Musimy przypomnieć sobie o Słowiańskim rodowodzie!

"Ja głupi Słowianin" - Sławomir Mrożek

 

Jako Polacy, ostatni Słowianie zachodni, musimy przypomnieć sobie o pochodzeniu etnicznym – inaczej nie przetrwamy jako Naród, jako państwo, czy też dowolnie rozumiany byt polityczno-społeczno-państwowy.

Cena jaką zapłaciliśmy za przyjęcie chrześcijaństwa zachodniego było stopniowe wygaszanie łączności ze słowiańszczyzną, która do dzisiaj wydaje się Polakom czymś gorszym, biedniejszym, głupszym, swojskim, wiejskim i byle jakim – niż idealizowany wzorzec miejsko-wysoko-dworskiej kultury zachodniej, która wyrosła wprost z gruzów Imperium Rzymskiego, przejmując jego wzorce w tym w szczególności prawo – jako element programujący rozwój przez pola percepcji pojedynczych odbiorców kultury i percepcji zbiorowej.

Co jest szczególnie charakterystyczne dla naszej państwowości i kształtowania się tożsamości narodowej, to wygaszanie łączności ze słowiańszczyzną trwało ciągle i trwa do dzisiaj. Nie należy go jednak rozumieć dosłownie, jako przerwanie związków z wielkimi słowiańskimi plemionami wschodu. To jedynie jeden z aspektów tego procesu, jak najbardziej istotny, ale nie dominujący, albowiem najgorsze było to czego dokonał Kościół dominujący – czyli wyrugowania pierwiastka słowiańskiego z naszej wewnętrznej i ogólnokulturowej percepcji. Sami siebie nie postrzegamy jako Słowian, widzimy się jako Polacy, Chrześcijanie, Katolicy, Europejczycy, członkowie wspólnot regionalnych, czy też nawet grupy zawodowe – jednakże historycznie uwarunkowany pierwiastek słowiańskości został wyrugowany.

Nieco inaczej przybrała wymiar misja Kościoła Wschodniego, który z Bizancjum przyniósł Dobrą Nowinę wielkim narodom Świętej Wszechrusi, oczywiście wynikało to z siły władzy książęcej, jednakże proszę pamiętać że zawsze wychowawcami młodych władców byli duchowni – ci na wschodnie, mieli tyle rozumu w głowie, żeby przez wieki pielęgnować pierwiastek słowiański, jako element uprawnienia Jedynowładztwa, my mieliśmy mniej szczęścia. Jest przez to oczywistym, że to co z nami zrobiono to swojego rodzaju eksperyment, albowiem różnice mentalne i kulturowe pomiędzy nami a zachodem – nadal są kolosalne i to nie jest prawda, że wynikają one z dziedzictwa komunizmu.

Triumf sarmatyzmu był swojego rodzaju kompromisem, pomiędzy tym co jeszcze tkwiło w Narodzie (Święte Gaje były jeszcze na prowincjach za Jagiellonów, którzy pomimo całej swojej potęgi i bogactwa – bo to głównie przekupstwo, czyli „fundowanie” umożliwiało chrystianizację, nie byli w stanie w pełni wytępić resztek pogaństwa), a chrześcijaństwem. Mieliśmy zatem obyczaj wykształcony przez Polaków, dla Polaków i w Polsce, w której osoby narodowości polskiej były w mniejszości, a większa część szlachty – elity społecznej, w której dokonywały się zmiany, chciała przejść na Protestantyzm, albowiem miała dość kłamstwa, złodziejstwa i zacofania Kościoła dominującego.

Niestety się nie udało, wyszło jak wyszło – nawet w wyniku klęsk narodowych i konfrontacji z rządzoną przez Niemców – wielką Rosją, w zupełności odwróciliśmy się od słowiańskiego pochodzenia, traktując Słowian jako chłopów – tych gorszych, potem był już Mickiewicz i „Moskale”, kibitki, tylko gorzej. Nie da się po okresie romantyzmu w kulturze polskiej mówić o jakimkolwiek oglądaniu się na słowiańskie pochodzenie.

Sytuacja nieco się zmieniła podczas zaborów, jednakże odrodzenie świadomości pochodzenia etnicznego nastąpiło najmocniej w najsilniej germanizowanym zaborze pruskim, właśnie w kontrze do żywiołu niemieckiego – oficjalnie lansowanego przez tamtejsze wzorce państwowe. W kluczowym dla kształtowania się sceny politycznej odrodzenia narodowego zaborze rosyjskim – niestety, Słowianin oznaczało Rosjanin.

W Polsce międzywojennej nie starczyło czasu na jakiekolwiek myślenie o korzeniach sprzed prawie 900 lat, natomiast PRL jako narzucony nie miał nigdy rządu serc ani dusz, nie był w stanie spowodować przemian, nawet w opozycji do chrześcijaństwa – co było w różnych okresach państwowości ludowej silniej lub bardzo silnie promowane. Niestety uznawane przez Polaków za nieautentyczne – wszelkie działania zostały odrzucone.

Trudno jest wykonywać bilans 1000-lecia, jednakże trzeba po prostu uczciwie przyjrzeć się systemowi, w którym dzisiaj funkcjonujemy i nawet po powierzchownym zastanowieniu się nad sprawami ogólnymi – definiującymi poczucie tożsamości narodowej – bardzo łatwo zauważyć, że czegoś brakuje. To jest właśnie pamięć o naszym pochodzeniu etnicznym. Proszę zwrócić uwagę, że nawet nasi sąsiedzi Niemcy, po odrzuceniu kłamstwa i zła jakim była ideologia faszystowska – nie sprzeciwili się jednak własnemu pochodzeniu – uznają się „państwowo” za potomków Germanów, którzy pokonali legiony rzymskie w Bitwie w lesie Teutoburskim w 9 r. n.e.! Tego nikt w Niemczech nie neguje, nie ma tam takiej potrzeby – Niemcy są dumni ze swojej przeszłości! No oczywiście z pominięciem epizodu, uwiedzenia przez „tego nieszczęsnego Austriaka”…

Nie chodzi tutaj o to, żebyśmy odrzucili chrześcijaństwo i wyprowadzili z Muzeum Archeologiczne w Krakowie oryginalnego Światowida (ze Zbrucza) jako prawdziwego Boga (właściwie to Świętowita). Warto się jednak zastanowić nad tym – kim jesteśmy, skąd idziemy i ku czemu zmierzamy jako wspólnota. Przy czym uwaga – wszelkim propagatorom idei czystej rasowo polskości należy postawić tamę, po prostu ich wyśmiewając, albowiem już od czasów Potopu i Wojny Północnej powszechnie wiadomo, że nasz „bukiet genetyczny” jest pełen różnych kwiatków. Zresztą 1000 lat „niemieckiego pługa” i zachodnio-europejskiego mieszczaństwa też zrobiło swoje. Dlatego nie miejmy złudzeń – genealogię mamy bardzo bogatą!

Jeżeli jest ktoś, kto potrafi udowodnić swoje pochodzenie wprost od nieskalanych, żadnym nalotem Wojów z drużyny książęcej Mieszka I-szego, to prosimy o zgłoszenie się na adres redakcji…

 

139256a705f63ec65a13d683543e41b3.jpg

 

Źródło: krakauer