O tym, jak zakładałam własny sklep internetowy, słów parę

O tym, jak próbowałam - dobre określenie! - założyć sklep internetowy. Nie wyszło, więc uciekłam z podkulonym ogonem. A potem wróciłam, bo marzenia umierają jako ostatnie.

O tym, jak próbowałam - dobre określenie! - założyć sklep internetowy. Nie wyszło, więc uciekłam z podkulonym ogonem. A potem wróciłam, bo marzenia umierają jako ostatnie.

 

 

Jest rok 2012, końcówka maja, równy miesiąc do obrony magisterki na jakże pożytecznym i powodującym dreszcz ekscytacji kierunku bibliotekarstwo. Oj, przepraszam, bibliotekoznawstwo. Kiedy się na niego rekrutowałam, byłam dziewiętnastolatką bez żadnych konkretnych pomysłów na siebie. Pięć kolejnych lat przyniosło mi jednak olśnienie: nie biblioteka, nie McDonald’s, a nawet nie korpo. Własny biznes!

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Oczywiście zanim doszło do cudownego „zrobiłam” – i jeszcze cudowniejszego „wyszło mi” – przebyłam drogę przez piekło. Niby coś czytałam, niby zgłębiałam artykuły i radziłam się na forach internetowych, a jednak popełniłam niemal wszystkie możliwe błędy. Za bardzo zwracałam uwagę na marketing, reklamę i stronę wizualną serwisu, za mało na techniczną. Jak sporo zielonych osób zabierających się własny biznes, sądziłam, że wystarczy przykuć wzrok potencjalnego klienta, by przestał być potencjalny.

Jaką domenę wybrać?

Tu pojawiły się dwa problemy: 1) jaka nazwa? 2) jaka platforma? Odnośnie pierwszego punktu uznałam, że trzeba wybrać coś jednocześnie chwytliwego (a chwytliwe są treści: żartobliwe, kontrowersyjne, kojarzące się z czymś pozytywnym oraz mainstreamowe) i trzymającego się tematu biznesu (chciałam sprzedawać ciuszki, więc szeroko rozumiana odzież musiała się w adresie pojawić).

Drugi punkt był już nieco trudniejszy do okiełznania, ponieważ kompletnie nie znałam się na platformach, a niestety nie miałam nikogo, kto mógł mi pomóc. Zarejestrowałam się na czterech popularnych forach, by tam znaleźć odpowiedź. Cztery to niedużo – powiecie. Owszem, chyba że na każdym pojawia się kilkadziesiąt wątków, w których wypowiada się kilkaset osób, a każda sypie z rękawa coraz mniej nieznanymi, za to coraz bardziej podejrzanymi serwisami.

Kartka z plusami i minusami nie pomogła. Choć z nazwy jestem dumna i zadowolona do dziś (w końcu nie bez przyczyny ją przedłużam!), wybór platformy był beznadziejny. Nie mówiąc już o tym, że dla oszczędności i „bo mi tak poradzili” wykupiłam gdzie indziej domenę, gdzie indziej serwer. Nie jest to wygodne, za to z całą pewnością uciążliwe. Chcecie się przekonać – spróbujcie.

Jaki serwer wybrać?

Z nazwą w głowie i sercu musiałam rozejrzeć się za hostingiem. I znów te nieszczęsne fora, tym razem sprawa poważniejsza, bo serwer musi być stabilny, pojemny i gotowy na nagły i szybki przypływ klientów (na który każdy początkujący sprzedawca naiwnie liczy, zapominając, że markę trzeba zbudować). Postawiłam na firmę bardzo znaną i cieszącą się pierwszymi miejscami w wyszukiwarce. Niestety, tu też popełniłam błąd.

Dopóki nic się nie działo, było idealnie. Kiedy jednak miałam pytanie albo problem, z obsługą nie dało się porozumieć. Odpowiadali krótko i lakonicznie, proponując pomoc informatyka. Nie muszę wspominać, że odpłatną, prawda? Nie skorzystałam, wolałam się przemęczyć do końca okresu umowy. Tanio też nie było – postanowiłam nie oszczędzać na serwerze – więc szybsza ucieczka na nową platformę oznaczałaby straty pieniężne, które dla bezrobotnego, świeżo upieczonego absolwenta wyższej uczelni nie są kuszącą perspektywą.

Sklep = bezpieczeństwo danych!

Mój sklep przetrwał rok, pozwalając mi wyjść na zero. Zarobek akurat pokrył koszty wygospodarowane na postawienie serwisu i utrzymanie go przy życiu. Wiedziałam, że długo tak nie pociągniemy – ani on, ani ja.

Po upływie okresu rozliczeniowego nie przedłużyłam umowy hostingowej, za to – tak na wszelki wypadek – zostałam przy domenie. Kolejne dwa lata przepracowałam w bibliotece. Potem postanowiłam, że spróbuję jeszcze raz, tym razem porządnie i bez pośpiechu. Zamiast korzystać z „dobrych porad”, zarejestrowałam się na platformach, które oferowały darmowe testy.

Jedną z platform hostingowych, które proponowały bezpłatną „jazdę próbną”, była Hekko. Gdyby mi się nie spodobało, mogłam iść do kolejnej. Gdyby jednak serwer spełnił oczekiwania, mogłam przejść na opcję płatną: albo najtańszą, albo „all-in”, gdzie w gratisie znajdował się certyfikat SSL. Jeśli mam być szczera, wtedy po raz pierwszy usłyszałam o bezpieczeństwie, jakie daje ta opcja. Dowiedziałam się też, że sklep internetowy bez niej jest jak biegacz bez nóg. Jak to możliwe, że nikt wcześniej mi o tym nie powiedział?

Złe dobrego początki

Oczywiście skorzystałam. Połasiłam się na miłą obsługę i promocję, w której dostałam aż 50% zniżki na pierwszy rok (skądinąd promocja cały czas trwa, przydaje się kod: EXAG456765). Wreszcie poczułam się zaopiekowana, a zaoszczędzone pieniądze włożyłam w marketing. Ludzie przybywali. Nie licznie i nie przepychając się łokciami, ale sukcesywnie, coraz śmielej. Czy skusił ich SSL? Czy poczuli się bezpiecznie? Nie stwierdzę tego na pewno, ale coś zadziałać musiało.

Cóż więc mi pozostało? Wobec szeregu niepowodzeń i napotkanej po nich iskierce nadziei, dzięki której wreszcie jestem sobie żeglarzem, sterem i okrętem, polecam Wam artykuł spod pióra Hekko, w którym dowiecie się więcej na temat SSL. Nie popełniajcie mojego błędu i nie traćcie lat na nieudane biznesy. Kliknijcie http://blog.hekko.pl/5-powodow-dla-ktorych-warto-przejsc-ssl/ i odnieście sukces!