Odpadki po uczcie bogów.

Odpadki to już się do niczego nie nadają. Ewentualnie jako karma. Dla świń.

 

Odpadki  po  uczcie  bogów.

Nie wiem, czemu tak mi się napisało. Jakoś samo. Tytuł przed treścią? No, tak widocznie ma być. Rzecz w tym, że właśnie są to odpadki, nawet nie resztki. Czyli jeszcze coś gorszego.

Bo resztki, jakby nie było, coś jednak znaczą, można z nich cokolwiek wykroić, odlać, odsypać, bo ja wiem, po prostu oddzielić. Jeszcze, po przystrojeniu, można z nich nawet jakieś danie upitrasić. Ktoś niezorientowany może się nawet na takie coś nabrać i powiedzieć, że świetne.

Ale odpadki to już do niczego się nie nadają. Ewentualnie jako karma. Dla świń. Lecz gdy za wiele w nich, na przykład, pieprzu – to i świnia wypluje.

A my to wszystko łykamy. Czyli – gorzej, niż świnie.

Jest bowiem tak, że gdy któraś ze świń czegoś łykać nie chce, to żadna inna świnia, nawet nie wiedząc o tym, tak samo za żadne skarby tego nie łyknie. A my – choćby na złość – łykniemy. Robić na złość – to bardzo potężny motor działania.

Świnie jeszcze na to nie wpadły.


b0d4fb96e3819e69c708eec05aa830e5.jpg


Pisałem kiedyś, że istnieją dwa rodzaje ciemnoty. Teraz dodaję, że trzy. Trzy rodzaje ciemnoty. I nie potrafię zdecydować, która ciemnota gorsza.

Ale wiem, która bardziej szkodliwa. Ta oczywiście, która potrafi robić na złość. I która bardzo to lubi. Która nawet uważa to za swoje zadanie, ważniejsze od wszystkich innych zadań.

Pierwszy rodzaj to ciemnota naturalna, prosta jak oddychanie. Ciemnota tych, którzy wiedzą, że nie wiedzą. Nie wiedzą, więc zadają pytania. Pytają aż do zmęczenia, nawet jeszcze dłużej. To w końcu bardzo sympatyczni ciemniacy. Oni po prostu potrzebują wiedzieć. Istnieją od początku świata i będą istnieć do samego końca. Każdy z nas bywa takim właśnie ciemniakiem. O ile jeszcze nie wpadł w tę złość.

Ciemniacy tego rodzaju są bardzo rozmaici. Od prostej babci drepczącej do urzędu, po zwyczajnego profesora. Pełen wachlarz, można by rzec. Wszystkich cechuje ta sama cecha – oni wiedzą, że czegoś nie wiedzą. Więc męczą nas na każdym kroku. Babcia zadaje pytania, profesor szuka odpowiedzi. Oboje do tego samego rodzaju należą, który można jednak znieść. Pomijając, oczywiście, tę chęć strzelania do nich, która nigdy nie jest na serio. Gdyby rzeczywiście była na serio, już byśmy wszyscy nie żyli.

Drugi rodzaj ciemniaków, to bardziej skomplikowana sprawa. Z jakiej by strony jej nie ugryźć, wszędzie trafiamy na spisek. Myślcie sobie, co chcecie!

My tak już jesteśmy szkoleni, że na słowo „spisek” reagujemy zawsze tak samo, bardzo ciemniaczym śmiechem. Znaczy, nic nie rozumiemy, ale się śmiejemy, bo mamy się śmiać. A wszyscy spiskowcy, prawdziwi i urojeni, śmieją się z nas, bo przecież oni nie istnieją. Sprawa cyklistów rozstrzygnęła ten problem raz na zawsze.

Żaden prokurator, na żadnym z realnych światów, nie rozważy poważnie oskarżenia o spisek. Spiski nie istnieją. Nie ma spisków. Jasne?

Więc trochę zajmę się tym, czego nie ma.


f8b8eaa2fd4ea69321858f8cb4de8d76.jpg


Pomijając taką staroć, jak spisek na życie Cezara, coś mi się wydaje, że ostatni spisek miał miejsce „18 brumaire`a”, że więcej spisków nie było. Bo ani ruska rewolucja, ani zamach majowy, ani Franco, ani tym bardziej przewrót nasz ukochany, nie były owocem żadnego spisku. Czym były, to mniejsza, ale owocem spisku – nie!

A ta rozstrzygająca sprawa cyklistów też nie jest szczególnym dowodem, bo tych szczegółów nikt trzeźwy nie zna dokładnie. Ale sprawę cyklistów każdy oczywiście zna! (To przecież dlatego w 1939 roku Niemcy na rowerach budzili największe przerażenie. Większe, niż na tygrysach. Zresztą, tygrysów jeszcze nie mieli).

Więc nie dziwmy się prokuratorom.

Na całe szczęście dla metody badawczej, rzecz w ogóle nie nazywa się spiskiem. Nazywa się zdradą. Dokładniej, „Zdradą klerków”. Od tej właśnie zdrady wszystko się zaczęło. I właśnie na niej się skupia.

To była taka trochę nawet głupia książka, niejakiego Juliena Bendy. Głupia, bo głupia, ale bardzo ważna książka. On ją wydał w 1927 roku.

Wiecie, to wcale nie przypadek, że niewiele wcześniej niejaki Lenin określił bardzo dokładnie tę zdradę, używając jednak innego terminu. Lenin nazwał to rolą „pożytecznych idiotów”. Ten leninowski termin dopiero ostatnio zrobił jako taką karierę, natomiast książka Juliena Bendy w swoim czasie biła wszelkie intelektualne rekordy.

Ale o co w ogóle chodzi? Wciąż o to samo. Żeby pan Andrzej Wajda zajmował się robieniem filmów, a nie polityką. Tak samo pan Kazimierz Kutz. Żeby pan Religa skupiał się na leczeniu pacjentów albo piciu wódki (jedno i drugie wychodziło mu świetnie). Żeby pan Palikot produkował „Uśmiech sołtysa”.  Dać więcej przykładów? Zawsze będzie chodzić o to, że klerk nie zajmuje się tym, czym powinien się zajmować, co jest jego rolą ze wszech miar naturalną. Że jest – do wynajęcia.

Że można sobie zamówić u niego dowolną rzecz. Opinia – bardzo proszę, o czym i jaka ma być? Ekspertyza – tak samo. Dowieść, że lekarstwo pomaga? Że ta szynka nie szkodzi? Że te opony są na wszystkie pogody? Że ocieplenie? Że oziębienie? Że szczepienia… Że waluta… Że…

Zdrada klerków jest już czymś tak zwyczajnym, że nie budzi nawet żadnych skojarzeń. Lekarz, który wstrzymałby się z głosem nad ustawą dlatego, że się na niej nie zna – poczytany byłby za durnia.

Na tym polega zdrada klerków.


af97fcfb2cb0245c1570cc4c0a1d2df5.jpg


Dlatego i babcia, i profesor zadający pytania nigdy nie mogą być pewni, że otrzymają rzetelne odpowiedzi. Bo zawsze „z jakiegoś punktu widzenia” odpowiedź będzie prawidłowa. Nie, nie rzetelna – prawidłowa. O rzetelności nie ma mowy. Więcej nie mogą wymagać.

Zdrada klerków od roku 1927 posunęła się o wiele dalej. Lekarz czy tam kinoman, a nawet naukowiec określonej specjalności, wprowadzający ustawę, na której zna się niby kura na pieprzu – to żadna już rewelacja. To codzienność. Codzienność tak normalna, jak nienormalne zrobiło się życie. Na to życie oni chcą po prostu zapracować. Nieważne, jakim kosztem. Nieważne, kto zapłaci. Ważne, że ktoś inny. Ważne, żeby to było fajne życie.

A ludzie? Jacy ludzie? Chyba dość już tych ludzi?spacer.gif         

Rzecz jasna, że to wszystko pieprzenie w bambus. O żadnych idiotów nie chodzi, o żadnych tam klerków. O wiele wcześniej Wolter powiedział, żeby każdy uprawiał własny ogródek. Jeszcze wcześniej, ale to samo powiedział Chrystus w kazaniu Na Górze. To samo powiada chłop, zabraniając bydełku włazić w szkodę. A bydełko i tak włazi. Nie dlatego, że to bydełko. Dlatego, że ma wszystko w rzyci.

Można ich dowolnie nazywać. Klerkami, idiotami i jeszcze inaczej. Ale prawda jest jedna i nie zna zmiłowania.

Najważniejsze, że oni są – do wynajęcia. Zasady – do uzgodnienia.

Jest już tak nawet, że te klerki czy tam idioty, całkiem zmutowały. Jedyne ich zadanie to włażenie w szkodę. Na niczym innym się nie znają. Włażą w tę szkodę i robią, co tylko mogą, żeby nikt więcej nie wlazł. Straszą i grożą: nie właźcie w żadną szkodę! Włażenie jest zabronione!

Właśnie tak powstały miliony zabronień, miliony dokładnych i jeszcze dokładniejszych wskazań, na których nikt się już wyznać nie potrafi. A to kąt skrzywienia ogórka… a to kask dla rowerzysty… a to szybkość w mieście i na wsi… a to sposób robienia oscypków… a to jak prać majtki… a to kiedy do tramwaju nie wsiadać… a to… a to… a to…

Te mutanty już całkiem nic bez instrukcji zrobić nie potrafią. I myślą, że my też nie potrafimy. Że bez instrukcji to się pozabijamy.

Oni sobie ubrdali, że nie powinniśmy ryzykować. Wcale i całkiem. Pod żadnym pozorem. Że ryzyka należy zabronić. Wszędzie i zawsze. Wtedy będzie dobrze. Bez ryzyka życie w raj nam się przemieni.


31ccdbd78fad63ead55d5e56807bb4f7.jpg


Wiecie, oni już sporo na tym polu osiągnęli. Osiągnęli, że wielu z nas nie jest nawet zdolnych do choćby małego ryzyka. Nie ratujemy płonących żywcem w autach. Nie pomagamy tonącym. Nie odkopujemy zasypanych. Breivikom też kamieniem nie rzucimy w łeb. Nie robimy nic, bo się boimy. Te mutanty wpoiły nam strach, jakiego nigdy człowiek nie doznawał. Ten strach zaczyna w nas przeważać.

On przeważa nie tylko u takich zwykłych zjadaczy chleba. Ten strach już zawładnął i tymi, których powinnością jest – nie bać się. Żołnierzami, policjantami, strażakami. Strażakami najmniej, póki co.

A przecież kiedyś ryzyko było w naturalny sposób wpisane w samą istotę  ludzkiej egzystencji. I nie zmieni tego żaden mutant. Chyba, że zdoła sprawić, abyśmy przestali być ludźmi. Cóż, mutanty uporczywie pracują nad tym.

No, a co z trzecim rodzajem ciemniaków? Może oni, ten rodzaj trzeci, nie są wcale ciemniakami? Może oni, chociaż od czasu do czasu, mogą polizać tej ambrozji?

O rodzaju trzecim napiszę całkiem osobno.