Paradoksy życiowe.

Czy wy też czasem macie wrażenie, że wasze życie to jeden wielki żart?

 

Otóż ja tak mam. Ostatnio nawet często. Tak mogłabym to opisać na jakimś blogu i dzielić się własnymi nieszczęściami z ludźmi, którzy tak naprawdę mają to w dupie. Ja postanowiłam napisać o tym szerzej i, być może, znaleźć tu ludzi, którzy czytając będą się z tym tekstem utożsamiać. Otóż zaczęło się od szkolnych stopni. Skończyła się pierwsza klasa liceum, która tak naprawdę była powtórzeniem gimnazjum czyli najwyższe oceny przy minimalnym wysiłku. Rozpoczęła się się druga. No i co? No i maksymalna liczba godzin w tygodniu, nowiutki materiał i do tego podwójna ilość imprez bo dochodzą osiemnastki rówieśników. Oceny spadają, życie towarzyskie się rozwija. Kilka niepowodzeń pod rząd wystarczyło abym dla własnej rodzicielki stała się imbecylem, który nie robi w życiu nic i nie zda zapewne matury. Po prostu z średniej 4,24 z pierwszej klasy spadłam na 3,8 w drugiej przy okazji transformując się w kretyna do kwadratu. Nagle wszystkie najmniejsze błahostki zaczęły być powodem dla słownych gier z rodzicielami. Tu zaczynają się paradoksy. W wakacje uznałam, że przejdę na dietę gdyż mamunia nie skromnie powtarzała mi, że jestem za gruba. Schudłam. Całkiem sporo. Nagle jestem zmuszona wysłuchiwać, że wyglądam jak zabiedzona mysz kościelna i wszystko jest na mnie za duże. Pięc minut później kierując się do lodówki po jakąś kolację moich uszu dochodzi tekst 'znów chcesz być kwadratowa?'. O co do cholery chodzi? Nie raz słyszałam, że młodzi ludzie mają jakieś zajęcia dodatkowe tylko nie ja. Przyszedł grudzień, jako wolontariusz od 5 lat biorę udział w Międzynarodowym Dniu Wolontariusza obchodzonym w naszym mieście w Miejscowym Ośrodku Kultury. Tym razem poproszono mnie o poprowadzenie całej gali. Półtora tygodnia latałam na próby, aby uroczystość wypadła doskonale. Zawsze zapraszamy jakieś znane osobistości (zespoły, tancerzy, komików) najczęściej z programów telewizyjnych, przedstawiciele przeróżnych organizacji, do tego trzeba się przygotować. Pech chciał, że moja dieta diametralnie obniżyła moją odporność a w połączeniu z ciężką pracą przez ponad tydzień zaowocowało to chorobą. I tu się nagle okazało, że po co ja się w to angażowałam? Niepotrzebnie. Przez to tylko jestem chora. Siedziałam w domu chorując i naprawdę się męcząc. Zapalenie jamy ustnej i gardła sprawiało, że nie mogłam jeść. Wszystko mnie bolało. Kolejny paradoks. Siedzę w końcu w domu to mogłabym coś zrobić, nie? Pozmywać, posprzątać. Siedzę w domu? Leżę obolała i staram się uczyć trochę. Wyzdrowiałam, poszłam do szkoły. Kolejna choroba. Po co się odchudzałaś? Teraz tylko chorujesz! Powrót, podejście drugie. Idę do lekarza na odczulanie i dowiaduje się, że mam zapalenie oskrzeli. Uczę się leżąc w łóżku, aby chociaż pojechać zaliczyć klasówki. Niemiecki( z którego NIGDY nie byłam dobra, ba, wręcz jestem beznadziejna) dostałam jedynkę i dwójkę (gramatyka i zdania). W takim razie po co szłam do szkoły? Mogłam siedzieć na dupie w domu. Ostatnio jestem non stop oskarżana o to, że się wcale nie uczę. A więc usiadłam do lekcji, zaczynam naukę, po czym wpada mama 'grasz ze mną w kości?'. Odpalam, że oczywiście się uczę. 'No chodź! To zrobisz sobie przerwę'. ...

 

Czy ja czegoś nie rozumiem? Czy naprawdę jestem, aż tak głupia, żeby nie móc już się połapać w tym co powinnam robić a czego nie?