Przygody Wisusa Wirusa

Ten tekst to niby bajka, może pastisz a nawet parodia. Wynik nastroju wywołanego przez pandemię.

 

  Przygody Wisusa Wirusa

Malutki, niewidoczny gołym okiem Wisus Wirus od urodzenia mieszkał w przytulnej norce. Ale jego rodzice właśnie zmarli, więc chciał zobaczyć jak wygląda życie poza norką. Nie wiedział jak się wydostać bo nie miał ani rączek, ani nóżek tylko malutkie wypustki. Aż tu pewnego dnia usłyszał jakiś chrobot i zobaczył mały jasny punkcik. A potem pyszczek jakiegoś zwierzątka. Skorzystał więc z okazji i przyssał się do noska. W ten sposób wydostał się poza dotychczasowy, bezpieczny dom.

Zwierzątko poruszało się powoli przed siebie dzięki czemu Wisus mógł spokojnie zobaczyć nowe otoczenie. Wszystko tu było nieznane, wielkie i hałaśliwe dlatego wystraszyło wiruska. Zeskoczył więc ze zwierzątka i przyczaił się na drewnianym pojemniku w którym było dużo większych od niego zwierzątek ze skorupą na plecach. Leżały na sobie i chyba było im bardzo niewygodnie, bo jeden nawet śpiewał:

O, jak mi smutno

O, jak mi źle

Kto uwolni mnieee.

Wirusek wtoczył się do skrzynki i radośnie skakał ze skorupy na skorupę. Ale wszystkie zwierzątka były smutne i nie chciały z nim ani rozmawiać, ani się bawić dlatego skakanie szybko mu się znudziło. Z trudem wdrapał się po drewnianym słupku aż na stół pełen różnych kolorowych kształtów. Były tam zielone podłużne, czerwone okrągłe małe i duże, wielkie zielone i trochę mniejsze żółte. A obok jeszcze mniejsze jasnozielone i fioletowe. Aż mu się w oczach mieniło od tych różnorodnych kolorów. Zaś mieszanka zapachów kręciła w nosie.

Powoli przyzwyczajał się do hałasu, zapachów i ruchliwych wielkich istot. Postanowił odpocząć i przysiadł w metalowej skrzyneczce z kolorowymi papierkami i metalowymi krążkami. Jednak było tam bardzo niespokojnie bo człowiek stojący przy stole ciągle tam sięgał – wyjmował i dokładał zawartość.

Wisusek już miał stamtąd wyskoczyć gdy usłyszał:

- Cześć, jak się masz?

Obejrzał się i zobaczył kilka podobnych do niego istot. Ucieszył się.

- O, jak fajnie. Myślałem, że sam jestem na całym świecie.

- Ależ nie, jest nas tu mnóstwo. Ludzie nas nie widzą, więc nie przeszkadzają nam żyć i rozmnażać się.

- Nazywam się Wirus Dorodny – przedstawił się największy. Jestem przywódcą naszej bandy. Pochodzimy z różnych miejsc. Ten tam to Wirus z Nosa, obok niego Wirus z Ucha a jego brat to Wirus z Oka. Za nimi trojaczki Wirus z Warg, Wirus z Języka i Wirus z Migdałków.  Chodź z nami, pozwiedzamy świat.

Wisusek chętnie dołączył do grupy, bo czul się bardzo samotny.

Ruszyli w drogę kręcąc się wokół kolegów, to wyprzedzając, to zwalniając, przez wszystkie kolorowe owoce i warzywa. Zatrzymali się na kabaczku, który nagle włożono do plastikowej czerwonej torby gdzie było ciemno, duszno i wilgotno. Spodobało im się to  nowe miejsce.

 - Ach, jaka fajna przygoda – pomyślał Wisusek.

Człowiek, który zrobił zakupy zaniósł torbę do auta i wstawił ją do bagażnika. Zaciekawione wirusy wyszły z torby i  natknęły się na grupkę nowych kumpli. Od razu się zaprzyjaźnili. Weszli wszyscy z powrotem do torby i bawili się w berka śmiejąc się i pokrzykując.

Samochód przystanął, otworzyła się klapa i człowiek zabrał torbę.

Zaniósł ją do domu gdzie wysypał wszystkie owoce i warzywa na stół.

W tej chwili do kuchni wbiegły dzieci i każde z nich wzięło jeden owoc.

- Poczekajcie, trzeba je umyć – zawołał ich tata.

Ale dzieci nie posłuchały i wpiły się zębami w jabłka, gruszki i śliwki.  Wisus  poczuł się w ustach dziecka doskonale. Jego towarzysze także.

Zaczęli ślizgać się po języku, obijać o policzki i skakać po migdałkach.

Radośnie i głośno śpiewali:

Och, jak nam dobrze

Och, jak nam wspaniale

Lubimy tu być

Bo dobrze nam żyć

I nie boimy się wcale.

Napisano w drugiej połowie kwietnia 2020