Paradise Lost

Tonę w tych czasach, nie umiem wypłynąć na powierzchnię, zupełnie jakby coś mnie trzymało za kostkę.

 

Straciłam gdzieś po drodze swoje dzieciństwo.

Najpierw była sobie maleńka istotka, wyłoniła się (bez swojego na to wpływu) na wierzch, do świata, gdzie nie chroni już człowieka ciepło, cisza i łagodny szept Matki. Poraczkowało sobie to stworzonko przez kilka lat, pobawiło lalką, piłką, poskakało na skakance - bach!
A potem nastałam Ja. Kwadrat w świecie kółek. Oczy bez blasku. Twarz bez uśmiechu. Bieg w miejscu.

Gdzie się podziała moja beztroska? Gdzie radość? Uśmiech. Malowanki, farby, wszędzie tylko nie na kartce papieru, błoto na świeżo wypranej sukieneczce, wchodzenie na drzewa, gra w klasy, podchody, berka, jazda na rowerze, wygłupy, żarty, lato, Słońce, morze, drzewa, szepty, taniec, jedzenie jabłek prosto z sadu, robienie "żabek" na tafli jeziora, Przyjaciel..?

Gdzie to schowałeś, świecie? Bo tęsknię, nocami..

Wzamian za to, odkąd sięgam pamięcią mam tę swoją niewyobrażalną tendencję do rozkładania świata na czynniki pierwsze. Odkąd tylko pamiętam zalewała mnie zawsze fala myśli. Rozmyślań o wszystkim i niczym, dumań nad istotą życia. Te istne myślowe potoki wlewały się w siebie tworząc stawy. Te z kolei zaczęły się z czasem rozlewać w większe jeziora, a te zaś - w morza. Dziś tonę w oceanie wiecznego gdybania, tonę raz po raz, z braku pomysłu na łódkę.

Tonę w tych czasach, nie umiem wypłynąć na powierzchnię, zupełnie jakby coś mnie trzymało za kostkę. Duszę się współczesnymi ideologiami (tfu!), tak zwanymi celami życiowymi dzisiejszych homo sapiens, dławi mnie ich mowa, kończyny cierpną od nacisku łap ich obojętności i egoizmu. Podtapiają mnie stale wielkie ramiona niezrozumienia. Usta zatyka dłoń cenzury.
Odizolowanie, brak tlenu. I ta wszechogarniająca, przejmująca i przenikająca aż do szpiku kości - cisza.
Łapczywie łapię tlen, kiedy tylko na ułamek sekundy udaje mi się wystawić głowę ponad powierzchnię - łapię go z czasów, o których przecież tak niewiele wiem..
Moja mała belle epoque. Tylko w mojej głowie. Czasy, w których zabawki rozbudzały dziecięcą wyobraźnię, a nie tłamsiły jej, nie zarzynały swoją dosłownością i nienaruszalnością. W których Mama wyczarowywała każdego wieczoru swoim kojącym, melodyjnym głosem bajeczne scenerie, powoływała do życia spłodzone ze słów autora postacie, z którymi dzieliło się przygody. W których wyliniały mocno, fioletowy pies z opadniętymi uszami tulił wszystkie niespokojne dziewczęce sny, wewnątrz których niczego nieświadoma istotka marzyła o tym, kim będzie kiedy dorośnie..

..a później to się stało. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy. Nagle, jak mijający sen. Jak nagły gong oznajmiający koniec gry. Po prostu wkroczyło w nasze życie, niczym wroga armia i rozpoczęło swoją dożywotnią dyktaturę.
 

szkoła, praca, dom, praca, dom, praca, dom, praca, dom, praca, praca, praca, dom, czy to nie pora umierać?

Nie nadążam. 
I tęsknię. Chciałabym kiedyś połączyć się jeszcze, choć na kilka chwil, ze swoim tzw. "wewnętrznym dzieckiem", które się zgubiło gdzieś, na granicy dwóch światów, zwyczajnie, przez nieuwagę..