Przeciw edukacji państwowej

Ostatnio dużo słychać o likwidacji szkół. Podobno sporo przeznaczono do zamknięcia. Rodzice protestują. Za przyczynę zamykania szkół uważam samą naturę państwowych instytucji.

 

Jednym z głównych argumentów zwolenników edukacji państwowej jest powszechny dostęp do niej. Chodzi o postrzeganie dostępu do instytucjonalnej edukacji jako jakiegoś prawa wynikającego z samej przynależności do gatunku ludzkiego i o to, że najlepiej taki dostęp może zapewnić państwo. Chociaż wiadomo jak to jest z zapewnianiem usług przez państwo, czyli monopolistę (to co, że mogą powstawać prywatne szkoły, skoro to państwo ustala zasady). Wydatki instytucji państwowych rosną razem ze wzrostem dostępnych środków. Dla przykładu: jeśli jakaś instytucja ma do wydania na jakiś cel 50zł to wyda na niego 60zł, a jeśli mia do wydania na ten sam cel 100zł do wydania to wyda 120zł.

Darmowa edukacja państwowa

Jak wiadomo nie ma nic za darmo. To, że za usługę nie zapłaci pewna grupa odbiorców nie oznacz, że jest to darmowe.  Państwowa edukacja powoduje jednak to, że wszyscy, którzy pracują muszą płacić na nią podatki, dlatego można wciskać kit, że państwowa edukacja jest dla wszystkich bezpłatna. Bezpłatną edukacja byłaby wtedy, gdyby jakaś prywatna szkoła odstąpiła od pobierania opłat za edukację swoich uczniów lub gdyby taką działalnością zajęła się jakaś organizacja charytatywna. Dobrym sposobem byłby układ mieszany owych form. Na przykład szkoła organizuje podstawowy zakres lekcji dla wszystkich chętnych za darmo, a za niektóre specjalne usługi (wycieczki, fakultety, itd.) pobiera opłaty. Inną sprawą jest, że "darmowość" nauki może działać na jej odbiorców demoralizująco - przecież "jeśli coś jest za darmo to po co mam to szanować"? Wspomnę jeszcze o tym, że finansowanie tej działalności z podatków też nie jest dobre, gdyż podatki są same z siebie są niemoralne. Jeśli możemy usprawiedliwić podatki, to żadnym problemem nie będzie dla nas usprawiedliwienie kradzieży.

Kontrola centralna

Przeszły system nauczył nas, że lepiej oddać komuś odpowiedzialność za życie swoje, naszych dzieci, naszej rodziny. Mówiąc oni mam, w tym przypadku, na myśli ministrów i różnych innych regulatorów. Może ktoś powie, że jeśli nikt nie będzie tego pilnował to zapanuje chaos. Myślę jednak, że nie chaos, a raczej samorzutny ład. Wiadomo, że nie działają grupy tylko jednostki. Co najwyżej jednostki mogą działać w imieniu grupy. Wiadomo też, że instytucjami kierującymi kształt publicznej edukacji kierują ludzie. A człowiek, jak to człowiek - może się pomylić. Komu jednak łatwiej się pomylić? Urzędnikowi w Warszawie, czy dyrektorowi szkoły na Podgórzu w Toruniu? Oczywiście, że temu pierwszemu, bo nie dysponuje on odpowiednim zakresem informacji dotyczących tej konkretnej placówki. Trzeba dodać, że najlepszą informacje (jak sądzę) na temat dziecka mają jego rodzice, a rodzicom łatwiej przedstawić swoje racje właścicielowi szkoły, do której chodzi ich dziecko niż z ministerialnym urzędasem choćby z przyczyn czysto logistycznych.

Ale kto miałby w takim razie ustalać program nauczania?

Odsyłam do poprzedniego punktu. Ludzie nie są jednakowi, a im większa skala dostosowania do potrzeb tym lepiej. Od ministra edukacji narodowej lepiej będzie wiedział co bardziej odpowiada społeczności województwa dany kurator oświaty. Od kuratora oświaty lepiej będzie wiedział co jest lepsze dla danej gminy jej wójt czy burmistrz. I tak dalej. Wystarczy więc, że zostaną tylko podmioty bezpośrednio dotknięte problemem, to znaczy szkoły (oczywiście prywatne) i rodzice, a jeśli rodzice zadecydują, że dla ich dziecka najlepsza będzie nauka w domu, to już ich sprawa.

W centralnie zaplanowanym programie nauczania jest wiele rzeczy niepotrzebnych, bądź w przypadku szkół zawodowych nieaktualnych. Ale nawet gdy sami nauczyciele tak uważają to muszą i tak tego uczyć. Ale co taki nauczyciel może zrobić, przecież boi się stracić pracę. A wiadomo, jeśli ma już etat to nie może go za żadne skarby stracić, przecież niedługo będzie kolejny strajk i znów podniosą mu wypłatę. W taki sposób szkoła (a konkretnie nauczyciele), produkują młodych socjaldemokratów, którzy za nic mają moralność, niemających jakichś celów, czy ambicji, żyjących tylko po to aby przeżyć. Myślą tacy, że należy im się praca tylko dlatego, że uczyli się po różnych szkołach nie wiadomo ile lat. Fakt, że to co chcieliby robić nikomu się nie przyda, ale są wielce oburzeni, że posady znaleźć nie mogą, mając za złe komuś innemu, że gdy oni przeznaczyli za dużo czasu na szkołę to ten zdążył się już dorobić.

Jak zlikwidować państwową edukację

Moim zdaniem dobry byłby okres przejściowy, w którym przez pewien czas edukacja ciągle byłaby obowiązkowa, lecz to rodzic wybierałby gdzie dziecko ma się uczyć, czyli program nauczania, której szkoły bardziej mu odpowiada. W okresie przejściowym rodzice dostawaliby tzw. bony edukacyjne, więc w tym czasie problem, że kogoś nie będzie stać na szkołę, nie będzie istniał. Okres przejściowy nie powinien być za długi. Po tym okresie zostałyby tylko, wcześniej już wspomniane, szkoły komercyjne i charytatywne.

Na koniec dodam, że jeśli nie byłoby państwowej edukacji to rodzice nie mieliby po co protestować. Jak komuś nie podoba się, że zamykają jakąś szkołę to dlaczego nie otworzy swojej. I w taki sposób państwo miałoby spokój.

Jednak ostatnie zdanie mi się nie podoba, bo na spokoju państwa i jego sukcesach to mi nie zależy, a wręcz przeciwnie.

Licencja: Creative Commons - na tych samych warunkach