Papcio o kryzysie

Kryzys kojarzy się mi z chciwymi ateistycznymi krezusami pozbawionymi wiary w ponadczasowy sens życia

 

Mieszanie moralności z pieniędzmi

Sądząc po jego opublikowanej encyklice Caritas in Veritate,  papież Benedykt XVI zgadza się z tymi, którzy twierdzą, że coś się popsuło w sposobie robienia interesów na świecie. Szczególnie niepokojące i skłaniające do myślenia jest w tym dokumencie założenie, którego on podziela.
 
Papież Benedykt XVI/AFP
Papież nie uważa, że sprawienie aby kapitalizm stał się bardziej moralny będzie prostą sprawą pociągnięcia do odpowiedzialności paru złoczyńców, czy miałoby to oznaczać wezwanie pół tuzina bankierów na przesłuchania do Westminsteru lub Waszyngtonu, czy też skandowanie haseł przeciwko Bernardowi Madoffowi na ulicach Manhattanu. "Wielu ludzi powiedziałoby dziś, że nie są niczego winni nikomu poza sobą. Obchodzą ich tylko ich prawa" – pisze papież. Z pewnością odnosi się to do wielu biznesmenów – a także większości z nas.

Caritas in Veritate musiała rozczarować wielu ludzi naprawdę na nią oczekujących. Lider wyznania uważającego się za uniwersalne na pewno nie poświęciłby dziesiątek tysięcy słów globalizacji gdyby nie zamierzał jej ostro skrytykować. Ale Benedykt XVI celuje w grubsze ryby niż na przykład Wal-Mart czy Nike. Ta encyklika nie jest antyglobalna ani antykapitalistyczna.  W istocie rzeczy akceptuje ona, że "człowiek jest organicznie ukierunkowany na osiągnięcie więcej" – owszem, na stanie się bogatszym, lecz także mądrzejszym i bardziej kochającym. Biznes i finanse nie doprowadziły do nowych ekscesów. Otworzyły natomiast nowe drogi dla arogancji już obecnej w sercach ludzkich.

W być może najbardziej radykalnym passusie, papież ubolewa nad "hegemonią binarnego modelu rynek plus państwo". Ma przez to na myśli technokrację. Biznes i rządzenie stały wyspecjalizowanymi dziedzinami działalności; każde kieruje się logiką, która obywa się bez wskazówek religii. Globalizacja może niszczyć kultury, a wraz z nimi systemy moralne, w świetle których może być oceniana. Papież pisze, że "jeśli patrzy się na globalizację z deterministycznego punktu widzenia, utracone zostają kryteria jej oceny i kierowania nią". Niektórzy cynicy i idealiści mogliby zgodzić się, że właśnie o to chodzi w globalizacji. Nauki Kościoła nie znajdują punktu oparcia  w całkowicie wolnym rynku.

Niestety, jedno z utraconych kryteriów dotyczy sprawiedliwości. Papież chciałby, abyśmy uznali, że sprawiedliwość ma trzy aspekty. Istnieje sprawiedliwość komutatywna (chodzi o właściwe określanie  ceny dóbr materialnych), sprawiedliwość dystrybutywna i sprawiedliwość społeczna. Rządy narodowe, które dawniej zajmowały się druga i trzecią, nie mają już pełnej władzy aby to czynić. Globalne instytucje, które zajęły ich miejsce zajmują się raczej sprawiedliwością komutatywną – i zdaniem papieża źle wywiązują się z oceny wartości pracy. "Jeśli rynkiem rządzi jedynie zasada ekwiwalencji wartości wymienianych towarów, nie może on stworzyć potrzebnej mu spójności społecznej" – pisze.

W kwestii sprawiedliwości papież daje wyraz uderzającemu spostrzeżeniu: "W erze globalnej gospodarka pozostaje pod wpływem konkurencyjnych modeli związanych z kulturami, które same miedzy sobą bardzo się różnią. Wywodzące się z nich różne formy gospodarczej przedsiębiorczości znajdują swój główny punkt spotkania w sprawiedliwości komutatywnej".

Rynek jest wąskim miejscem spotkań – punkt "spotkania" znajduje się na poziomie najniższego wspólnego mianownika. Jedyną częścią naszej kultury zachowującą swą wartość jest ta, która może być zrozumiała dla ludzi, z którymi handlujemy. Większość z tego, co jest wyróżniające i cenne w kulturach partnerów handlowych jest pomijane. Jeśli jest to prawda, to do stopnia w jakim nasze życie jest skomercjalizowane, nie żyjemy w rozszerzonej wersji naszej kultury, lecz w jej okrojonej wersji. Pogląd, że globalizacja rozszerza nasze horyzonty jest złudzeniem optycznym. To samo odnosi się do naszych technologicznych gadżetów. Mogą nam dawać więcej narzędzi do komunikowania się, mówi papież. Ale "nie wynika z tego, że promują wolność czy prowadzą do internacjonalizacji rozwoju i demokracji dla wszystkich".

Papież zachowuje optymizm, że globalizacja nie prowadzi nieuchronnie do utraty tożsamości. Należy mieć nadzieję, że ma rację. Jednak gdy tylko odnosi się do kwestii praktycznych, staje w obliczu serii wyborów Hobsona. Papież chce większej ochrony praw pracowniczych i sprawiedliwej dystrybucji zasobów energii. Jednak nie radzi sobie lepiej od innych z wymyśleniem jak  wprowadzić sprawiedliwość dystrybutywną w dzisiejszych czasach i epoce. Rozwój biednych krajów może wymagać wolnych rynków, co może osłabić ochronę świadczeń społecznych u bogatych. Możemy stanąć przed wyborem pomiędzy zwiększeniem nierówności  w skali narodowej i zwiększeniem nierówności w skali globalnej.

Zaskakująco stanowcza jest polityczna rekomendacja papieża opowiadającego się za zwiększeniem zakresu rządów globalnych w oparciu o istniejące instytucje. Zaleca on "reformę Narodów Zjednoczonych, podobnie jak instytucji gospodarczych i międzynarodowych finansów, aby koncepcja rodziny narodów nabrała rzeczywistej siły". Ale tu aż prosi się o podniesienie właśnie tej kwestii, do której encyklika miała się odnieść. Zanim takie instytucje mogą być prawomocnie ukonstytuowane, powinniśmy widzieć jakie przyświecają im zasady.

Ciekawe w tej encyklice jest to, że jej teologiczne i moralne argumenty są bardziej pragmatyczne niż te rzekomo "pragmatyczne". Papież porzucił nasze wyszczerbione kategorie ideologiczne i spojrzał bardziej bezpośrednio na problemy, do których jakoby miały się odnosić. Benedykt z pewnością ma rację mówiąc, że jeśli chcemy chronić środowisko, ‘decydującą kwestią jest całokształt moralnego oblicza społeczeństwa’. Słusznie atakuje zarozumiałość technologicznie zaawansowanych społeczeństw, które "mylą własny rozwój technologiczny z zakładaną wyższością kulturalną". I przekonująco dowodzi, że niedawne upadłości finansowe dają się najlepiej zrozumieć w kontekście szerszego upadku moralnego.