Niewolnice miłości, związku czy siebie?

Po przeczytaniu jednego z artykułów Teresy Rembielińskiej wpadły mi do głowy pewne myśli, które tak właściwie zaczęły w niej kiełkować po kilku rozmowach telefonicznych (i nie tylko).

Jeśli łączymy się, to tylko na zasadzie wzajemnych korzystnych warunków. Żyjemy z żoną jak dwoje przyjaciół, dwoje partnerów. Nasze wspólne życie nie jest podobne do prawdziwej rodziny, która była kiedyś. Jest to raczej współżycie. Ja pracuję, żona także, ona ma swoje obowiązki w domu ja również coś robię. Ona płaci swoje rachunki, ja opłacam swoje. http://www.eioba.pl/a/43v7/rozpad-polaczenia-miedzy-pokoleniami#ixzz2GSnH1uWT

Czym w wielu domach jest dzisiaj małżeństwo, albo chociażby konkubinat, czy partnerstwo dwojga ludzi razem mieszkających?

Kim w tych domach są współmałżonkowie (partnerzy) – dla siebie i dla tej drugiej połówki?

Znam wiele kobiet, które pod płaszczykiem miłości i przywiązania do swojego partnera dobrowolnie zrezygnowały z siebie – zrezygnowały z własnych przyjemności i nie mam tu na myśli seksu, ale swobody akceptowania własnego Ja.

Na pytanie: - Co robiłaś w weekend?

Często słyszę: - A nic, siedziałam w domu… z mężem.

Pytam: - Dlaczego nie wykorzystałaś czasu wolnego, aby pójść na spacer, do kina, do koleżanki?

– Bo on woli siedzieć w domu, wiesz po całym tygodniu pracy należy mu się chwila odpoczynku.

Ale przecież ona aż rwie się, aby gdzieś wyskoczyć, do znajomych do kina, do kawiarni na serniczek i kawusię. Dlaczego więc nie poszła sama? – zastanawiam się.

- No co ty? Przecież nie mogę go tak zostawić samego, głupio by było.

Ciekawe, co oglądali siedząc przed tym telewizorem?

- Ach nic specjalnego, tak właściwie to ja trochę kimałam na kanapie, bo on oglądał najpierw jakiś program publicystyczny, a mnie to sama wiesz mało interesuje. Potem chyba boks, a ja za sportem w TV nie przepadam, wolałabym wyskoczyć na rower, ale…

Ale jemu się nie chce. Jest zmęczony… itp… itd…

Czasami zastanawiam się, dlaczego tak wiele kobiet dobrowolnie zgadza się na uwięzienie, we własnej świadomości, że skoro jestem z nim to nie powinnam robić tego, co chcę, co lubię, co robiłam (albo robiliśmy razem) jeszcze kilka lat temu.

Czy to są oznaki starości, miłości, czy solidarności wobec partnera.

Kiedyś spotkałam koleżankę, która z euforią opowiadała mi o działce budowlanej, jaką kupili ze swoim świeżo poślubionym mężem. Znałam ich długo i widziałam jak oboje za sobą szaleją.  O budowie ich wspólnego domu potrafiła opowiadać z takimi detalami, że momentami jej zazdrościłam. Już wtedy widziała oczami wyobraźni, gdzie co posadzi w ogrodzie przed domem i jak będą szczęśliwi w tym ich małym gniazdku z dala od gwaru i smogu miejskiego.

Po kilkunastu latach znów się spotkałyśmy, ale to już nie była ta sama szczęśliwa, zakochana osoba. Mimo iż lata nie zabrały jej wiele z urody i figury, to była inna osoba.

Kiedy zapytałam o dom, męża, dzieci – bez euforii opowiadała o ich życiu, które zamieniło się w klatkę otwieraną rano, kiedy oboje wychodzili do pracy i zamykaną po ich powrocie. Wspólny obiad to były ich jedyne chwile razem, potem każdy zamykał się w swoim „kokonie”. On, albo ciągle coś grzebał przy samochodzie, albo w garażu, albo w warsztacie, który sobie pięknie wyposażył, albo siedział przed telewizorem z puszką piwa i mało go interesowała osoba, z którą kilkanaście lat temu zdecydował się połączyć świętym węzłem małżeńskim. W ich pięknym dużym domu, każdy ma swój pokój, swój telewizor i żyje tylko swoim życiem. Cichutko, aby nie „przeszkadzać” drugiemu. Samotnie, bo tak lepiej?

Warto poświęcić się dla takiego spokoju?

Z każdym rokiem coraz większa staje się bariera izolacyjna ze światem zewnętrznym. Coraz rzadziej mają miejsce spotkania towarzyskie, coraz bardziej pogłębia się samotność.

Dlaczego ten pałac zbudowany z cegieł miłości z czasem potrafi przemienić się w stare, puste zamczysko? Dlaczego zamiast w piękne księżniczki zamieniają się w Kopciuszków? Dlaczego zapominają, że żyją?