Przedświąteczny obłęd

No i stało się. Wreszcie. Buchnęła nam ta wiosna wręcz z dnia na dzień. A jednocześnie zwariowała nie tylko moja żona, ale i wszystkie sąsiadki. Każda od rana albo popołudnia - zależnie jak praca pozwala, pucuje, szoruje, czyści i odkurza, a potem na odwyrtkę sprząta, wymiata, myje... I tak bez końca.

Jako typowy przedstawiciel płci słabszej, najchętniej przeczekałbym to szaleństwo przy piwie, wraz z innymi udręczonymi mężami, ale czy to się da? Wprawdzie nie dorosłem w swym ekstremizmie do poziomu mego syna, który na retoryczne zapytanie swej matki: "co zrobić, żeby na szybach nie było po myciu zacieków?" krótko i lakonicznie odparł: "wybić", ale i tak te wszystkie przedświąteczne zabiegi wprawiają mnie w popłoch.

Tym bardziej, że ślubna przy okazji objawia jakieś nieuzasadnione nadzieje na zmianę mego charakteru. Domaga się, na przykład, żebym okleił nowym fornirem parapety. No nie... Siedem lat wytrzymały to i ósmy mogą być jakie są. A i z tym rozkręcaniem okien, to też przesada - nie wystarczyłoby umyć z zewnątrz? Przecież, jak są skręcone, to w środku prawie wcale się nie brudzą. A - swoją drogą - ciekaw jestem jak dostały się tam te zasuszone muchy? Zagadka.

Jeszcze i tak mam fart, że nie mamy podłogi z klepki. Z młodości, jak  przypomnę sobie ten koszmar pastowania i froterowania... Tyle, że zapach potem fajny był. W ogóle Wielkanoc kojarzy mi się z na pół zapomnianymi zapachami. Mydlin spływających rynsztokami, świeżej zieleni rzeżuchy, świątecznych wypieków... Ach, te wszystkie baby wielkanocne, strudle i makowce - gdzie dziś one, gdzie? Która zabiegana pani domu, w krótkich przerwach między pracą, a codziennymi obowiązkami, ma czas na własne wyroby kulinarne? Ot, kupi coś w najbliższej Biedronce, czy Tesco, bo te przedświąteczne zabiegi porządkowe na nic innego nie pozwolą.

A przecież mężczyzna, wiadomo. Myśli głównie żołądkiem. Na podłodze może być dowolna warstwa kurzu, przez okna nie przesączać się ani promyk światła - jak dostanie na talerzu dobrą golonkę i do tego schłodzone piwo, a w perspektywie będzie miał jeszcze sernik lub szarlotkę zawsze uzna święta za super udane.

Jednym słowem, drogie gospodynie, więcej marchewki, a mniej kija zapędzającego niesfornego chłopa do przedświątecznych porządków. Gwarantuję, że wpłynie to doskonale na atmosferę w domu!

Z drugiej jednak strony... Po tym tygodniu mycia i czyszczenia, jest szansa, że poleżymy sobie, szanowni panowie, kołami do góry. Wszak przez te dwa dni nie nabrudzi się na tyle, żeby tak od razu trzeba było wspomagać panie w domowych obowiązkach. A i lodówka, pełna po świętach też miła rzecz. Więc może warto się troszkę poświęcić?

- Ja na pewno bym się poświęcił i umył te okna, choćby w dużym pokoju, ale sama rozumiesz, kochanie - naprawdę muszę skończyć ten świąteczny felieton, a zaraz potem iść do garażu, bo coś w samochodzie nawalają mi wolne obroty, więc jak trzeba będzie przejechać teściową... To znaczy, chciałem powiedzieć, pojechać po kochaną mamusię...

Dalbert

I - oczywiście - wszystkiego najlepszego, szczególnie tym naszym kochanym, zabieganym paniom domu, a przede wszystkim trochę odpoczynku i wesołych, rodzinnych świąt!