Nawet, jeśli gram tylko na trójkącie...

Nie chcę przegapić tego, co istotne. Dlatego zatrzymałem się, by dopuścić do głosu moje życie. Ono wie, gdzie skierować mój wzrok. Tym razem wykorzystało też moją miłość do muzyki

 

Kiedy to piszę, w słuchawkach brzmi znany mi niemal na pamięć utwór Marka Knopflera i zespołu Dire Straits Brother in Arms”. To on sprawił, że pojawiła się refleksja tego wpisu. Do tej pory na to nie zwróciłem uwagi, bo Mark przykuwał moją uwagę i to on jest solistą w tym utworze. A jednak nie tylko on...

Jeśli dobrze się wsłuchać i wpatrzyć, nie sposób nie zauważyć charyzmatycznego muzyka, grającego na tamburynie. Czarne okulary, ogolona głowa i ruchy jak w transie.
To przecież tylko tamburyno. Zdziwiłbyś się, ale nie tylko. Mimo że na scenie jest mnóstwo muzyków, orkiestra smyczkowa, wirtuozi z najwyższej półki, ale nie sposób go nie zauważyć.
To dla mnie solista, bez którego utwór byłby dużo uboższy. Wciąż słucham i gdy nie piszę, wpatruję się w niego. To obraz pasji, zaangażowania, delektowania się każdym ruchem, uderzeniem, dźwiękiem tego niepokaźnego i niedocenianego często instrumentu.
Często nie doceniałem siebie. Wciąż jeszcze mam skłonności do porównywania siebie z innymi. Przecież są lepsi ode mnie. Mam tego świadomość. Liderzy.

 

Dziś jednak, kiedy wpatrywałem się w lidera z tamburynem, pomyślałem, że nie każdy musi być głównym solistą. Może nawet nie ma kogoś takiego, bo bez pozostałych cały utwór nie byłby kompletny, niemal doskonały w swej harmonii i brzmieniu. Gdyby zabrakło smyczków, kontrabasów, choćby jednego, to już nie byłoby to.
Co by się stało, gdyby grało 10, a nie 11 skrzypków? Teoretycznie nic, ale widocznie to 11 stanowi komplet a nie 10.

 

Zaczynam od teraz doceniać to, co robię, jeszcze bardziej i jeszcze głębiej wchodzę w każde napisane słowo.
To piękno życia. Bogactwo świata, który bez tych, którzy grają na tamburynie, byłby uboższy, niepełny, niedokończony.
Jeśli wciąż siebie nie doceniasz, od dziś zacznij. Ale też to, co robisz, rób w sposób najlepszy, prawie doskonały, z pasją, zaangażowaniem, jakbyś był głównym solistą na scenie życia. Obejrzyj sobie ten fragment koncertu i przyjrzyj się człowiekowi z tamburynem.
Wyłuskaj ten delikatny, ale jakże ważny dźwięk.
Kiedy słucham – już nie wiem, który raz z kolei – dociera do mnie, jak jestem ważny. Jak cenne jest to, co robię. Wkładając w to swoje serce, dzieląc się charyzmą i pasją, staję się częścią wielkiego dzieła. Każdy może się stać, tylko musi przestać grać bez emocji, byle jak, od niechcenia. Niezależnie, na czym w życiu gram, ważne, bym robił to z pełnym zaangażowaniem. Inaczej nikt tego nie usłyszy, nikt nie zauważy, choćbym grał na największym i najgłośniejszym instrumencie. Wtedy jednak będą to tylko odegrane dźwięki z partytury.
A w życiu chodzi o to, by utwór zagrać, a nie jedynie odczytać nuty. To może zrobić zwykła maszyna. Kiedy gra człowiek, dzieje się magia, zaczyna odsłaniać się dusza wszechświata.

 

Nie chcę, by w tym niesamowitym koncercie życia zabrakło kogoś takiego jak ja. Nawet jeśli w tej chwili gram na zwykłym trójkącie, to robię to najlepiej jak potrafię i tylko to się dla mnie liczy.
Piotr - odkrywca