(N.Ś.-1) - Czarna... dziura

Nie wie, czym ani gdzie jest...

 

d49529479fb29e80740488a0a41b507a.jpg

Zapach zgnilizny. To jedno dochodzi do jej powonienia i każdego pora na gołej skórze. Oblepiająca, wciskająca się wszędzie maź. Krępuje ruchy, obciąża kończyny, paraliżuje.

Czołgająca się postać, próbuje unosić się na łokciach, jękliwym głosem zadając sobie pytanie.

Nie pojmując znaczenia słowa, nawet ona sama nie jest w stanie zrozumieć jego treści.

— „Drrggchch...?!"— w żadnym z języków, w żadnym porozumiewawczym dźwięku, nie zostałoby odebrane to, jako informacja i jedynie ton, pozwalałby na orzeczenie bezgranicznej rozpaczy.

Postać dociera do brzegu, gramoli się nań, łapiąc rozpaczliwie pień pierwszego drzewa.

Grunt tutaj jest twardszy, uderzenia przypominające towarzyskie klepnięcia, utwierdzają postać w przekonaniu, że trzeba było to sprawdzić. Że dzięki temu wie, że przestała już się zapadać i tutaj jest bezpieczniejsza.

Do końca i tego nie rozumie. Drżąc z zimna i strachu, ledwie pojmuje potrzebę brnięcia przed siebie. Jak najdalej od miejsca... Od źródła lęków i rozpaczy.

Już i to zapominać zaczyna... Wyrzuciła z pamięci i tamto, i za jednym zamachem wszystko inne, co w jakikolwiek sposób ją określało. Byle do przodu, tyle w okruchach świadomości zostało. Nie tkwić w jednym miejscu i coś mieć w ręku.

Patrzy właśnie na swoje dłonie, dziwiąc się ich ubóstwu. To kolejna zagadka, którą postać przerasta i zaczyna natychmiast miotać się i wyć żałośnie, w ostatnim stadium przedstawienia, unosząc do góry głowę, z kolejnym: „YYYggrrchtt!!!" — w którym pojawia się złość.

Rozgląda się w poszukiwaniach. Czegoś...

Nie ma pojęcia czego, lecz wie, że tego potrzebuje. Trzęsącymi się dłońmi rozoruje leśne poszycie, raz po raz, zaciskając je w pięści i waląc nimi w ziemię. Targa nią gniew, a zaraz pokaże się i frustracja. Jako pierwsza oznaka, budzących się na nowo okruchów świadomości.

— O, żeż, kurwa!

Postać już wie, że jest, że mówi. Nie rozumie jednak tych słów. Nie wie, co oznaczają. Pojmuje jedynie, że są to słowa.

Czy to jakaś przynależność, czy podmiotowość? Czy taka informacja, jest dla niej istotna? Czy też była kiedyś? A może nie była wcale...? Nigdy...?

Nieważne, ważne jest tylko, że mówi. Że ma język. Że może krzyczeć dźwiękiem, być może dla innych zrozumiałym. Że może jest ktoś, do kogo zdoła przemówić i ten ktoś, ją z tego miejsca wyciągnie. Ale skąd? I dokąd...? I skąd wie, że są jacyś inni, skoro zamknęła się na wszystko, co ją otacza...? Chyba jednak nie do końca to jej się udało.

Mija tak jakiś czas. Nad próbą ogarnięcia sytuacji i żałosnym, samodzielnym poszukiwaniu rozwiązania. Siadła właśnie, obejmując się ramionami, w sobie samej usiłując znaleźć pociechę.

— Chuj z taką robotą! — stwierdza, po bardzo głębokim (nie) zastanowieniu.

W pustce, jaka ją otacza, w jej własnej, samotnej, zimnej próżni, nie ma słów, które mogłyby oddać jej stan i nakreślić jakieś wyjście. Kompletny nul. Nawet chaosem tego nazwać nie można, gdyż brak w niej jakichkolwiek projekcji.

— No, ja pierdolę! — przychodzi kolejna (nie) refleksja.

Znajome słowa, nic nie znaczące, niczego nieoznaczające. Z intonacji, w jakimś rozpaczliwym wysiłku dowiaduje się, że coś przegrała.

— Jestem w dupie!!! — wrzeszczy. Ale tego też nie rozumie.

Noc rozpanoszyła się na dobre. Nawet już własnych, uwalanych bagnem dłoni nie widzi. Jedynie je czuje. Ich odrętwienie, spracowanie i bezwład... Biedne, zmarznięte i puste... A przecież było inaczej... Kiedyś...

Nie może być tego pewna, to tylko odczucie. Tak, jak dla otaczającego ją mroku wyobraża sobie jakąś przeciwwagę. Jak dla wszechogarniającego zimna, coś przytulnego i miękkiego. Na kolanach raczkuje do drzewa, obejmuje je...

To nie to. Nie tego się spodziewała. Kolejna szorstkość i wilgoć, która jej stanu nie polepsza. A ona tak pragnie zmiany...

— Co to, kurwa, ma być...?! — wrzeszczy jeszcze głośniej. Sama, na skraju bagna w Niewiadomogdzie...

Mijają kolejne, niezmienne chwile. Mrok ani nie gęstnieje, ani nie rozwiewa się. Przypomina nicość, chociaż nie dla niej. Marazm i ciągłość tworu nocy wpędza ją w otępienie. Nie zastanawia się już, nie drąży swojej umęczonej głowy. Zrezygnowana, kiwa się w przód i w tył, czasami nieruchomiejąc, z opartym o korę drzewa czołem. Wzdycha...

Nagle, na odgłos kroków w pobliżu, potwierdza w sobie, że to nie ona zawiniła. To inni są winni wszystkiemu, co ją spotkało. Co znamienne, staje się czujna, lecz nie przerażona dźwiękami. Jest w tym coś ze zdeterminowanej rezygnacji. Fatalizm w najczystszej postaci.

— A jebać to...! — dorzuca do określenia swojego nastroju półgłosem, zaraz potem wybuchając szaleńczym śmiechem. Uznaje, że kiedyś, gdzieś, słowa te musiały stanowić do niego przyczynek. A że i tego nie potrafi zaklasyfikować, tak wesołość narasta, narasta i... narasta. Trwa...

><><><

Rozbłyska jasność. Migotliwie oświetla drzewa w zasięgu wzroku, wesołym, budzącym nadzieję tańcem. Ogień. Postać wie, że to jakaś inność, jakaś zmiana i nawet w myślach potrafi widowisko nazwać prawidłowo. A dodatkowo, znajduje się na wyciągnięcie ręki.

Resztkami sił, pełznąc bądź sunąc na kolanach, dociera w pobliże ogniska. Siedzące przy nim trzy inne postacie, na przybyłą nie zwracają uwagi.

 

 

3480b15026527d40b6024972c5c58f50.jpg


O czymś do siebie szepczą. Słowa są swojskie, ale ich nie rozumie. Bełkot, powtarzających się zgłosek, niezawierających niczego, z czym mogłaby się utożsamić. Odczuwając jeszcze większą samotność, podsuwa się bliżej.

Czuje ciepło bokiem ciała, skierowanym ku ogniu. Cała reszta nadal marznie, lecz postać nie śmie narzekać, dobre i to. Przysłuchuje się bez celu, czekając na coś innego. Tamte mówią:

— A taki chuj!

— A niech się pierdolą!

— Mogą nam, kurwa, naskoczyć!

Trzy różne głosy, z których zapewne wiele wynika, lecz postać potrzebuje czasu na zastanowienie. A że nie podoba się jej, okazywana przez tamtych wrogość w tonie, przychodzi jej do głowy tylko jedna riposta.

— Posrane chuje... — mówi cicho. Jakby z obawy, że może zostać usłyszana.

Obawy płonne. Nie zwrócili na nią uwagi. Na ich skupionych, zajadłych twarzach, wytwarzane są ilustracje dla kolejnych zdań.

— Pierdolone nieuki!

— Jebane pachołki!

— Kurewskie, nieudolne gnidy!

Dialog trwa w najlepsze.

Postać zaczyna odczuwać głód i pragnienie.

Spowodowane zostało to faktem obfitości w dłoniach tamtych. Wszystkie sześć jest pełne, a wręcz przepełnione. A ponadto i pod nogami, siedzących okrakiem na pieńkach, wala się moc wszelakiego dobra. Postać chce podejść i sięgnąć, lecz nie śmie. Jakby ktoś lub coś uwarunkowało ją, do biernego oczekiwania. Na gest ze strony innych. Więc czeka...

Zaczyna świtać.

Siedzące postaci, okazują się odziane. Nie marzną jak ona. W tej chwili są już znudzone biesiadą i ziewając przeciągle, rozglądają się w poszukiwaniu czegoś, co znajduje się poza jej pojęciem. Jakiegoś miejsca, tak spokojnego, że nie ma w nim choć przez moment żadnych trosk. Ona, o takich stanach nic nie wie albo ich nie pamięta. Nie zna sensu odpoczynku, nawet kiedy, jak teraz, siedzi w jednym miejscu. Jest napięta, lecz tylko zaciska szczęki.

Bo przecież czegoś chce, wie to. Nie potrafi jednak tego wypowiedzieć. Nawet przy rozbudzaniu kolejnych części świadomości, nie tego się o sobie dowiaduje.

Tamte wstają, odchodzą. Na ich niedawnym miejscu pobytu, walają się pozostawione, niechciane już resztki.

Postać się uśmiecha. Nie nadaremno, wbijano jej to do głowy. Najbardziej znienawidzone przez nią słowa, czego jest pewna, tutaj okazują się drogą do osiągnięcia celu.

„Pokorne ciele, dwie matki ssie..." — myśli zeźlona, z przeciwnym wyrazem twarzy sięgając po pierwszy z brzegu ochłap.

— Tfu, kurwa! Niedosolone...

><><><><

C.d.- W środku

P.s. fotki i ilustracje wycięte z netu

5da1a88ca59dd958fdcf04d769e4992d.jpg