itp. Pracę ich łączył jeden fakt: była bezpłatna; obowiązkiem pracodawcy było jedynie zadbać o ich wyżywienie, czasem dowóz na miejsce i z powrotem. Więźniowie lubili tam pracować, nawet za darmo. Praca była urozmaiceniem dnia, odskocznią od wszechobecnej nudy, umożliwiała kontakt ze światem zewnętrznym i innymi (spoza więzienia) ludźmi. Liczyli jednak - i nie sądzę, iż można powiedzieć, by były to przesadne oczekiwania - że ich nieopłacana praca zaowocuje chociażby otrzymaniem przepustek, a później warunkowego zwolnienia. Z przepustkami zazwyczaj nie było aż tak źle, chociaż także i od nich oczekiwano, że będą zaganiać, w wielu przypadkach postawiono im zresztą w tej kwestii ultimatum. Opłakanie za to przedstawiała się kwestia warunkowego.

Więzień odsiaduje wyrok. Zbliża się czas, po którym mógłby być przedterminowo warunkowo zwolniony. Przez cały okres dotychczasowej odsiadki starał się uzyskać pracę i w końcu pracował, starał się uzyskiwać wnioski nagrodowe i sporo ich uzyskał, starał się nie łapać kwitów (wniosków karnych) i bardzo niewiele ich w rezultacie posiadał na swoim koncie. Pokazywał tym wychowawcy, dyrektorowi, a w końcu sądowi penitencjarnemu, że zmądrzał, że żałuje, że chce to jakoś naprawić, zwłaszcza, że siedzi po raz pierwszy. Staje na wokandzie i co? "Zbyt odległy koniec kary" oraz "zbyt duża szkodliwość społeczna czynu" - dwa szablonowe, uniwersalne argumenty sądu penitencjarnego, bo usłyszał je każdy, niezależnie od tego, ile już przesiedział i za co (argumentację tę stosowano nawet w stosunku do więźniów, którym pozostało do końca kary kilka miesięcy z 4, 5 a nawet 6 lat). Dowiaduje się również, że nie dostanie warunkowego także z tego powodu, że siedzi i tak w zbyt dobrych warunkach - jest w zakładzie półotwartym/otwartym i może sobie codziennie wychodzić na wolność do pracy (sic!). Czyli awans do kryminałów tego typu nie jest nagrodą a łaską, na którą więzień absolutnie nie zasłużył i za którą musi słono płacić. Prawdziwości tego stwierdzenia dowodzą liczne przypadki więźniów, którzy celowo coś "nawywijali", tak, aby być karnie zwiezionym do więzienia typu zamkniętego, gdzie mimo surowszych rygorów formalnych oraz okoliczności owej zwózki szybciej wychodzili na wolność.

Sądy penitencjarne zdają się pełnić rolę Ostatecznego-i-Właściwego- Sprawiedliwego. Jeśli uważają, że sąd orzekający wydał zbyt niski wyrok, to korygują go poprzez odmowę udzielenia warunkowego. Wiedzą też, że segregacja więźniów to ułuda - do półotwartych i otwartych pakuje się ludzi, którzy absolutnie nie powinni tam siedzieć, a są tam tylko dlatego, że jest przeludnienie (na półotworku podszedł do mnie pewien więzień z numerem miesięcznika "Zły" w ręku; otworzył go na stronie, na której zamieszczone były zdjęcia okrutnego pobicia ze skutkiem śmiertelnym: "Moja robota!" - pochwalił się z dumą w głosie). Nie wdają się jednak w szczegóły, kto na odbywanie kary w złagodzonych warunkach zasłużył, a kto nie i siedzących tam traktują jednakowo: źle.

Logika przyznawania warunkowego - zakładając, że istnieje - nie wiadomo na czym się zasadza. Fakt wykonywania/niewykonywania pracy zarobkowej przez więźnia, zdobywania nagród, niekaralność dyscyplinarna czy uczestnictwo, bądź nie, w subkulturze więziennej, zdają się nie mieć żadnego wpływu na decyzję sądu. Wywołuje to uzasadnione oburzenie tych, którym na szybszym opuszczeniu murów faktycznie zależy i którzy coś w tym kierunku robią. Nie widząc różnicy w potraktowaniu przez sąd ich oraz pozostałych, którzy do niczego się nie kwapią, dochodzą do wniosku: po co się starać?

Sądy penitencjarne zdają się mieć w "głębokim poważaniu" także wnioski o warunkowe, wystosowane przez administrację zakładów karnych. Jest to o tyle dziwne, że administracja, poprzez złożenie wniosku, zdaje się ręczyć za takiego złodzieja, wyraża opinię, że nie warto go dłużej trzymać w zamknięciu, że się zresocjalizował. Tymczasem częstotliwość przyznawania warunkowego w takich przypadkach nie różniła się zbytnio od tej, gdy więzień występował z wnioskiem sam. Dziwi jedynie, że w 90% przypadków takich postanowień dyrekcja nie odwoływała się od decyzji sądu.

Więźniowie nie piszą odwołań od odmowy udzielenia warunkowego. Szkoda czasu. Następny wniosek można składać dopiero w trzy miesiące po wydaniu decyzji odmownej. Nie wiem z jakich przyczyn ten okres, w jakiś zupełnie naturalny sposób, wydłuża się do pół roku (na własnym choćby przykładzie). W tym czasie przecież wniosek mógłby być rozpatrywany dwukrotnie. Jeśli teraz złożysz zażalenie, to twoje odwołanie, wraz z twoimi więziennymi aktami i tak przechodzi przez cały ten cyrk (sąd penitencjarny), zanim ostatecznie trafi do sądu apelacyjnego. Tam też sobie trochę poleży. W międzyczasie jesteś "ugotowany", a przynajmniej tak tłumaczy ci to wychowawca, bo nie ma na miejscu twoich akt. Nie może on więc podjąć żadnej istotnej decyzji co do twojej osoby, a więc np. wystąpić do komisji penitencjarnej o przyznanie przepustek itd. W sumie zajmie to kilka miesięcy, na pewno dłużej, niż odczekanie na możliwość następnego składania wniosku. A po co jeszcze dodatkowo zadzierać z sądami i administracją więzienia, które patrzą nieprzychylnym okiem na "stawiających się"?

***

Jak to jest, że w jednym kryminale, mimo że nie ma przepełnienia (odsiadkę rozpocząłem w 2000 roku, gdy problem raczkował), w dziedzinie resocjalizacji nie robi się nic, a w innym, mimo oczywistych problemów (rok 2002) udaje się zrobić tak wiele (takich przykładów jest w kraju dużo więcej)? Proszę samodzielnie udzielić odpowiedzi na powyższe (oraz inne) pytanie.

W artykule starałem się przedstawić okoliczności, które w różny sposób, bezpośrednio i pośrednio, resocjalizacji nie służą. Opisałem te, za które odpowiedzialny jest głównie wymiar sprawiedliwości, co nie oznacza oczywiście, że jest on jedynym winowajcą. Problemy stawiane przez więźniów wymagają po prostu odrębnego artykułu.

Artykuł został pomyślany głównie jako "dostawca empirii", stąd też celowo "wymądrzanie się" ograniczyłem do niezbędnego - mam nadzieję - minimum.

Autor Kamil Miszewski

Źródło informacji: 43dom.interia.pl

inne artykuły 

Resocjalizacja biadolenie cz 2

 Problemy więziennictwa

  więzienna gehenna

  bijatyka w rosyjskim więzienniu

  Piekło polskich ekologów w amerykańskim więzieniu