Opowieść o drzewie

Nie wiem jakie to drzewo a nie mogę teraz tego sprawdzić z powodu zagrożenia koronowirusem.

 

drzewo-pip_small.jpgOpowieść o drzewie

Na facebooku Cat Maicher napisała, że zbiera osobiste historie związane z drzewem.

Oto moja:

Kilka lat przed stanem wojennym pracowałam w Szkole Inspekcji Pracy (teraz Ośrodek Szkolenia Państwowej Inspekcji Pracy) we Wrocławiu, przy ul. M. Kopernika, w bibliotece.

Po wprowadzeniu stanu wojennego panowie wykładający tam prawo pracy, bhp i inne przedmioty żartowali sobie w pokoju nauczycielskim, że założą partyzantkę szczytnicką (nazwa pochodzi od Parku Szczytnickiego przez który biegnie ulica) z siedzibą w dziupli dużego drzewa rosnącego przed budynkiem.

Nie wiem jakie to drzewo a nie mogę teraz tego  sprawdzić z powodu zagrożenia koronowirusem.

Ale nie jest to baobab ani sekwoja, żeby można było się tam schować. To były żarty – taka reakcja na stan wojenny.

Skończyło się zamknięciem szkoły, zwolnieniem z pracy większości małej załogi i internowaniem dwóch osób, w tym mnie.

Na przesłuchaniach te żarty były zarzutem, bo jakaś świnia ubekom zrelacjonowała rozmowy. Ubecy nie mieli poczucia humoru i dystansu do rzeczywistości więc uznali  żarty za prawdę, czyli chęć stworzenia organizacji w celu obalenia ustroju.

Zamknięto szkołę NIE z powodu żartów tylko dlatego, że zjeżdżali się tam na kursy ludzie z całej Polski a w stanie wojennym, przez jakiś czas, zabroniono podróży po kraju.

Internowano mnie, bo byłam tam przewodniczącą NSZZ „Solidarność” a poza tym ubecy mieli nadzieję, że obciążę czymś internowanego kolegę. Uznali, że jest groźny dla ustroju, bo jego ojciec i stryj walczyli w ramach AK i w PRL-u siedzieli za to w więzieniu.

W sobotę 9 stycznia 1981 roku trzej ubecy, po przeszukaniu mojego pokoju, w którym nic nie znaleźli, zabrali mnie na Podwale (siedziba SB).

Ubek w drugim dniu (poniedziałek) przesłuchania powiedział mi największy komplement jaki usłyszałam w życiu (ewidentnie chciał mnie obrazić): „Nie rozumiem kto panią zrobił przewodniczącą „Solidarności”, albo jest pani taka głupia albo tylko udaje”.

A powiedział to dlatego, że nie spełniłam ich oczekiwań i nie obciążyłam kolegi – byli pewni, że mnie zmanipulują, że się załamię groźbą pięcioletniego wyroku. Mieli mnie za głupią i słabą babę. Na przesłuchaniu mówiłam prawdę ale wybiórczo, tak aby nikogo niczym nie obciążyć albo kłamałam.

W konsekwencji internowano mnie na trzy miesiące w Gołdapi, a kolegę na pół roku w Nysie.

Drzewo stoi do dzisiaj i nawet nie wie jaką rolę odegrało.

Taka to jest opowieść z czasów innej zarazy.

20 marca 2020 r.;

z Google: to dąb „Dziadek”, ma 440 lat