Moje science-fiction

Jakie było moje pierwsze science-fiction? Może obejrzana w kinie "Tajemnicza wyspa", a może jakiś wątek z książki dla starszych dzieci. Zawsze zachwycała mnie technika przyszłości

 

Poczułem się zobowiązany do napisania tego artykułu kiedy artykuł http://www.eioba.pl/a/3tuf/videosnajper-promiseusz#post192777 mający być chyba w zamierzeniu autora recenzją jednego filmu, przemienił się w deklarację gustu autora względem science-fiction. Z gustami się oczywiście nie dyskutuje, ale można, a nawet powinno się przedstawiać własne spojrzenie. Tak więc chciałem spróbować opowiedzieć co lubię w science-fiction a czego nie lubię.

science-fiction-9.jpg

Trzeba zacząć od tego, że szkoła podstawowa poza zachłanną miłością do książek wniosła w moje życie uwielbienie dla techniki i nauk ścisłych. Pożerałem więc lektury szukając w nich jako wabika opisów zapierających dech w piersiach technologii. W czasopismach i książkach technicznych znajdowałem konkretne opisy, a nawet przepisy na technikę współczesną, a powieści w większości były opisami techniki jaka dopiero nas czeka, albo tak się autorowi zdaje. Grafika dzięki http://cine.wex.pl/Graphique3D.html

W początkowym okresie pożerałem książki Juliusza Verne'a. Zasadniczym ich walorem dla młodego czytelnika były niesamowite przygody, które np. w "Dzieci kapitana Granta" wyparły całą technikę do innych tomów tej trylogii: "20 tysięcy mil podmorskiej żeglugi" i "Tajemnicza wyspa". Dawało to efekt przyciągania do autora również czytelników mniej zafascynowanych techniką. Ja jednak zdając sobie sprawę ze "steampunkowości" - jak to byśmy dzisiaj powiedzieli, techniki Verne'a szukałem dalej książek, które by przedstawiały nowsze wizje techniki przyszłości. 

Naturalnie szybko trafiłem na Lema i wiele jego książek przeczytałem z rozkoszą i dobrze wspominam np. "Astronauci" czy "Powrót z Gwiazd". Jednak wkrótce zaczął mnie denerwować język Lema jak również takie szare i wyblakłe spojrzenie na przyszłą technikę. Pewnie wielu tu zaprotestuje, ale taki był mój gust i nic na to nie poradzę. Może musiałbym coś jeszcze przeczytać?

Innym źródłem nowych doznań była seria "Kroki w nieznane" redagowana przez Lecha Jęczmyka. Te tomiki zawierały wiele znakomitych opowiadań sf przeważnie autorów zachodnich. Pamiętam, że jako nastolatek po lekturze kolejnego tomu wychodziłem nieźle podłamany i zdegustowany naszym życiem.

Na tym tle seria czeskiego autora Behunka wyda się mocno naiwna i zawirusowana ideologią komunistyczną, a także nieekologiczną technologią. Jednak w całej serii książek autor przedstawił świetnie zarysowany świat z sugestywnymi i atrakcyjnymi obrazami przyszłości. Fajnie się to czytało.

Dzisiaj ciekawą ofertą dla najmłodszych czytelników jest seria "Felix,Net i Nika". Przeczytałem pierwszy tom i niektóre rozdziały mnie urzekły. Trochę zdegustowało włączenie opowieści o duchach czy zdolnościach telepatycznych, ale to już kładę na karb konieczności zapewnienia rozrywki najmłodszym.

Trudno tu wymieniać kolejnych autorów. Może zresztą nie przeczytałem ich tylu ilu powinienem. Od wielu już lat sam piszę opowiadania i nie mogło zabraknąć science-fiction. Ponieważ zawodowo zajmuję się techniką (ściślej informatyką), więc staram się w tych opowiadaniach napisać to czego jeszcze nie potrafię zrealizować, albo nie mam odwagi o tym dywagować w ściśle naukowych spekulacjach. W ten sposób pisząc książkę, która miała uprzystępnić internet "Cywiwlizacja internetu" włączyłem kilka opowiadań uzupełniających ją futurystycznymi wizjami. np. http://andrzeju.pl/opowiadania.php?idm=103&idt=103 Te pierwsze opowiadania były niewątpliwie skażone nadmiernym ukierunkowaniem na technologię. To znaczy, że nie poruszały żadnych ważnych problemów ludzkich czy filozoficznych, ani nawet nie były zbyt atrakcyjne fabularnie. Mam nadzieję, że nowe teksty które piszę na konkursy to zmienią.

Odrębna sprawa to filmy sf. Pamiętam jak dostałem ze studenckiej spółdzielni pracy bilety na "Gwiezdne wojny" i poszedłem na nie z bratem. Poza zauroczeniem atrakcyjną przygodą miałem już wtedy świadomość, że film przesuwa się od wizji projekcji przyszłości w stronę jakiejś urokliwej przygody cofającej nas nieco w kierunku pojedynków rycerskich. Bo czy można poważnie traktować "miecze świetlne" i rozgrywane z ich pomocą pojedynki?

Seria "Powrót do przyszłości" to naprawdę poważne potraktowanie problemu paradoksów związanych z podróżami w czasie, a jednocześnie atrakcyjna fabuła i realizacja. Ostatnio ukazało się opowiadanie http://rafalkosik.com/staruch w którym ten element został wręcz znakomicie wykorzystany dla uświadomienia nam bardzo ludzkiego problemu.

Z kolei "Piąty element" to jakby wskoczenie do salonu ekstrawaganckiej mody. Świetne i chyba bardzie prawdopodobne niż miecze i różne "moce". Powietrzne taksówki to stały element wielu wizji, ale znawcy mówią, że i tak nie rozładują korków w miastach. Dzisiaj są ekskluzywnym transportem dla bogaczy i pewnie daleko poza to nie wyjdą. 

"Odysseya kosmiczna 2001" to z jednej strony aż do bólu wierny współczesnej technologii statek kosmiczny, a z drugiej pewna filozofia dość mocno odbiegająca od realiów.

To, że ludzie od 42 lat nie byli nawet na Księżycu moim zdaniem osłabia wizje w filmach "kosmicznych". Gdy już rozkwitnie turystyka kosmiczna powstanie wiele nowych tematów i technologii wartych rozwinięcia w atrakcyjnych filmach. A tak zbyt wielka wolność w tworzeniu nie jest wbrew pozorom sprzymierzeńcem.

Przyznam, że nieco ucieka mi świat gier komputerowych, a one dają gatunkowi sf szereg atrakcyjnych atrybutów pozwalających znacznie przybliżyć technologię przyszłości już dzisiaj.

Nie udało mi się przedstawić tu nawet niewielkiej części przeczytanych książek i obejrzanych filmów, a zwłaszcza gier komputerowych, ale myślę, że jakoś określiłem swoje gusta.