Na czym polega spisek.

Spisek istnieje. Zwyczajnie, musi istnieć. Życie bez spisku wcale by nie było możliwe. Skończyłaby się nawet ewolucja. Ona by się z samej nudy skończyła.

 

Pierwsze pytanie jest takie, czy on w ogóle polega. Znaczy, jest on, czy nie jest. No, jak myślicie?

Poradzę wam coś, co i tak stosujecie: myślcie nad tym powoli.

Zapytam inaczej: wyobrażacie sobie życie, w którym nie ma spisku? No, takie życie, w którym nikt na nikogo nie czyha, nawet dobrze mu życzy, w którym ludzie postępują po ludzku, nie robiąc innych w konia i nie podkładając świni -? Takiego nudnego życia z pewnością nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić. Jeśli ktoś zaprzecza istnieniu spisku, liczy po prostu na to, że mu uwierzymy bez wyobraźni. Co zresztą często się zdarza.

W ten sposób jasno udowodniłem, że spisek istnieje. Zwyczajnie, musi istnieć. Życie bez spisku wcale by nie było możliwe. Moja wyobraźnia powiada, że wtedy skończyłaby się nawet ewolucja. Ona by się z samej nudy skończyła.

Ale ja mam wyobraźnię nad wyraz rozwiniętą, jak to u idioty. Wielu, wielu z was nie dorasta tej wyobraźni do pięt. Dlatego w istnienie spisku mało kto wierzy tak naprawdę.

Tym spiskowym ateistom, czyli niewierzącym, spiski podobają się na filmach jako duchy epoki, jako zmowa bankierów i innych miliarderów (bo milionerzy to już mało kogo wzruszają), szczególnie wtedy, gdy posługują się jakimiś Bondami, ostatecznie komuchami, w których obecności spisek nabiera życia. Taki spisek fajno jest oglądać i nawet troszkę w niego wierzyć, jeśli przedstawiony jest elegancko i wszystko w nim się zgadza, nawet kasa w ich własnej kieszeni.

Ale żeby spisek dotyczył właśnie tej kieszeni, ich własnej, osobistej kieszeni, w której wszystko się zgadza – no, to jakieś brednie po prostu.

Powiedzmy inaczej. Przykładowo, taki spiskowy ateista ma w tej kieszeni stówę. No ma. Prawdziwą, szeleszczącą stówę. W każdej chwili może ją pomacać, popatrzeć na nią i pomyśleć: moja kochana stówa.

Teraz powiedzcie mu, że on tam powinien mieć dwie albo trzy stówy. Tylko się zaśmieje, że owszem, on tam powinien mieć cały milion, ale co z tego? On ma taką malutką wyobraźnię, że o milionie pomyśli natychmiast, ale o tych brakujących dwu czy trzech stówach – nigdy w życiu. Spróbujcie mu powiedzieć tak: spisek polega na tym, że ktoś mu te dwie lub trzy stówy ukradł. On się jeszcze głośniej będzie śmiał i zapyta poprzez ten śmiech, zapyta z wielkim trudem, jak można ukraść pieniądze, których nie ma?

Spiskowy ateista ma wyobraźnię durnia, nie idioty.

I tu dochodzimy do tego, na czym polega spisek. Właśnie na tym. On polega na kradzieży tego, czego nie ma. Tego, z czego dureń się śmieje.

Bo tylko prawdziwy idiota zdolny jest pojąć, że skradziono mu to, co on powinien mieć…

Mój świetlanej pamięci dziadek, którego nie raz już przypominałem, często powtarzał przysłowie: „Od myszy do cesarza, wszyscy żyją z gospodarza”.

To jest bardzo mądre przysłowie, choć trudniejsze do zrozumienia, niżeli teorie pana Einsteina. Mianowicie dlatego, że nad teoriami owego pana trzeba się nieźle nagłówkować, w przysłowiu natomiast sens jest podany na tacy. Takie sensy zawsze są najtrudniejsze do pojęcia.

Ostatecznie, mogę to wyłożyć w skomplikowany sposób.

Kiedyś, w czasach cesarzy, sprawa była prosta. Cesarz i jego kumple okradali gospodarzy – tu się nawet ateiści zgadzają. Tych kumpli, różnych tam baronów i hrabiów, markizów, sporo wprawdzie było, ale gospodarzy – niepoliczalna wtedy ilość. Wtedy, bo te kumple wcale takie mądre nie były, z liczeniem kiepsko im szło, tylko z rachowaniem i łupieniem dawali sobie radę.

No więc, kiedy na każdego z kumpli pracowały tysiące gospodarzy, nic dziwnego, że stać ich było na wszystko. Nie chcę nawet wymieniać tego, na co konkretnie było ich stać, żeby nie naszła mnie ochota na walkę klasową, która jest niebezpieczna i nigdy się nie kończy, choćby zabrakło klas.

Z tego przysłowia, co jest bardzo mądre, zniknęli cesarze razem z kumplami, zostały tylko myszy i gospodarze. Z myszami sprawa jest wiadoma, myszy nikt nie wypleni, ale wyplenić gospodarzy prawie już się udało.

To poszło naprawdę łatwo. Starczyło powiedzieć, że gospodarzami są wszyscy – i natychmiast zaczęło ich brakować.

Sęk w tym, że kiedyś gospodarz to był taki facet, który orał, siał i zbierał. Ale to już tylko historycy wiedzą. Dla durnia gospodarz to facet, który wyłazi na podwórko w lakierkach, krawacie - i drze mordę.  Co do orki, to jeszcze została na kilku obrazkach, sianie najwyżej na jednym – za to zbieranie zrobiło straszną karierę, może dzięki świętym dożynkom. Dureń jest przekonany, że gospodarzenie polega na tym, by drzeć mordę, zbierać i wierzyć w Boga, który posieje za niego.

Mocno też wierzyć należy w stówę, którą się ma w kieszeni.

 

Powiedzmy, że to post scriptum:

- Co to jest: jeden osioł przy żłobie?

- No to jest właśnie jeden osioł przy żłobie. Ale gdyby się uprzeć, można by powiedzieć, na przykład, że chodzi o wójta.

- A dwa osły przy żłobie?

- To już jest stajenka. Albo gdy wójt ma zastępcę.

- A trzy osły przy żłobie?

- Powiedzmy: taka większa stajenka. Może nawet stajnia. Ale zupełnie możliwe, że chodzi o burmistrza i dwóch jego zastępców.

- A jeśli osłów przy żłobie będzie dwadzieścia? Albo trzydzieści?

-  No, tyle osłów to tylko w Hiszpanii mają. Albo w Meksyku. Zresztą, to się zdarza też w poniektórych urzędach.

- A jeśli osłów będzie przy tym żłobie ze sto, dwieście, pięćset? Czy tak już nie bywa?

- Bywa nawet często. Ale wyłącznie wtedy, gdy chodzi o parlament.