Po co przeżyliśmy koniec świata?

celem tego straszenia może być odciągnięcie uwagi opinii publicznej od tego, co faktycznie wyszykowali nam architekci czy raczej murarze

 

44ef473b112bda5ddb2503168f950a73.jpg

Oto znów przeżyliśmy koniec świata – kolejny wieszczony przez fałszywych proroków świecki koniec, których być może przyjdzie nam przeżyć jeszcze kilka czy kilkanaście, zanim dożyjemy tego naszego, osobistego końca, kiedy staniemy przed Sędzią Sprawiedliwym, który jest Początkiem i Końcem – Alfą i Omegą.

I wcale nie chodzi o to, abyśmy mieli odczuwać jakąś wielką satysfakcję z faktu, że ten zbuntowany przeciwko swemu Stwórcy świat ciągle się jeszcze kręci, drwiąc z Bożego Miłosierdzia. Każde bowiem niezrealizowane świeckie proroctwo końca świata, które zawsze z taką lubością rozgłaszają medialni zaklinacze opinii publicznej, najpierw podkręca atmosferę i wprowadza stada lemingów w stan nerwowości, ekscytacji i niepokoju, po czym, gdy wyznaczona data mija, powoduje, że jeszcze bardziej zatracają się w amoku poszukiwania zabawy za wszelką cenę.

Wielokrotne powtarzanie owego pobudzenia, ekscytacji, a następnie gwałtownego schładzania atmosfery, przy zastosowaniu coraz silniejszych bodźców, po pewnym czasie skutkuje znacznym uodpornieniem się stada na lęk przed tym, czym się je straszy. W ten sposób osiąga się co najmniej dwa cele.

Po pierwsze: groźba powodująca strach i duże napięcie nerwowe u straszonego – jeśli nie zostaje zrealizowana – wywołuje gwałtowną potrzebę odreagowania. Przywodzi to na myśl historię księcia Karola „Panie Kochanku” Radziwiłła, który postanowił zrobić ponury żart jednemu ze swych kompanów od butelki. Okazując okrutny gniew, z całą grozą sytuacji książę wtrącił swego przyjaciela do lochu i zapowiedział wykonanie na nim wyroku śmierci. A kiedy śmiertelnie wystraszonego nieszczęśnika przywiedziono przed kata i kazano mu położyć głowę pod topór, książę „Panie Kochanku” z całą serdecznością wyjawił, iż cała misternie uknuta intryga była tylko żartem. Radości skazańca i jego dobrodzieja wydawało się nie być końca. Od widma niechybnej zagłady z wielką euforią wszyscy uczestnicy tego przedstawienia wraz z niedoszłym skazańcem przeszli do nieokiełznanej zabawy, by fetować szczęśliwe zakończenie, bez umiaru lejąc w gardła mocny trunek.

Podobnie rzecz miała się ze straszeniem końcem świata. Kiedy już się okazało, że to tylko teatr, cała hałastra wraz z reżyserem spektaklu pogrążyła się w karnawałowym szaleństwie i rozpuście, które wydają się nie mieć końca. Historia przyjaciela księcia ma jednak tragiczny epilog: świętujący swoje ocalenie szlachcic tak pił bez umiaru, że po trzech dniach od balangi zszedł śmiertelnie. Podobny efekt swoich planów może uzyskać książę tego świata, który miota pozwalającymi mu to czynić duszami od strachu do euforii i całkowitej dekadencji, czego finałem może być samozagłada i skazanie wielu dusz na potępienie.

Drugim celem tego straszenia, wcale zresztą nieodległym od pierwszego, może być odciągnięcie uwagi opinii publicznej od tego, co faktycznie wyszykowali nam architekci czy raczej murarze współczesnego „porządku” świata. Wielki strach o koniec wszystkiego mógł być w istocie sztuczką iluzjonisty, który odwracając naszą uwagę, drugą ręką uczynił właśnie coś zupełnie innego. A gdy wszyscy na sali zorientują się, że w trakcie ich nerwowego obgryzania paznokci w oczekiwaniu na koniec wszystkiego na scenie nastąpiła pewna modyfikacja dekoracji, to i tak szczęśliwi odetchną z ulgą. No cóż, może UE nałożyła nowe socjalistyczne przepisy, może w kraju zwiększył się zamordyzm i zaczną ścigać za „mowę nienawiści”, może ktoś inny będzie rządził i kryzys się pogłębi, może rozpoczną się wzmożone prześladowania katolików… Zmiany te mogą nie przypaść lemingom zbytnio do gustu i nieco je uwierać, ale przecież najważniejsze, że świat się nie skończył, a one ciągle żyją…

Warto wobec tego bacznie obserwować wydarzenia w naszym kraju i na świecie i mieć o nich właściwy, tj. katolicki osąd w perspektywie teologii historii, aby zachowując roztropność, nie zostać zwiedzionym i nie dać się ponieść fali medialnych manipulacji – podsycanych lęków i ekscytacji. Bo iluż rozpozna czas i zdąży się uciec do Bożego Miłosierdzia, zanim o zbuntowany świat i pogrążone w nihilizmie dusze rzeczywiście upomni się osobiście Ten, któremu dana jest wszelka władza na Niebie i na ziemi, i wyśle swoich aniołów ze sprawiedliwą odpłatą?

 

Źródło: Sławomir Skiba