Największy kryzys humanitarny na świecie

Mam wreszcie trochę czasu. Chciałem się z Wami podzielić wspomnieniami z wakacji w Kornwalii. Ale już mi się odechciało. Są sprawy ważniejsze. Ech, pieprzony świat...

 

Najdłuższa od 60 lat susza wyniszcza Róg Afryki. Około 10 milionów ludzi walczy o przetrwanie. Pół miliona dzieci jest na skraju śmierci głodowej. Organizacje humanitarne nie nadążają z pomocą. To najgorszy kryzys XXI wieku. Przeraża nas liczba istnień, które wkrótce możemy stracić - alarmuje Oxfam. 


Dadaab, Prowincja Północno-Wschodnia, Kenia. Największy na świecie obóz dla uchodźców. Choć bardziej przypomina duże, wynędzniałe miasto podzielone na trzy sektory, jeden gorszy od drugiego. Pięćdziesiąt kilometrów kwadratowych namiotów, szałasów, plastiku i smrodu. Dookoła coraz więcej cmentarzy. A tam - głównie małe groby. W ciągu ostatnich miesięcy umieralność dzieci wzrosła ponad trzykrotnie.

Dadaab to założony w połowie minionej dekady obóz dla uciekinierów z ogarniętej wojną Somalii. Leży około stu kilometrów na zachód od somalijsko-kenijskiej granicy. W założeniach ONZ miał pomieścić 90 tysięcy ludzi. Obecnie żyje tam blisko 400 tysięcy. Codziennie przybywa około 1400 osób. 

Prawie 80% nowo przybyłych to kobiety i dzieci. Długą i niebezpieczną drogę pokonują zazwyczaj pieszo. Zajmuje im od kilkunastu do kilkudziesięciu dni. Matki niosą na rękach niemowlaki, a chłopcy i dziewczynki dźwigają skromny dobytek rodziny - pojemnik na wodę, brudny koc, czasem trochę jedzenia lub żywą kurę. Podczas podróży walczą z 50-stopniowym upałem, pragnieniem i bestiami - tak hienami, jak i ludźmi. Wędrujący uchodźcy są często napadani, kobiety gwałcone. 

Wielu nieszczęśników pada, nim osiągną cel. Inni, zwłaszcza dzieci, odchodzą tuż po dotarciu do obozu. Największe żniwo zbierają choroby układu oddechowego, biegunka i głód. Wychudzone ciała są zbyt słabe, by walczyć dłużej. 

Lekarze robią, co mogą, ale widzą dużo śmierci. Widzą też kobiety, które pozwalają umrzeć najsłabszym dzieciom, by ocalić te z największymi szansami na przeżycie. - Niektóre rodziny przygotowują swoje dzieci na śmierć. Wtedy interweniujemy. Mówimy: to dziecko ciągle żyje i może przetrwać, dajcie nam spróbować - powiedział BBC jeden z pracowników humanitarnych. - Musimy z nimi negocjować. To trudne, ale niekiedy się udaje. 

- Przybyłam tu kilka dni temu i pomyślałam: o mój Boże - zwierzyła się, stojąc wśród dziesiątek płaczących i wymiotujących maluchów, szwajcarska pielęgniarka z Lekarzy Bez Granic. - Niedawno jedno dziecko zmarło w moich rękach, próbowałam mu pomóc, ale nie dałam rady. Płakałam razem z jego matką. Ciężko z czymś takim sobie poradzić i wrócić do pracy, ale to też może być motywacją: jestem tutaj, by coś poprawić - wyjaśniła. 

Susza dotknęła niemal całą Wschodnią Afrykę. W Somalii, Kenii, Etiopii, Dżibuti oraz niektórych rejonach Erytrei, Republiki Południowego Sudanu, Ugandy i Tanzanii od dwóch lat prawie nie padało. W wielu miejscach zobaczyć można sprażoną słońcem glebę, usłaną szkieletami zwierząt. O jakichkolwiek uprawach nie ma mowy. Głód zagląda w oczy 10 milionom ludzi. 

Upadłe państwo 

Życie Somalijczyków od zawsze było ciężkie. Wysuszona ziemia Rogu Afryki to kapryśna żywicielka. Szczególnie, gdy jej mieszkańcy podlewają ją jedynie własną krwią. 

Konflikt w Somalii trwa, praktycznie bez przerwy, od 1991 roku. Koniec dyktatury Siada Barre był początkiem walk między ludźmi, którzy chcieli przejąć po nim władzę. Dziesiątki watażków, islamskich i klanowych bojówek oraz zwykłych mafii rozdarło kraj na kawałki. Dokładnej liczby ofiar nigdy nie poznamy, ale na pewno przekroczyła milion. 

Od kilku lat wojna toczy się głównie między Tymczasowym Rządem Federalnym, wspieranym przez Zachód i Unię Afrykańską, a ekstremistami z al-Szabaab. Siły rządowe regularnie przegrywają tę walkę. Chociaż ostatnio udało im się odbić kilka dzielnic stolicy, Mogadiszu, centrum i południe kraju niezmiennie znajdują się w rekach Szababów. A ich rządy są niezwykle okrutne. 

Tereny zajęte przez islamskich rebeliantów objęto najsurowszą interpretacją szariatu. Zabroniono muzyki i tańców, kobietom nakazano całkowicie zakrywać ciała, a karą za kradzież stało się obcięcie ręki. Islamscy sędziowie z łatwością wydają wyroki ukamienowania. Partyzanci bez wahania wcielają w swe szeregi dzieci - również siłą. 

Jednak najbardziej brzemienną w skutkach z decyzji Szababów było wyrzucenie ze swoich ziemi "zachodnich szpiegów", czyli organizacji humanitarnych. W ten sposób odcięli od pomocy żywnościowej miliony Somalijczyków. A ta była im naprawdę potrzebna. 

Susza zaczęła się w 2008 roku. Bezlitosne słońce wypaliło najpierw nieliczne pastwiska, a potem wysuszyło zbiorniki wody. Pasterze wiedzieli, że muszą się przenieść, jeśli chcą przetrwać. Losy wielu społeczności w Afryce Wschodniej, nie tylko w Somalii, ale i w Kenii czy Sudanie, są nierozerwalnie połączone z losem ich inwentarza. Krowy są dla nich dla nich wszystkim - źródłem pożywienia i prestiżu, walutą i największym bogactwem, dowodem na męskość i zapłatą za żonę. W tej nieprzyjaznej człowiekowi krainie to bydło trzyma ich przy życiu. Bez niego, powoli umierają. 

Poszukiwanie nowych pastwisk nie przynosiło rezultatów. Najpierw zaczęły zdychać owce i kozy, potem potężniejsze zwierzęta. Niektórzy pasterze tracili nawet 60% stanu stad. Pozostałe przy życiu krowy były wychudzone i słabe, więc ich wartość na rynku drastycznie spadła. Rodzinne budżety kurczyły się tydzień po tygodniu. Tymczasem żywność, której było coraz mniej, nieustannie drożała. 


Na początku maja 2011 roku nad cały region nadciągnęły kłębiaste chmury. Przez krótki czas, deszcz lał i lał. Stwardniała ziemia nie potrafiła jednak wchłonąć takiej ilości opadów. Zamiast użyźniać ląd, woda zabierała resztki upraw i zalewała całe wsie. Chwilę później z nieba już spływał skwar. Ludzkim oczom ukazał się piekielny obraz - wypalone połacie spękanej ziemi, która nie wyżywi swoich dzieci.

Szababowie i Rząd Tymczasowy, zajęci walką, nie dostrzegli zbliżającej się tragedii. Gdy do niej doszło, zaczęli wołać o pomoc. W ostatnich tygodniach nawet islamiści zaprosili na swoje tereny organizacje humanitarne. Społeczność międzynarodowa podchodzi do tej nagłej otwartości z niepokojem. W latach 90. somalijscy watażkowie wykorzystywali paczki żywnościowe z Zachodu do karmienia własnych żołnierzy. W tym czasie z głodu zmarło 300 tysięcy ich rodaków. Dzisiejsi partyzanci nie wzbudzają większego zaufania niż tamci bandyci. Dostarczanie żywności może wiązać się więc z ogromnym ryzykiem. Podjąć się go będą musieli pracownicy NGO-sów. 

Organizacja Food Security and Nutrition Analysis Unit-Somalia szacuje, że co trzeci Somalijczyk - blisko trzy miliony ludzi - potrzebuje natychmiastowej pomocy. 

"Trójkąt głodu" 

W Kenii, gdzie przebywa blisko pół miliona somalijskich uchodźców, także nie dzieje się dobrze. Susza szczególnie mocno dotknęła północne i wschodnie obszary kraju. Około 25% mieszkańców tych regionów jest poważnie niedożywionych. W prowincji Turkana - ojczyźnie pasterskiego plemienia o tej samej nazwie - aż 40%. 

Brak pożywienia i wody doprowadza ludzi do ostateczności. Między kenijskimi plemionami coraz częściej dochodzi do walk o dostęp do pastwisk czy studni. Zdesperowani pasterze łatwiej pociągają za spust. Między styczniem a połową maja w starciach między nimi zginęło co najmniej 118 osób. 

Z powodu suszy w Isiolo, Tamburu i Turkana zamknięto dziesięć szkół. Przyczyną był brak uczniów. Część wyruszyła wraz z rodzinami na poszukiwanie wody, inni musieli pomagać przy osłabionych zwierzętach. Coraz więcej dzieci rezygnuje z nauki. Ich rodzice nie mogą sprzedać bydła, by opłacić czesne. 

- Nie widzieliśmy jeszcze najgorszego - powiedział "The Daily Telegraph" Mohammed Elmi, minister rozwoju Północnej Kenii. - W naszym kraju, który już został mocno dotknięty przez suszę, stopień niedożywienia znacznie przekracza poziom krytyczny. Głównym zadaniem jest teraz ratowanie ludzkiego życia - dodał. 

W sąsiedniej Etiopii sytuacja jest równie poważna. Przed kilkoma dniami etiopski rząd ogłosił, że 3,2 miliona Etiopczyków potrzebuje pomocy żywnościowej. Ministerstwo rolnictwa apeluje o 400 mln dolarów wsparcia. Mimo wszystko każdego dnia 1700 zrozpaczonych Somalijczyków wkracza na etiopskie terytorium. W czterech istniejących obozach brakuje dla nich już miejsca. ONZ planuje budowę piątego. 

Meteorolodzy obawiają się, że pora sucha potrwa co najmniej do sierpnia. Dla "trójkąta głodu", jak dziś nazywa się Etiopię, Somalię i Kenię, będą to krytyczne miesiące. 

- Mamy tu dwa miliony niedożywionych dzieci. Pół miliona z nich jest w stanie, który zagraża ich życiu - powiedział rzecznik UNICEF, oenzetowskiej agendy zajmującej się uchodźcami. 

- To jest kryzys humanitarny o epickich proporcjach; gorszy, znacznie gorszy od tego, który był inspiracją dla Band Aid - powiedziała "The Independent" Louise Paterson z brytyjskiej organizacji medycznej Merlin. - Nie doświadczyliśmy czegoś takiego od dziesiątek lat. Zahartowani pracownicy humanitarni łkają widząc, co się tu dzieje - zakończyła. 

........................................................................................................................................................................................................................................

Nie wiem co można zrobić ale wiem, że nie można nie zrobić niczego.

GM

 

 

Źródło: Michał Staniul

Licencja: Domena publiczna